Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

„Noszę w sobie piekło Różewicza”

„Noszę w sobie piekło Różewicza”

05.10.2011
Czyta się kilka minut
Niepokój. Ocalenie. W tytułach tomów poeci przeczuli wektor swoich dusz. Różewicz wątpi, Miłosz zachowuje nadzieję Łaski.
"

"Noszę w sobie całe piekło Różewicza" - zwierzał się Czesław Miłosz w liście z połowy lat 60. W poezji wypowie ten stan kilka dekad później: wierszem "To", milczącą grozą, która jest jak "natknięcie się na kamienny mur, / i zrozumienie, że ten mur nie ustąpi żadnym naszym błaganiom".

Tuż po wojnie Miłosz, dojrzały już twórca, autor poetyckich książek, z których druga - "Trzy zimy" - była artystyczną rewelacją, trzecia zaś - wydane właśnie co "Ocalenie" - zmieniła bieg polskiego wiersza, potrafił dostrzec i docenić młodszego o dziesięciolecie debiutanta. Czytając "Niepokój" Tadeusza Różewicza, nieomylnie rozpoznał twórcę "jedynego prawdziwego z młodszego pokolenia", by wkrótce - rzadki to gest na literackim ringu - poświęcić mu utwór-namaszczenie z pięknymi słowami: "Szczęśliwy naród, który ma poetę / I w trudach swoich nie kroczy w milczeniu". Po wielu latach doda: "przywitanie było szczere, bo ja świadomie brałem udział w gospodarstwie polskiej poezji, bojąc się wpływów rosyjskich (...) tych zaśpiewów, wielomówności, powie­działbym - stalinowskiej czajkowszczyzny w wierszu".

Ogołocony, nagi Różewicz najdalszy był od XIX-wiecznego stereotypu poezji, odnajdywał formę wywiedzioną z doświadczeń zgruchotanej Europy, co Miłosz - "urzędnik od kultury" w waszyngtońskiej ambasadzie - starał się wtedy ukazać amerykańskim pisarzom. To właśnie utwory autora "Niepokoju" były pierwszymi wierszami przekładanymi przez Miłosza na angielski, choć miał on przy tym rozczarowujące poczucie, iż odbiorcy ze szczęśliwszego zakątka świata nie są w stanie ich zrozumieć. Gdy już jako emigrant ostro punktować będzie krajową literaturę na mieliźnie lat 50., podkreśli też poruszającą odrębność Różewiczowskiego wiersza, który "należy do tej samej rodziny w nowoczesnej sztuce co filmy Ingmara Bergmana". Także w latach 60. i 70., wcielony w rolę profesora slawistyki na Uniwersytecie Kalifornijskim, poświęci Różewiczowi wykłady i seminaria, jakkolwiek towarzyszyć temu będzie coraz wyraźniejszy dystans, zapisana w "Prywatnych obowiązkach" troska nauczyciela o dusze uczniów. W końcu "lektura utworów Witkacego, Gombrowicza, Mrożka, Borowskiego, Andrzejewskiego, Różewicza nie może młodych ludzi usposobić przychylnie do świata".

Ta wątpliwość nie oznaczała łatwego osądu, a tym bardziej: łatwego odrzucenia. Przeciwnie, różewiczowski cierń tkwił zbyt głęboko w Miłoszu, by dało się o nim zapomnieć. "Gdybym umiał, napisałbym zasadniczą książkę o poezji współczesnej, głównie polskiej i amerykańskiej, a właściwie nie tyle o poezji, ile o różnych aspektach ateistycznej rozpaczy. Z tego punktu widzenia fascynuje mnie zarówno Robinson Jeffers, jak Różewicz" - w roku 1965 relacjonował pisarz sprawę dla siebie najważniejszą. Otóż jeśli nawet Różewiczowi odebrana jest wiara, to jego postawa wobec tego faktu budzi najwyższy szacunek, wiąże się bowiem z głębokim, dramatycznym bólem, nie zaś - jak u gniewającego Miłosza Philipa Larkina - znudzoną obojętnością. Wiersze późniejsze, z lat 90., wypowiadające, iż "największym wydarzeniem / w życiu człowieka / są narodziny i śmierć / Boga", każą zresztą Miłoszowi dostrzec nie tylko ateistyczną wzniosłość, ale może i coś więcej, ciemną, głuchą metafizykę. A już z całą pewnością raz jeszcze podkreślić: "na miejscu księży byłbym bardzo zadowolony z twórczości Różewicza, ponieważ jest to poezja rozpaczy zupełnie innej niż Larkinowska".

Niepokój. Ocalenie. W tytułach powojennych tomów dwaj wielcy poeci przeczuli wektor swoich dusz. Różewicz będzie wątpił, przerażony rozdzierał ranę niezgody, pozbawienia, nieobecności, pustki. Miłosz - w głębi ducha nie mniej od niego wydany grozie - doda zawsze coś więcej: nadzieję Łaski.

Nieraz zresztą nadzieja ta wzbudzi ciężkawą zgryźliwość Różewicza, dostrzegającego u tak frapującego Miłosza Swedenborga jedynie "ambaje", które się "dobrze sprzedaje / na krakowskim rynku". W na poły ukrytym dialogu wymieniać będą wiersze szukające - na najwyższej nucie metafizycznych pytań - źródeł zła. Gdy autor "Płaskorzeźby" widzieć je będzie w radykalnej grzeszności człowieka, Miłosz, dawny przyrodnik i myśliwy, przywoła cierpienie świata poza-ludzkiego, okrucieństwo natury, pierwotną, niezawinioną przez nas, niepojętą rysę. Samego zaś Różewicza i jego udręczenie pochwyci w niezwykły obraz: "ryje w czarnej ziemi / jest łopatą i zranionym przez łopatę kretem".

Po raz pierwszy spotkali się w roku 1949, gdy Miłosz na krótko odwiedził Kraków. Już z Waszyngtonu napisze list z diagnozą ciemnej przyszłości polskiej literatury, podkreślając, iż "moment prawdziwie rozpaczliwy dla poezji datuje się od chwili upadku teologii i filozofii klasycznej, krótko mówiąc od Hegla". W odpowiedzi Różewicz gorzko zapyta: "poeci zdrowi, poezja wyrastająca tam »gdzie wszystko idzie dobrze«, czy dla takiej uprzątamy, likwidujemy? Niezgoda na rolę grabarza, niechęć do tej roli, wszystko zdrowe nie zgadza się na to, ale czy zwycięży?".

Później Miłosz przemknie pod oddzielającą Zachód od Wschodu gilotyną, cudem tylko nie tracąc przy tym głowy. Gdy w roku 1957 zobaczą się w Paryżu, przybysz ze świętującej jeszcze Październikową odwilż Polski zapisze hipokryzję krajowych literatów, niedawno wylewających na uciekiniera kubły pomyj: "Teraz do M. łaszą się nasze krajowe gnojki literackie, jak koty, kokoty... Żeby raz zwymiotować naszymi »moralistami«", dodając - już chyba na własny użytek - "Wypełniaj obowiązek! To jedyna rada. Wypełniaj swój obowiązek". I jeśli nawet spierali się wtedy (czy zresztą dało się nie spierać z gwałtownym i zarazem obolałym Miłoszem?), list przynosił wyznanie: "Niech się Pan nie śmieje, jestem czasem sentymentalny i miło mi jest wspomnieć, że po dosyć ostrej wymianie zdań, żegnając się ze mną wieczorem na ulicy paryskiej powiedział Pan: »przecież się trochę lubimy, Różewicz, prawda...?« Prawda".

Już w Kalifornii, w jednym z powstających wtedy i porzucanych opowiadań, Miłosz zapisze: "pomiędzy mną i nim więź szczególna, taka że w różnych okolicznościach zapytuję siebie: a co w tej chwili robi Różewicz, nawet dzieląca nas przestrzeń mało przeszkadza, jakby miłość, choć rozmawia­łem z nim nie więcej jak dwa razy". I jeszcze po dziesięcioleciach, gdy listy będą miały do pokonania tylko paręset kilometrów między Wrocławiem i Krakowem, Różewiczowi śnić się będzie głęboka, oczyszczająca rozmowa, Miłosz zaś odpowie: "ciekaw jestem, czy dane nam jeszcze będzie zasiąść razem i pić razem wódkę albo przynajmniej herbatę".

Miłosz... Różewicz... Jak wspaniałe jest brzmienie tych nazwisk. I te dwa symboliczne tytuły. "Ocalenie". "Niepokój". W bardzo już późnej starości, z pewnością myśląc i o swojej, zawsze bliskiej pamięci matce, wśród wierszy szczególnie dlań ważnych wymieni Miłosz wstrząsający Różewiczowski tren: "więc to już / wszystko / mamo // tak synku /

to już wszystko // a więc to tylko tyle //

tylko tyle // więc to jest całe życie // tak całe życie".

Gdy umrze, Różewicz zapisze pożegnanie. Raz jeszcze w tonacji zarazem ironicznej i wzruszającej:

a co z nami?

co z naszymi sporami

przyjacielskimi

Ty zmarłeś więc nie pytasz

co ze mną? pewnie odrzucę starą

formę szatę

i z Orfeusza zmienię się

w łopatę

Andrzej Franaszek jest redaktorem "TP", krytykiem literackim, laureatem Nagrody Fundacji im. Kościelskich, autorem książki "Miłosz. Biografia".

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Ur. 1971 r. Redaktor działu kultury „Tygodnika Powszechnego”, krytyk literacki, pracownik Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, sekretarz Międzynarodowej Nagrody Literackiej im. Zbigniewa...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]