Media społecznościowe powinny mieć takie ostrzeżenia, jak na paczkach papierosów?

Ile naprawdę wiemy o tym, czy i jak social media szkodzą nieletnim?
Czyta się kilka minut
Fot. Kaspars Grinvalds / Shutterstock
Fot. Kaspars Grinvalds / Shutterstock

O ostrzeżenia przed szkodliwością social mediów dla zdrowia nieletnich apeluje naczelny lekarz Stanów Zjednoczonych. „Rodzice i ich dzieci są pozostawieni samym sobie, starają się samodzielnie odnaleźć drogę, a po przeciwnej stronie stoją najlepsi inżynierowie i najbogatsze firmy na świecie” – pisze Vivek Murthy, który w eseju dla „New York Timesa” zaapelował do Kongresu o przyjęcie regulacji w tej sprawie.

Murthy powołuje się przy tym na dane, które mają ilustrować skalę problemu: młodzież spędzająca więcej niż trzy godziny dziennie w mediach społecznościowych jest dwukrotnie bardziej narażona na ryzyko wystąpienia objawów lękowych i depresji, a średnie dzienne korzystanie z mediów w tej grupie wiekowej według stanu na lato 2023 r. wyniosło 4,8 godziny. Ponadto prawie połowa nastolatków twierdzi, iż media społecznościowe sprawiają, że czują się gorzej ze swoim ciałem.

„Social media to nie papierosy”. Jak miałoby wyglądać ostrzeżenie o ich szkodliwości?

Wzorem ma być to, jak rozwiązywano problem z papierosami. W 1965 r. ówczesny naczelny lekarz USA, Luther L. Terry, opublikował raport wyliczający badania potwierdzające związki między paleniem a rakiem płuc. Wskutek tego Kongres zobowiązał producentów papierosów do zamieszczania na ich opakowaniach informacji o potencjalnej szkodliwości. Od tej pory odsetek palaczy w USA systematycznie spadał – z 42 proc. w momencie wprowadzenia etykiet do 11,5 proc. obecnie. Badania wykazały, że odpowiednio zaprojektowane i widoczne etykiety ostrzegawcze faktycznie wpływają na zachowania odbiorców – zwłaszcza nastoletnich. Problem w tym, że media społecznościowe to nie wyroby tytoniowe.

Murthy nie wskazuje, jak miałoby wyglądać proponowane przez niego ostrzeżenie. Mógłby to być bezustannie wyświetlający się banner, wyskakujące okienko, w które użytkownik musi kliknąć, otwierając aplikację, albo informacja zatwierdzana – podobnie jak polityka prywatności – podczas zakładania konta (z doświadczeń „papierosowych” wiadomo, że komunikat, jeśli ma być skuteczny, musi być wyraźny i często powtarzany). A rozstrzygnięcie dotyczące wyglądu komunikatu to i tak najłatwiejsza część całej sprawy.

Wyjątkowo problematyczny mógłby okazać się sam komunikat, bo w przeciwieństwie do tytoniu nie ma badań, które jednoznacznie wskazują na związek przyczynowo-skutkowy między korzystaniem z na przykład TikToka a zaburzeniami postrzegania samego siebie czy używaniem Instagrama a pojawieniem się depresji. Magazyn „The Atlantic”, omawiając ten temat, przywołuje głośny spór o metaanalizę (badanie badania) wykazującą, że ​​wpływ technologii cyfrowych na dobrostan nastolatków był „negatywny, ale niewielki”. Metaanalizę ostro krytykowali badacze zajmujący się tym tematem, m.in. psychologowie Jean Twenge (autorka książki „iGene”) czy Jonathan Haidt (bestseller „The Anxious Generation”), którzy twierdzili, że metodologia metaanalizy skutkowała „niedoszacowaniem” problemu. 

Krytykowani autorzy odpowiedzieli jednak kolejnymi badaniami, które potwierdziły ich wcześniejsze wyniki. Sam fakt, że toczą się takie spory, dobrze świadczy o złożoności problemu. A ten spór z pewnością będą chciały wykorzystać platformy cyfrowe. Bo każdy komunikat, który mógłby ograniczyć liczbę ich użytkowników czy czasu korzystania z mediów społecznościowych, to dla nich spadek zysków.

Szkodliwe media społecznościowe – ale które?

Kolejnym wyzwaniem może być ustalenie, czym w zasadzie są media społecznościowe. Murthy, przywołując dane, wykorzystuje badanie, które dotyczyło Facebooka, Google Plus, YouTube’a, MySpace, LinkedIn, Twittera, Tumblr, Instagrama, Pinterest i Snapchata. A co z TikTokiem? I które z tych platform miałyby wyświetlać ostrzeżenia? Oraz na podstawie jakich badań? To, na które powołuje się Murthy, nie stwierdza, które platformy są bardziej szkodliwe, a które mniej. I jakie dokładnie szkody wywołują.

Najpoważniejszy zarzut dotyczący pomysłu Murthy’ego związany jest z tym, że odpowiedzialność za rozwiązanie problemu zrzucona zostaje wyłącznie na rodziców i ich dzieci, podczas gdy wszystkie narzędzia ku temu wciąż pozostają w rękach platformy mediów społecznościowych. Naczelny lekarz Ameryki bierze pod uwagę ten element i podkreśla, że etykiety powinny być zaledwie początkiem, a nie końcem działań mających zabezpieczyć młodzież przed szkodliwymi skutkami korzystania z mediów społecznościowych.

„Potrzebujemy dowodów” – kto odpowiada za bezpieczeństwo dzieci?

„Prawo powinno chronić młodych ludzi przed internetowym nękaniem, wyzyskiem i nadużyciami, a także przed kontaktem z ekstremalną przemocą i treściami seksualnymi, które zbyt często pojawiają się w sterowanych algorytmicznie portalach. Środki powinny zapobiegać gromadzeniu przez platformy wrażliwych danych o dzieciach i ograniczać wykorzystywanie rozwiązań takich jak powiadomienia push, autoplay i nieskończone przewijanie, które żerują na rozwijających się mózgach i przyczyniają do nadmiernego korzystania z tych platform” – pisze Murthy, wzywając jednocześnie firmy technologiczne do pełnej przejrzystości odnośnie do skutków korzystania z ich produktów. „Platformy twierdzą, że pracują nad tym, by ich produkty były bezpieczniejsze, ale Amerykanie potrzebują czegoś więcej niż słowa. Potrzebujemy dowodów”.

Amerykański Departament Zdrowia opublikował w ubiegłym roku własną analizę, w której wskazywał, jakie środki zaradcze wobec zagrożenia płynącego z mediów społecznościowych mogą podejmować rodzice, nastolatkowie, prawodawcy i same platformy. Młodym ludziom zaleca się m.in. jasne oddzielenie światów online i offline, uważny dobór treści, które publikują, i zwracanie się o pomoc do przyjaciół czy rodziny w razie pojawienia się niebezpiecznych sytuacji. Rodzice powinni uczyć dzieci odpowiedzialnego korzystania z technologii, tworzyć „rodzinne plany medialne”, które wyznaczają granice korzystania z gadżetów w domu, i tworzyć „strefy wolne od technologii” pomagające dzieciom i nastolatkom nawiązywać prawdziwe przyjaźnie z rówieśnikami.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 26/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Social media albo zdrowie