Reklama

Nic prócz słów

Nic prócz słów

23.12.2016
Czyta się kilka minut
Niedawno Opatrzność zgłosiła się do Polaków z ofertą: z narodu, w którym jest wielu miłosiernych ludzi, stańcie się narodem miłosierdzia. Nie udało się.
Fot. Yannis Behrakis / REUTERS / FORUM
W

W drugiej połowie XX w. polski Kościół katolicki miał czytelną dziejową misję: przeprowadzić naród wybrany przez czerwone morze komunizmu. Przez następne ćwierć wieku wolności szukał na siebie pomysłu. Raz romansował z polityką, innym razem się od niej oddalał. Szukał też swojej specjalizacji – obszaru, w którym byłby uznany za punkt odniesienia, za eksperta, na którego wszyscy chcący zabrać głos w danej sprawie zmuszeni byliby się oglądać.
Na pierwszy plan wysforowały się tu dwa obszary – bioetyka oraz zagadnienia związane z rodziną. Wychodziło to (i wychodzi) różnie. W sytuacji, gdy nie udało nam się przez te ćwierć wieku zbudować w Kościele pierwszoplanowej współobecności świeckich, prawdy o przekazywaniu życia czy wychowaniu dzieci głoszone przez doktoryzujących się z tych dziedzin celibatariuszy traktowane są często raczej jako element teoretycznej indoktrynacji, a nie „sprawdzona w boju” i sensowna propozycja.

Święci swoje, my swoje

Jakieś trzy lata temu Opatrzność zgłosiła się do nas z ofertą: zróbcie specjalizację z miłosierdzia. Trudno o lepszego adresata tej prośby – przed niespełna wiekiem o tym, że miłosierdzie jest w centrum Bożego myślenia o świecie, przypomniała wszak z mocą nasza rodaczka, święta siostra Faustyna. Jej wielki piewca i duchowy przyjaciel, św. Jan Paweł II, apelował do Polaków, by uruchomili „wyobraźnię miłosierdzia”: sposób patrzenia przekraczający kryteria ekonomii czy zimnej, ludzkiej sprawiedliwości. Polacy zawsze wspaniale reagowali na prośby o zaangażowanie się w pomoc po rozmaitych kataklizmach za granicą. Również w kraju zaczęły kiełkować diecezjalne, parafialne czy wspólnotowe akcje wsparcia.
Gdy w 2011 r. rozpoczęła się wojna w Syrii, a trzy lata później jej ofiary zaczęły w coraz większej liczbie stawać u naszych drzwi, wezwanie zabrzmiało donioślej: przejdźcie o poziom wyżej. Z narodu, w którym jest wielu miłosiernych ludzi, stańcie się narodem miłosierdzia.
Dziś już wiemy, że wciąż jest tak, jak było: wspólnej odpowiedzi na poziomie zbiorowości nie udaje się wypracować. Choć wielu polskich katolików (w tym biskupów i księży) zaczęło myśleć o sposobach możliwej pomocy. Do dziś próbują zrobić, co tylko mogą: piszą petycje, wpłacają datki, apelują.
Inni jednak rzucili się do internetu, by powielać antyislamiskie memy i przekonywać, że „w Polsce też są biedne dzieci” oraz że chrześcijaństwo (w którym, przypomnijmy, Bóg wydaje swojego Syna, by ostatecznie zginął z rąk ludzi, którym chciał wyświadczyć dobro) polega na tym, by za wszelką cenę bronić życia swojego i swoich bliskich, nawet za cenę odebrania owego życia (albo szans na nie) innym.

Moralne tchórzostwo

Najwyższe kościelne czynniki zdawały się przyjmować postawę wyczekującą – aż do wystąpienia papieża Franciszka, który we wrześniu 2015 r. zaapelował do każdej parafii, klasztoru i sanktuarium w Europie o przyjęcie jednej uchodźczej rodziny (a jego jałmużnik natychmiast oddał syryjskiej rodzinie swoje mieszkanie na rzymskim Borgo Pio). Odtąd, choć temu i owemu hierarsze zdarza się jeszcze dać upust lękom przed tym, co obce, albo powielać bzdury o rzekomej toksyczności „multikulti”, oficjalne stanowisko polskiego Kościoła, wyrażane konsekwentnie przez przewodniczącego Episkopatu, jest jasne: uchodźców powinniśmy przyjąć.
Biskupi dali zgodę Caritasowi na przygotowanie projektu korytarzy humanitarnych. Jeżdżąc parę razy w miesiącu po polskich parafiach i klasztorach, byłem zdumiony, w ilu deklarowano mi, że po apelu papieża naprawdę wszystko jest gotowe. Że wystarczyłby sygnał, że potrzebująca wsparcia syryjska (a może erytrejska) rodzina jedzie już do danego miasteczka, by ruszył do pracy cały lokalny sztab, przygotowujący miejsce do życia, pracy, zadomowienia.
Rzecz nie ma jednak miejsca ze względów wielokrotnie wałkowanych: moralnego tchórzostwa i populistycznego kunktatorstwa obecnej władzy, niezaniedbującej przy tym żadnej okazji do ostentacyjnego podkreślania chrześcijańskich korzeni. Jedną ręką rozdaje świadczenia polskim matkom i dzieciom, a jednocześnie każdego dnia ściąga na swą drugą rękę krew dziesiątek innych matek i dzieci, którym zarządzane przez nich państwo mogłoby uratować życie, lecz tego nie robi.
Powtarzane Franciszkowi zapewnienia, że nie chcemy ulegać kompulsywnej litości, że chcemy pomagać Syryjczykom na miejscu, tak by nie musieli wyjeżdżać ze swoich domów – to czcze frazesy, które nie znajdują żadnego pokrycia w faktach. Co do polityki wewnętrznej, tego, jakie kupić czołgi albo jak osądzić byłych aparatczyków – każdy z nas może mieć swoje zdanie. Jakie dyskusje można jednak toczyć, gdy kilkadziesiąt godzin jazdy autem od ulicy Wiejskiej wyciąga się z domów i rozstrzeliwuje na ulicach paruletnie dzieci? Gdy setki tysięcy innych od wielu miesięcy tracą ludzką godność, zdrowie, nadzieję za drutami uchodźczych obozów?

Inaczej niż Jezus

Politycy postępują tak, ponieważ czują za sobą poparcie rzesz Polaków. W tym również i tych, którzy deklarują się jako gorliwi katolicy. Stykając się z nimi często podczas gorących debat prowadzonych w tzw. terenie, wyłuskuję zawsze te same składowe muru, który odgradza nas od wielu niebezpieczeństw, w tym jednak także – mam wrażenie – od samego Jezusa Chrystusa. Są dwie przeszkody, które przeszkadzają Polsce stać się nie tylko miejscem kultu miłosierdzia, ale jego definicją.
Pierwszą z nich jest – to chyba żadna niespodzianka – lęk. W teologii i w życiu duchowym jest on oznaką działania złego ducha. „Kto się lęka, nie wydoskonalił się w miłości” (1 J 4, 18). Pytam moich interlokutorów, jak to się stało, że choć codziennie przyjmują Pana, który mówi im: „Nie lękajcie się”, mimo to twierdzą, że bezpieczeństwo własne to kategoria moralnie wyższa od, dajmy na to, prawa do życia innego człowieka. Rzecz jasna nikt od nikogo nie wymaga, by ów szedł na rzeź niczym baranek (choć nasz Zbawiciel to właśnie zrobił). Wyraźną oznaką duchowej choroby jest jednak dopatrywanie się w przychodzącym człowieku, o którym nie wiemy nic (bo propaganda à la „znajomy znajomego był w Paryżu i widział, jak imigrant kopie auto” to żadne źródło informacji), zagrożenia, a nie szansy.
To chyba jasne, że gdyby nasz Pan postępował tak jak my, nadal wierzylibyśmy dziś w Swarożyca. Niemal każde z Jego opisanych w Ewangelii spotkań to przecież totalne ryzyko wizerunkowe, religijne, polityczne, moralne... Ba – czasem czysto biologiczne. Jestem przekonany, że w jakieś futurystyczne lelum polelum będą też wierzyły nasze prawnuki, jeśli my dziś w spotkaniu z obcym, innym, przybyszem nie dostrzeżemy, jak Jezus, najpierw szansy – zamiast dawać się paraliżować obawom przed tym, co on nam może zrobić.
W Kościołach zachodnioeuropejskich widać to bowiem wyraźnie, w naszym – coraz wyraźniej: słowo przestaje być skutecznym narzędziem ewangelizacji. Ludzie słyszeli już wszystkie słowa świata. Dziś wspólnotę uczniów Jezusa można powiększyć tylko przez osobiste świadectwo tych, co idąc za Nim pokazują nie przez retoryczną sprawność, a przez to, jak żyją, że stawiając wszystko na tę jedną kartę, człowiek naprawdę może być szczęśliwy. Gdy wszystkie metody niwelowania lęku zawodzą, chrześcijaństwo proponuje krok radykalny: jego całkowitą amputację połączoną z przeszczepem nadziei, graniczącej (a przez niektórych wręcz utożsamianej) z naiwnością. W najgorszym widzieć okruch dobra, w tym, co nie ma nic, widzieć wszystko.
Żyjemy tak, dzisiaj, w Polsce, u progu XXI w.? Powtórzmy pytanie: jak to się stało, że z ludzi otwartych na świat, znanych ze swojej szczodrości, hojności, chęci do bezinteresownego poświęcenia dla innych, stajemy się czasem skłóconymi ze sobą nawzajem, przelęknionymi ksenofobami? W jakich okolicznościach zaszczepiony nam lęk wybujał w zasłaniające Ewangelię, Jezusa, ludzi – drzewo?

Myślenie toksyczne

W mojej roboczej ocenie za nawóz robiło tu zabójcze dla wiary i Kościoła pojęcie „stanu posiadania”. Ciężko dostrzec w Jezusie ubogiego, bezdomnego uchodźcę (którym był faktycznie, i z którymi to utożsamił się w 25. rozdz. Ewangelii Mateusza), gdy choćby najmniejszą część energii i czasu tracimy na walki o kościelne grunta, o to, by nie dać wyrwać sobie choć odrobiny formalnej obecności w szkołach, o to, by kolejne nominacje zadowoliły wszystkie frakcje, gdy wciąż „jaramy” się wskaźnikami frekwencji na pielgrzymkach, eventach i liczbą przeprowadzonych przez Sejm upamiętnień kolejnych koronacji świętych obrazów.
Takie myślenie jest toksyczne również w obszarze wiary osobistej: przekonanie, że coś da się Bogu wyrwać przy pomocy coraz to bardziej wyszukanych modlitw. Czasem odnoszę wrażenie, że połowa naszych problemów wynika z tego, że naprawdę uwierzyliśmy, iż możemy tutaj na ziemi coś na trwałe mieć. Że da się zrobić raj: armię pilnującą pokoju, system zapewniający wsparcie socjalne, katolickie szkoły, katolickie media i katolickich publicystów. Do bram owego raju puka teraz z konkretnymi oczekiwaniami Jezus i słyszy z wewnątrz wcale przekonywającą tyradę o konieczności obrony dziedzictwa, jakie udało nam się dotąd wypracować.
Powtórzmy to raz jeszcze, do bólu: Ten, którego wciąż mamy na ustach, w kontakcie z każdym napotkanym ryzykował wszystko, cały swój boski „stan posiadania”. Do tego stopnia chciał widzieć szansę w każdym człowieku, że ostatecznie skończyło się to Jego śmiercią. W wielu toczonych przeze mnie na tę okoliczność sporach słyszałem już argument: „A co, chce pan, żeby te islamisty zgwałciły pana córkę?”. Odpowiadam pytaniem: „A czy Bóg Ojciec chciał, żeby ci religijni formaliści i nacjonaliści zabili Jego Syna?”. I czy powstrzymało Go to, by iść do nich z wyciągniętą ręką: leczyć, karmić, podtrzymywać, pokazywać nadzieję?

Uratujmy siebie

W tradycji Kościoła Wschodniego oprawcy Jezusa, z Piłatem na czele, widząc tak radykalne świadectwo miłości – nawracają się. Znamienne, że nie zrobili tego wcześniej, kiedy słyszeli Jego słowa. Wczesnochrześcijańska literatura pełna jest opisów nawróceń prześladowców, których o prawdziwości Drogi Jezusa przekonała dopiero wymykająca się nawet samej śmierci nadzieja prześladowanych. To naprawdę bardzo piękne i naprawdę fajne, że pojawiły się już w polskim Kościele grupy ludzi próbujących zrobić, co się da, dla ratowania migrantów i uchodźców, mimo kordonu wstydu, z jakim próbuje odseparować nas od sprawy polski rząd. Co jednak, jeśli pomysł Boży pójdzie dalej? Jeśli okaże się, że mamy nawracać owe nadciągające ponoć do nas muzułmańskie rzesze wcale nie poprzez ewangelizacyjne marsze, warsztaty czy programy duszpasterskie, a wyciągając hojnie rękę nie tylko do tych, od których usłyszymy: „dziękuję” i którzy po prostu będą chcieli żyć z nami, pracować i świętować – ale i do tych, o których nie zawsze wiemy, czy odpowiedzą dobrem na dobro?
Ewangelia to nie weksel chroniący ziemski pokój i dobrobyt. Era Konstantyna, w której bezpieczeństwo Kościoła zapewniała polityka, dobiega końca. Znów, za naszymi braćmi sprzed wieków, będziemy mieli szansę, by wyznać, że cała nasza nadzieja – tylko w Bogu. Któremu, zajęci pielęgnowaniem własnych lęków i własnej religijności, pozwalamy właśnie utonąć w Morzu Śródziemnym, zostać wyciągniętym z domu, prosto od zabawy czy tulenia rodziców, i rozstrzelanym na ulicach Aleppo.
Możemy dać im szansę na życie, oni mogą odwdzięczyć się tym samym. Przełamując lęk przed podaniem tym ludziom ręki, złamiemy też może za jednym zamachem inne lęki, które w ukryciu toczą nasze życie społeczne, prywatne i polityczne, wszystkie – coraz bardziej podszyte nieufnością, samotnością i agresją, zamieniające nam dom w więzienie. Dano nam szansę, byśmy ratując ich, uratowali dzisiaj samych siebie. ©

Napływ uchodźców oraz nieskuteczne zarządzanie kryzysem przez UE spowodowały, że wiele państw europejskich zamknęło swoje granice. W praktyce zaprzestano stosowania tzw. konwencji dublińskiej, zgodnie z którą o przyznanie statusu uchodźcy należy się starać w pierwszym kraju UE, do którego się dotarło. Na zdjęciu: na granicy grecko-macedońskiej, wrzesień 2015 r.

Polska konsekwentnie odmawia udziału w unijnym mechanizmie tzw. relokacji uchodźców. Kościelna Caritas uruchomiła wprawdzie program pomocy uchodźcom z Syrii „Rodzina rodzinie”, ale promowany przez nią pomysł tzw. korytarzy humanitarnych odrzuciła strona rządowa. Zapytany o to minister spraw zagranicznych odparł: „Nie jest to rozpatrywane. Polacy nie akceptują przyjmowania znacznej liczby uchodźców”. Na zdjęciu na początku artykułu: ewakuacja cywilów ze wschodnich dzielnic Aleppo, zdobytych przez wojska rządowe, 16 grudnia 2016 r.

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]