Przesuwają się w głąb obwodu donieckiego, powoli, ale codziennie. Przecięli już strategiczną drogę łączącą Pokrowsk i Konstantynówkę, osaczając oba miasta. Choć na mapie linia frontu wciąż ich nie sięgnęła, nie ma to takiego znaczenia jak inna linia, niewidzialna – ta, która wyznacza zasięg rosyjskich dronów kamikadze. Te sięgają nieraz ponad 20 km. Obszar kilku kilometrów od frontu – w minionej fazie wojny uznawany za relatywnie bezpieczny względem zerówki (tj. pozycji bojowych), dziś może okazać się równie zabójczy.
Z każdym rokiem tej wojny killzone, strefa śmierci, jest coraz szersza
Właśnie pas o szerokości 10-15 km wzdłuż linii frontu, który byłby bezwzględną killzone kontrolowaną przez drony, jest dziś wskazywany jako sposób na rosyjską ofensywę. Pomysł ten pojawił się jeszcze pod koniec 2023 r. – już wtedy użycie dronów przedefiniowało tę wojnę, choć daleko było do dzisiejszych realiów. Wtedy na czele armii Ukrainy stał Walerij Załużny, entuzjasta tej idei. Krótko przed utratą Awdijiwki, w lutym 2024 r., zastąpił go Ołeksandr Syrski, który zdawał się mieć mniej innowacyjne podejście.
Choć zaniechano ten projekt, niemal równocześnie z objęciem stanowiska przez Syrskiego powstał nowy rodzaj wojsk – Siły Systemów Bezzałogowych. Rok później, w lutym 2025 r., dowódcy jednostek uchodzących za najefektywniej wykorzystujące i rozwijające użycie dronów – pułki K-2, „Achilles”, „Rarog”, „Feniks” i 414. Brygada „Ptaki Madziara” – zostali zaangażowani w zainicjowany przez prezydenta Zełenskiego projekt pod nazwą „Linia dronów”, mający zatrzymać Rosjan. Trudno stwierdzić, jak realizowane są dziś jego założenia.

Zagłuszarka antydronowa już nie wystarczy, potrzeba klatek i sieci
Za to zaraz po przekroczeniu granicy obwodu donieckiego można przekonać się, że Rosjanie najwyraźniej realizują podobne założenie. Drogi, wcześniej uchodzące za względnie bezpieczne, usłane są wrakami aut trafionych dronami FPV. Urządzenia REB (po polsku WRE; system walki radioelektronicznej), pozwalające zagłuszyć sygnał między dronem a jego operatorem, to teraz podstawowe wyposażenie każdego pojazdu – czy to czołg, terenówka czy ambulans.
Mijane na drogach samochody i czołgi coraz częściej dźwigają na sobie, prócz zagłuszarki, także klatkę wykonaną z metalowych prętów lub siatki – pozwala to minimalizować skutki uderzenia drona. Gdy Rosjanie jako pierwsi zaczęli wdrażać to rozwiązanie, ukraińska strona, bywało, kwitowała to śmiechem. Teraz wzdłuż strategicznych dróg do Pokrowska, Dobropola i Konstantynówki wyrastają również szeregi drewnianych słupów, nad którymi rozpina się sieci – to także rosyjskie pierwotnie rozwiązanie, obecnie powszechne po obu stronach.

Konstantynówka: ostatnią stację benzynową zamknięto już dawno
Położona ok. 10 km od frontu, od czasu, gdy wyjechałam z niej na dobre w styczniu tego roku, Konstantynówka stała się jeszcze bardziej nieprzyjaznym miejscem – choć w tej okolicy Rosjanie nie zrobili znacznych postępów terenowych. Zaroiło się za to od ich dronów, zwykłych FPV i tych na światłowodzie, odpornych na zagłuszenie przez systemy WRE.
Schodząc z estakady obok dworca kolejowego, dawno rozwalonego, potykam się o cienką nić wiszącą na barierkach. Przyspieszam kroku, rozglądam się za jakimś daszkiem lub wyważonymi drzwiami dawno nieczynnego sklepu. Nie chcę się przekonać, czy ciche bzyczenie nad pustą ulicą to rosyjski dron węszący za celem.

Okolica Konstachy (jak miejscowi nazywają miasto) po tej stronie rzeki Krywyj Toreć i biegnących wzdłuż niej torów najbardziej doświadczyła rosyjskich bomb i ataków artylerii, stąd dawno już jest wymarła. Ale niewiele więcej ludzi można spotkać w innych dzielnicach. Kilku handlarzy wciąż zajmuje swoje stanowiska pod blaszanymi daszkami na bazarze w centrum (bazar był już trafiony kilka razy). Z rzadka przewinie się żołnierz o zmęczonej twarzy czy babuszka ciągnąca wózek-krawczuczkę.
Tutejsze centrum wszechświata – stacja benzynowa OKKO, przy drodze na Drużkiwkę – została zamknięta już dawno; jest obłożona paździerzem. Według znajomego żołnierza z batalionu „Donbas”, jaki operuje na tym odcinku, rosyjskie drony upodobały sobie siadać na pobliskim wiadukcie, by nie marnować akumulatorów. Gdy jakiś samochód się zbliża, zlatują w jego stronę.

Pokrowsk: ostatnie dwa tysiące Robinsonów
Wciąż niezdobytą redutą jest Pokrowsk: niegdyś 60-tysięczne górnicze miasto, dziś morze ruin zamieszkane przez donbaskich Robinsonów. Według pokrowskiej administracji to dwa tysiące ludzi. Dla nich, cywilów, typowe jest poruszanie się środkiem ulicy, powolnym krokiem lub na rowerze, pozostanie głuchym na dobiegające z góry bzyczenie. Z kolei żołnierzy na ulicach za dnia nie widać niemal w ogóle. Rzadko ulicą przemknie zszarzały jeep, na maksymalnej prędkości i ze sterczącą na dachu anteną zagłuszacza.

Dopiero po zmroku, gdy milknie nieznośne brzęczenie (wysoka cena kamery noktowizyjnej sprawia, że aktywność dronów w nocy spada, choć nie do zera), rozlega się huk czołgowych gąsienic i szum terenówek. Żołnierze rotują się na pozycjach, ranni mogą być transportowani do punktu stabilizacyjnego. Nasila się też kanonada artylerii, uzupełniana głuchymi rąbnięciami bomb lotniczych, od których napina się skóra na karku. Choć to drony są na ustach wszystkich, nie one zmiotły z powierzchni kawał miasta otoczonego wianuszkiem kopalń, jakim kiedyś był Pokrowsk.
Pod rosyjską kontrolą jest dziś ok. 70 proc. obwodu donieckiego, a codziennie obszar ten trochę się zwiększa. Jeśli dodać tereny w zasięgu dronów – ten umowny pas killzone, gdzie Ukraińcy poruszają się z wielkim ryzykiem – skrawek wolnego Donbasu niknie w oczach.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















