Moc cierpliwych od Kabulu po Rabat

„Wy macie zegarki, ale my mamy czas” – powiadają od wieków afgańscy partyzanci, podejmując walkę z obcymi najeźdźcami, którzy niepomni klęsk poprzedników wyruszają z wyprawami wojennymi pod Hindukusz.
w cyklu STRONA ŚWIATA
Czyta się kilka minut
Dmitrij Żyrnow, ambasador Rosji w Afganistanie, podczas spotkania z Amirem Khanem Muttaqi, ministrem spraw zagranicznych Afganistanu. Kabul, 17 kwietnia 2025 r. // Fot. Ministerstwo Spraw Zagranicznych Afganistanu / AFP / East News
Dmitrij Żyrnow, ambasador Rosji w Afganistanie, podczas spotkania z Amirem Khanem Muttaqi, ministrem spraw zagranicznych Afganistanu. Kabul, 17 kwietnia 2025 r. // Fot. Ministerstwo Spraw Zagranicznych Afganistanu / AFP / East News

Wierni tej maksymie, Afgańczycy nie stają przeciwko najeźdźcom do walnych bitew, lecz wolą zadawać mu tysiące raz w zastawianych podstępnie zasadzkach, partyzanckich podjazdach, a ostatnio także samobójczych zamachach bombowych. 

Afgańska cierpliwość

Czekają cierpliwie, aż wykrwawiony i udręczony przeciwnik uzna, że wojny, którą rozpoczął, wygrać już nie potrafi, a od całkowitej klęski i upokorzenia ocalić go może jak najszybsza rejterada. Tak, po dziesięcioletniej wojnie, na początku 1989 roku wycofywali się chyłkiem z Afganistanu Rosjanie. Tak, po dwudziestoletniej wojnie, latem 2021 roku, uciekali z Afganistanu Amerykanie i sprzymierzone z nimi armie Zachodu.

Upokorzony Zachód ukarał jego pogromców ostracyzmem i do dziś nikt jeszcze nie uznał w talibach prawowitych przywódców Afganistanu (z nieuznawanym rządem nie można robić żadnych interesów ani mieć z nim cokolwiek do czynienia, nie można też nieść pomocy mieszkańcom nieszczęsnego kraju, którego przywódców nikt nie uznaje). Cierpliwie znosili potępienie i jeszcze cierpliwiej odrzucali stawiane im żądania i warunki, od których spełnienia Zachód uzależnił ich izolację. Przyjmując je, talibowie musieliby się zgodzić na faktyczną kapitulację po zwycięskiej wojnie.

Ale czasy nadeszły nowe i talibom karta powoli się odwraca. Pierwszego dnia czerwca Rosja zgodziła się przyjąć w Moskwie ambasadora talibów (jego ekscelencja, świętobliwy Mawlawi Gul Hassan ma przybyć do rosyjskiej stolicy lada dzień). Ostatniego dnia maja ambasadora talibów zaprosił do siebie także najważniejszy afgański sąsiad, Pakistan. Chiny zrobiły to już dwa lata temu, jako pierwsze na świecie, a po nich ambasadorów talibów przyjęto także w uzbeckim Taszkencie i Abu Zabi w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Dyplomatyczne przedstawicielstwo talibów od lat działa też w katarskiej Dausze.

Zgoda, by afgańskimi przedstawicielstwami dyplomatycznymi kierowali talibowie w randze ambasadora, a nie jedynie chargé d’affairs, nie oznacza uznania rządu talibów za prawowite władze Afganistanu, ale jest to wielki krok w kierunku przerwania ich banicji. Wkrótce ambasadora talibów przyjmie zapewne u siebie Kazachstan, który wyrósł na jednego z najważniejszych partnerów handlowych Afganistanu. Dogadywać się z talibami zaczął nawet najbardziej im nieprzychylny z sąsiadów, Tadżykistan, który zgodził się udzielić gościny zbrojnej, afgańskiej opozycji. 

Tadżykom, Kazachom i Uzbekom chodzi o zarobek na handlu z sąsiadami i na świętym spokoju, który mają im zapewnić talibowie. Dżihadystów z afgańskich obozowisk boją się też Rosja i Chiny, które również liczą, że w podzięce za uznanie talibowie dopilnują, by Moskwie czy Pekinowi nikt z Afganistanu nie zagroził.

Skoro Pakistan zaprosił do siebie ambasadora talibów, to raczej prędzej niż później zrobić to będą musiały Indie, odwieczny rywal Pakistanu. W swoich niekończących się sporach o miedzę i przez miedzę zarówno Delhi, jak Islamabad, zawsze starały się mieć Afganistan po swojej stronie. Ambasadorów talibów zaproszą też zapewne wkrótce Iran, Arabia Saudyjska i Turcja, regionalne mocarstwa, rywalizujące na Bliskim Wschodzie i Azji Środkowej o pierwszeństwo i wpływy.

I tylko patrzeć, jak i Zachód przeprosi się z talibami, a przykład dadzą Amerykanie, ostatni z najeźdźców i ostatnie z imperiów, które połamało zęby na Afganistanie (przed Rosjanami i Jankesami, na przełomie XIX i XX stulecia pod Hindukuszem wykrwawiali się Brytyjczycy). Donald Trump, piewca transakcyjnej dyplomacji i najwytrwalszy na świecie poszukiwacz skarbów ziem rzadkich, już kazał odwołać listy gończe, wydane przed laty za talibami i wypędzić z Ameryki nieproszonych afgańskich uchodźców wojennych. 

Talibowie widzą w nich kolaborantów obcych najeźdźców, ale Trump uznał, że pod rządami talibów w Afganistanie zapanował pokój i porządek, a zamiast odsyłanych Afgańczyków przyjmuje w Ameryce południowoafrykańskich Afrykanerów, potomków Burów, którym w ich ojczyźnie grozi rzekomo zagłada. Przynajmniej według Trumpa i jego dworzan z Białego Domu.

Marokańska cierpliwość

Cierpliwość opłaciła się także Maroku, spierającemu się z resztą Afryki i świata o bogatą w skarby – największe na świecie złoża fosforytów, przebogate łowiska – Saharę Zachodnią, dawną hiszpańską kolonię. Kiedy Madryt porzucił ją w 1975 roku, jej rdzenni mieszkańcy, pół miliona Saharyjczyków, powołując się na powszechnie uznawane prawo do samookreślenia, zamierzało ogłosić niepodległość. 

Maroko jednak, powołując się na dziedzictwo berberyjskich i arabskich dynastii Almorawidów, Almohadów i Alawitów, ogłosiło, że Sahara Zachodnia jest jego i nikomu nic do tego. Po krótkiej wojnie Sahara Zachodnia została rozerwana na dwoje – zachodnią część kontroluje Maroko, a wschodnią, pustynną, saharyjscy partyzanci z Frontu Polisario. Między nimi, w roli rozjemcy, stoją „błękitne hełmy” ONZ, która obiecała Saharyjczykom przeprowadzić w ich kraju niepodległościowy plebiscyt.

Już raczej do niego nie dojdzie, bo 1 czerwca szef brytyjskiej dyplomacji David Lammy opowiedział się w imieniu Londynu za tym, by Saharę Zachodnią uznać za marokańską, a na pociechę obdarzyć autonomią. W ten sposób Wielka Brytania, która dotąd popierała prawo Saharyjczyków do samostanowienia, jako trzecie z pięciu światowych mocarstw z Rady Bezpieczeństwa opowiedziała się w półwiecznym sporze po stronie Maroka. 

Przed nią zrobiła to także w zeszłym roku Francja i Ameryka w 2020 r., za czasów poprzedniego królowania Donalda Trumpa. W zamian za uznanie przez Trumpa prawa Maroka do Sahary Zachodniej, Maroko zgodziło się zawrzeć pokój z Izraelem i przystąpić do „umów Abrahamowych”, mających zaprowadzić pokój na Bliskim Wschodzie.

Upór i cierpliwość Maroka, a także korzystna dla niego koniunktura międzynarodowa sprawiają, że pół wieku po wybuchu sporu o Saharę Zachodnią po jego stronie opowiadają się również Hiszpania, Niemcy, Holandia, a także Polska. Coraz częściej dzieli się w tej sprawie Afryka, jeszcze niedawno popierająca Saharyjczyków. W maju prawo Maroka do Sahary Zachodniej uznała Kenia, a w czerwcu – Ghana.

„Dzięki nam brytyjscy przedsiębiorcy staną na czele kolejki, która ustawi się po marokańskie kontrakty rządowe na budowę infrastruktury potrzebnej do przeprowadzenia finałowego turnieju o mistrzostwo świata w piłce nożnej” – powiedział szef brytyjskiej dyplomacji po powrocie z Rabatu. 

Maroko, jako drugi po Katarze kraj arabski, urządza piłkarskie igrzyska w 2030 r., wraz z Hiszpanią i Portugalią. Kolejne igrzyska w epoce dyplomacji transakcyjnej, w 2034 r., mają się odbyć w Arabii Saudyjskiej

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”