Czy media społecznościowe są dzieciom potrzebne do szczęścia?

Potężny kryzys zdrowia psychicznego wśród dzieci i młodzieży jest faktem. Nie ma jednoznacznych naukowych dowodów, że winne temu są media społecznościowe. Ale przesłanki są wyjątkowo mocne. Co naprawdę wiemy o ich wpływie na najmłodsze pokolenie?
Czyta się kilka minut
Fot. Daisy Daisy / Shutterstock
Fot. Daisy Daisy / Shutterstock

Naczelny lekarz Stanów Zjednoczonych, Vivek Murthy, chce, by media społecznościowe miały ostrzeżenia o szkodliwości dla zdrowia nieletnich podobne do tych, jakie umieszczane są na papierosach. Powołuje się przy tym na dane o rosnącej liczbie przypadków depresji, zaburzeń lękowych i problemach z samooceną wśród młodzieży, która coraz więcej czasu spędza w sieci.

Tylko czy ta diagnoza jest słuszna? Urodzone po 1995 r. pokolenia Z i Alfa w zasadzie nie znają świata, w którym nie ma internetu. Nie można powiedzieć o nich, że spędzają coraz więcej czasu w sieci, bo na różne sposoby są one online w zasadzie bez przerwy. Możliwe więc, że proponowana przez Murthy’ego metoda „leczenia” okazałaby się równie skuteczna, co stosowanie cebuli, upuszczania krwi i egzorcyzmów na zapalenie płuc.

Epidemia i smartfony

Nie ulega wątpliwości, że mamy do czynienia z silnym „stanem zapalnym”. Depresja jest drugą najczęściej występującą chorobą na świecie i – jak wynika z danych Światowej Organizacji Zdrowia – do końca tej dekady zajmie miejsce pierwsze. Problem dotyczy ludzi ze wszystkich grup wiekowych, ale coraz częściej zmagają się z nim osoby młode i bardzo młode. Na depresję cierpi około 1,5 mln Polaków, w tym 2 proc. dzieci w wieku od 6 do 12 lat i aż 20 proc. w grupie młodzieńczej. I to właśnie wśród młodych wyjątkowo szybko w ostatnich latach rosła liczba prób samobójczych – w każdej 28-osobowej klasie średnio dwóch uczniów podjęło taką próbę.

Czy media społecznościowe mają z tym coś wspólnego? Vivek Murthy twierdzi, że tak. W eseju dla „The New York Timesa” napisał: „Nastolatki, które spędzają więcej niż trzy godziny dziennie w mediach społecznościowych, są narażone na dwukrotnie większe ryzyko objawów lęku i depresji, a średnio codziennie ta grupa wiekowa spędza tam, według stanu z lata 2023 r., 4,8 godziny”.

Tyle że istnieją setki, jeśli nie tysiące badań, z których płyną inne wnioski. W przeciwieństwie do palenia papierosów, które wywołuje rozliczne rodzaje nowotworów, twardych naukowych dowodów na to, że użytkowanie TikToka czy Instagrama prowadzi do depresji, po prostu nie ma. Nie doszukała się ich m.in. komisja amerykańskich Narodowych Akademii Nauk, która miała szukać właśnie takich związków. Jakiś czas temu szerokim echem odbiła się opublikowana przez magazyn „Nature” metaanaliza (czyli badanie badań), z której wynikało, że ​​wpływ technologii cyfrowych na dobrostan osób młodych był „negatywny, ale niewielki” – „wynosił co najwyżej 0,4 proc. zróżnicowania dobrostanu”. Natychmiast pojawiły się głosy, że zastosowana w tej metaanalizie metodologia poskutkowała „niedoszacowaniem” problemu, ale krytykowani autorzy odpowiedzieli kolejnymi badaniami, które potwierdziły ich wcześniejsze wyniki.

Jednakże choć twardych dowodów nie ma, to są poszlaki. I to wyjątkowo mocne. Wzrost liczby odnotowywanych przypadków depresji nastąpił niemal równolegle ze wzrostem liczby użytkowników smartfonów. Z badania przeprowadzonego wśród ponad pół miliona amerykańskich uczniów w wieku 13-18 lat wynika, że między 2010 a 2016 rokiem liczba osób wykazujących wysoki poziom objawów depresyjnych wzrosła o 33 proc., liczba osób z epizodem depresyjnym zwiększyła się o 60 proc., a wskaźnik samobójstw wśród dziewcząt był wyższy o 65 proc. Smartfony pojawiły się w 2007 r., do 2016 r. miało je blisko 90 proc. nastolatków w USA. Mniej więcej w tym samym czasie podobnie było w Wielkiej Brytanii, Kanadzie czy krajach skandynawskich. I wszędzie okazywało się, że pokolenie Z cierpi na zaburzenia lękowe, depresję oraz samookalecza się w skali większej niż jakiekolwiek inne pokolenie, o którym istniały tego typu dane.

Prof. Jean Twenge, psycholożka z Uniwersytetu Stanowego San Diego, autorka książki „iGen” twierdzi, że wzrost liczby osób z objawami depresji korelował z roku na rok ze wzrostem liczby smartfonów. Tyle że nawet ona przyznaje, iż nie jest jasne, czy zwiększająca się liczba godzin spędzanych w sieci to przyczyna depresji, czy raczej jej skutek. W tym kontekście warto zwrócić uwagę, że w większości badań porównuje się czas spędzony w internecie albo mediach społecznościowych z odczuciami dotyczącymi zdrowia psychicznego. A to nie odpowiada na pytanie, czy problemem rzeczywiście jest czas w sieci, czy może to, że nastolatki nie spędzają go na bezpośrednich relacjach z innymi albo na ćwiczeniach bądź spaniu. Albo czy nie uciekają w świat online, by tam szukać wsparcia w rozwiązywaniu swoich problemów.

Nie czytaj, bo ci zaszkodzi

Możliwe, że pierwszym badaczem, który wszczął alarm w związku z przeciążeniem informacyjnym, był szwajcarski naukowiec Conrad Gessner. W swojej książce opisywał, jak świat przytłacza ludzi danymi, a ten nadmiar jest zarówno „dezorientujący, jak i szkodliwy”. Gessner nigdy nie zalogował się na żadnym portalu społecznościowym ani nawet nie korzystał z komputera. Nie dlatego, że był technofobem, lecz dlatego że zmarł w 1565 r. Jego ostrzeżenia odnosiły się do zalewu informacji po wynalezieniu prasy drukarskiej.

James Gleick w książce „The Information: A History, A Theory, A Flood” pisze o podobnych obawach m.in. Gottfrieda Leibniza alarmującego, że „straszliwa liczba ksiąg” przyczyni się do powrotu barbarzyństwa, czy T.S. Eliota, który obserwując rozkwit prasy drukowanej, pytał: „Gdzie jest mądrość, którą utraciliśmy w wiedzy? Gdzie jest wiedza, którą utraciliśmy w informacji?”.

Możliwe, że obawy związane z nadmiarem informacji są tak stare jak sama informacja i sięgają czasów, gdy upowszechniała się umiejętność czytania i pisania (już w platońskim „Fajdrosie” Sokrates przestrzega, że mogą one powodować „zapomnienie w duszach uczniów, ponieważ nie będą oni korzystać ze swych wspomnień”).

Czy zatem nasze obawy rzeczywiście tak mocno różnią się od tych z przeszłości? Firma badawcza International Data Corporation wyliczyła, że obecnie każdy człowiek na świecie generuje średnio 1,9 GB danych dziennie, a w tym czasie dociera do niego do 100 GB. To więcej niż 500 lat temu docierało do dobrze wykształconej osoby przez całe życie.

– W historii często narzekano na nadmiar bodźców, podobnie jak na brak czasu. Może to element natury ludzkiej, że zawsze nam się wydaje, iż kiedyś bodźców było mniej? – zastanawia się w rozmowie z „Tygodnikiem” prof. Dariusz Jemielniak z Akademii Leona Koźmińskiego, wiceprezes Polskiej Akademii Nauk, kierownik Katedry Management in Networked and Digital Societies, obecnie pracujący w Berkman-Klein Center for Internet and Society na Uniwersytecie Harvarda. Jego zdaniem dziś otacza nas nie tylko wiele bodźców, ale też jesteśmy nimi atakowani w krótkich interwałach lub jednocześnie. – Biorąc pod uwagę, że multitasking nie istnieje, a jest tylko błyskawiczne przełączanie się między kontekstami, natłok informacji powoduje przeładowanie kognitywne – dodaje prof. Jemielniak.

Śmieciowe informacje

– Problemem jest nie tylko ilość, ale również jakość informacji – mówi nam prof. Janusz Hołyst z Politechniki Warszawskiej, który kieruje międzynarodowym projektem OMINO – Overcoming Multilevel Information Overload [Pokonywanie wielopoziomowego przeładowania informacyjnego]. – Jako dziecko uczyłem się o sukcesach naszej socjalistycznej ojczyzny, czego symbolami miały być dymiące kominy fabryk. Potrzebowaliśmy kilkudziesięciu lat, by zrozumieć, że poza profitami dla gospodarki powodują one też ogromne problemy dla zdrowia i środowiska naturalnego. Dziś każdy wie, jakie zagrożenia niesie smog. Podobnie mamy świadomość zagrożeń związanych z wysoko przetworzoną żywnością z fast foodów. Dokładnie w ten sam sposób powinna wzrosnąć świadomość dotycząca tanich informacji, które dziś łatwo produkować, a są szkodliwe jak śmieciowa żywność czy dym z kominów. 

Sytuację, w której znajdują się współczesne nastolatki – ale nie tylko one, bo podobny problem dotyczy w zasadzie każdego – profesor porównuje do hakerskiego ataku DDoS, który polega na przesyłaniu do serwera ogromnej ilości komunikatów tak, by przeciążyć jego możliwości przetwarzania danych. – Serwer czy człowiek pod naciskiem zbyt wielkiej ilości informacji w pewnym momencie przestaje prawidłowo działać – mówi prof. Hołyst.

Jakie są konsekwencje takiego informacyjnego „przejedzenia”? Kiedy otrzymujemy zbyt wiele informacji na jakiś temat, a nie mamy narzędzi do odfiltrowania tego, co zbędne, decyzje podejmujemy wolniej lub nie podejmujemy ich wcale. Podobnie dzieje się, gdy docierają do nas informacje na tematy zupełnie niezwiązane z podejmowaną decyzją, na przykład gdy otrzymujemy telefony z infolinii albo powiadomienia push z komunikatorów czy skrzynki mailowej.

Termin „przeciążenie informacjami” pojawił się w publikacjach naukowych w 1962 r., ale upowszechnił go Alvin Toffler w głośnej książce „Szok przyszłości” (1970 r.), w której opisywał „wyczerpanie zarówno fizyczne, jak i psychiczne, spowodowane przeciążeniem fizycznych mechanizmów adaptacyjnych w organizmie człowieka, jak również mechanizmów podejmowania decyzji”. Jedne z pierwszych badań klinicznych dotyczących tego zjawiska pojawiły się 20 lat temu, a przeprowadził je dr Glenn Wilson, psychiatra z King’s College London. Ustalił on, że wysiłek związany z koniecznością analizowania napływających stale maili, telefonów i innych komunikatów sprawia, że IQ przytłoczonych ilością informacji pracowników spada o 10 punktów. To mniej więcej tyle, co po nieprzespanej nocy albo ponad dwa razy więcej niż po wypaleniu jointa marihuany.

– Obecnie straty dla amerykańskiej gospodarki wynikające z przeładowania informacyjnego pracowników szacowane są na 1000 mld dolarów rocznie – mówi prof. Hołyst. A to może być zaledwie wierzchołek kosztów, bo „śmieciowe informacje” są tym szkodliwsze, im do młodszych użytkowników trafiają.

Dla dziewczyn samookaleczenia, dla chłopaków porno

14-letnia Luna Dreamer widziała już wiele. Jej konto na TikToku jest regularnie bombardowane treściami, od których nawet starszym użytkownikom zjeżyłby się włos na głowie. – Jest dużo przemocy, zwykle między nastolatkami, ale pojawia się też znęcanie nad zwierzętami czy nękanie dzieci przez rodziców, często pod postacią pranków [dosł. „psikus”, „wkręcanie”, rejestrowane i publikowane w sieci], które mają być zabawne, a wyrządzają krzywdę – mówi właścicielka konta.

Luna ma szczęście, bo to, co widzi w mediach społecznościowych, nie wpłynie na jej dorastanie. 14-latka nie istnieje. To fałszywa tożsamość, którą do monitorowania treści docierających do młodzieży stworzyła Ewa Domańska, ekspertka działu profilaktyki cyberzagrożeń NASK. – Co trzeci nastolatek posiada od pięciu do ośmiu kont w mediach społecznościowych i spędza w nich średnio cztery godziny dziennie – mówi badaczka. Jej zdaniem, choć przemoc to ogromny problem w sieci, zaraz za nią plasują się wypaczone kształtowanie obrazu samego siebie i inne szkodliwe treści.

To, co mówi Domańska, odzwierciedlają dane. Z raportu Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę wynika, że ponad połowa nastolatków (54,5 proc.) miała kontakt z niebezpiecznymi treściami w internecie: niemal co trzeci (31,8 proc.) widział prawdziwe sceny przemocy, co czwarty – treści dotyczące sposobów samookaleczania (26,1 proc.), materiały pornograficzne (25,2 proc.) lub zachęcające do obrażania innych czy dyskryminujące (23,9 proc.). 19 proc. spotkało się z treściami propagującymi zaburzenia odżywiania, a blisko 16 proc. z prezentującymi sposoby na popełnienie samobójstwa.

Warto zwrócić uwagę na różnice między tym, co widzą dziewczęta i chłopcy. Co trzecia nastolatka miała kontakt z treściami związanymi z samookaleczaniem się (35,9 proc.), w przypadku chłopców – co siódmy (14,0 proc.); co piąta (21,5 proc.) z materiałami na temat popełniania samobójstwa, wśród chłopców – co dwunasty (8,7 proc). W przypadku treści propagujących zaburzenia odżywiania – kontakt z nimi miało 29,4 proc. dziewcząt i 6,2 proc. chłopców. Chłopcy natomiast częściej niż dziewczęta mieli kontakt z pornografią (31,8 proc. vs 19,8 proc.), a także ponad połowa z nich deklaruje, że nie widziała żadnych niebezpiecznych treści w internecie (52,1 proc).

Polskie nastolatki w zasadzie nie różnią się w tej materii od rówieśników z innych państw – szacuje się, że średnio 65 proc. osób w wieku od 12 do 18 lat miało kontakt z nieodpowiednimi treściami. Instytut Alana Turinga prawdopodobieństwo, że młodzi natkną się na takie treści, szacuje na 90 proc.

Fot. Yuri A / Shutterstock

Działka dopaminy

Jak te nieodpowiednie treści oddziałują na młodych? – To tak, jak z używkami. Kluczowy jest wiek, w którym uzyskuje się do nich dostęp. Jeśli do problematycznych treści w sieci docierają licealiści, to  długoterminowe szkody będą zapewne niewielkie. Gorzej, gdy są to dzieci na wcześniejszym etapie rozwoju – mówi nam Aleksandra Denst-Sadura, certyfikowana psychoterapeutka psychoanalityczna związana z Polskim Towarzystwem Psychoterapii Psychoanalitycznej. Jej zdaniem kontakt z niedostosowanymi do wieku treściami, które przebodźcowują dziecięce mózgi, „skutkuje później kruchością psychiczną osób wchodzących w okres dojrzewania”, a to z kolei może powodować załamania czy depresje.

„Każde powiadomienie, polubienie czy prośba o obserwację dostarcza mały zastrzyk dopaminy. A to uzależnia, ale nie satysfakcjonuje” – twierdzi dr Jerry Bubrick z kalifornijskiego Child Mind Institute. I media społecznościowe żyją z treści, które mają dostarczać jak najwięcej takich bodźców. Ich model biznesowy polega na nakłanianiu użytkowników, by spędzali w nich jak najwięcej czasu, bo dzięki temu można im pokazać więcej reklam. Frances Haugen, była menadżerka Facebooka, w 2021 r. ujawniła wewnętrzne badania tej firmy dowodzące, że algorytmy kierujące doborem treści w pierwszej kolejności miały pokazywać to, co prowokuje najsilniejsze reakcje emocjonalne: złość, zazdrość czy strach, a szefowie firmy doskonale wiedzieli, że powoduje to negatywne efekty wśród użytkowników, przede wszystkich młodych.

– Architektura rekomendacji na platformach mediów społecznościowych ma tendencję do dostarczania coraz więcej tego, co użytkownik już wcześniej widział. Tymczasem, żeby uzyskać zróżnicowaną dietę informacyjną, trzeba sięgać po wszystko, od krytycznego myślenia po konfrontacje z wieloma różnymi źródłami – mówi nam prof. ​​Vincent Hendricks, dyrektor Ośrodka Badania Baniek Informacyjnych Uniwersytetu Kopenhaskiego. Dzieci zwykle takich kompetencji nie mają. – Jeśli do tego mają złe relacje w domu lub z innych powodów dorastają w trudnym środowisku, to siłą rzeczy mogą się bardziej otwierać na treści, które destabilizują ich stan psychiczny – wyjaśnia Aleksandra Denst-Sadura.

Wychowane przez Google

Emma ma cztery lata, ale w sieci pojawiła się, gdy jej rodzice wrzucili na Instagram jej pierwsze zdjęcie z USG. Wózek dziewczynki kosztował 2000 euro. Później były wycieczki do parków i muzeów, kursy angielskiego i karate. Rodzice obsypali Emmę miłością i prezentami. A czego ją nauczyli?

Dzieci takie jak Emma opisuje w książce „Pokolenie niezdolne do życia: jak odbieramy dzieciom przyszłość” dr Rüdiger Maas, psycholog i filozof, założyciel Instytutu Badań Pokoleniowych w Augsburgu. Z danych, które przytacza o niemieckim pokoleniu Alfa (urodzone po 2010 r.), a które jest pierwszym pokoleniem cyfrowych tubylców, wynika, że to najbardziej nieszczęśliwe dzieci od lat 60., czyli od początku badań nad poziomem szczęścia wśród nieletnich. To nie koniec: co czwarta Alfa ma trudności z nawiązywaniem przyjaźni i tyle samo zgłasza objawy depresyjne.

Interdyscyplinarny zespół badawczy, którym kierował Maas, ustalił, że Alfy zmagają się z tymi trudnościami przez nadopiekuńczych rodziców. Ci bezustannie próbują uszczęśliwiać swoje pociechy, nie dając im szans na samodzielne odkrywanie szczęścia. „Podobnie jest z wyobraźnią – zamiast pozwolić dzieciom na samodzielność, są one na najróżniejsze sposoby zajmowane i zabawiane. A to nuda rozwija wyobraźnię” – mówił Mass w niedawnym wywiadzie dla magazynu Focus, dodając: „To tak, jakbyś był przy bufecie wypełnionym tylko twoimi ulubionymi daniami. Bez względu na to, co weźmiesz, nie będziesz zadowolony z wyboru, a wszystkiego zjeść nie możesz”. I to ta obfitość możliwości unieszczęśliwia. A dzieci nadopiekuńczych rodziców zaczynają zmagać się z podobnymi dysfunkcjami, jak dzieci zaniedbane.

„Zaczyna się od malucha: małe dziecko może samo sobie podmuchać na gorącą zupę i może się nauczyć ubierać. Wielu rodziców nie ma na to jednak cierpliwości, a innym po prostu brakuje czasu, bo muszą pracować” – wyjaśniał Maas. Dorośli są nie tylko pod presją ekonomiczną czy społeczną, ale też zmagają się z niepewnością. I tu znów wkracza internet: około 90 proc. rodziców, mając rozterki wychowawcze, odpowiedzi szuka w Google, choć wie, że nie wszystko, co znajdzie w sieci, jest prawdą. To prowadzi do jeszcze większej niepewności i nadopiekuńczości, która ma zrekompensować ewentualne błędy. Do tego – jak zauważa Maas – rodzice dopytują pociechy, co chciałyby robić, jeść czy gdzie jechać na wakacje. „Dyskutują z nimi, jak z dorosłym, a to często przytłacza dzieci. A ich uczuć czy rzeczywistych potrzeb rodzice prawie nie zauważają”. 

Z badania zespołu Maasa wynika, że w tej sytuacji internet – będący dla pokolenia Alfa środowiskiem naturalnym – zaczyna dawać dzieciom poczucie bezpieczeństwa i pewności siebie. „[W sieci] konfrontują się z najróżniejszymi rzeczami, nie potrzeba wiele wyobraźni, by domyślić się, z jakimi. I to wszystko w zasadzie bez interwencji dorosłych, podczas gdy w analogowym świecie są one często nadmiernie chronione i stają się coraz bardziej niepewne siebie” – twierdzi badacz.

Bezpieczny czy nie?

Wnioski, do których doszedł jego zespół, w pewnym sensie pokrywają się z wynikami badań, w których o opinie na temat internetu i mediów społecznościowych pytano dzieci i młodzież. Na przykład z zeszłorocznej ankiety Pew Research Center wynika, iż 38 proc. badanych zgłaszało, że czują się przytłoczeni treściami, które oglądają, a blisko troje na dziesięcioro (29 proc.) twierdziło, że czuje presję, by publikować treści, które dostaną wiele komentarzy lub polubień. 

Tyle że jednocześnie aż 80 proc. deklarowało, że dzięki mediom społecznościowym czują się włączeni w życie znajomych, 58 proc. stwierdziło, że dzięki nim czują się bardziej akceptowani, a 67 proc., że w sieci znajdują wsparcie w trudnych chwilach. Czy tę młodzież należy przekonać, że media społecznościowe są szkodliwe jak papierosy?

Nie tylko dlatego realizacja pomysłu naczelnego lekarza Stanów Zjednoczonych może być bardzo trudna. Przede wszystkim wprowadzenie jej w życie poprzedziłaby batalia o to, które media społecznościowe i w jakim stopniu szkodzą. Dobrym przykładem skali wyzwania jest YouTube, najpopularniejszy serwis wśród nastolatków (w ankiecie dla Pew Research Center korzystanie z niego zadeklarowało 95 proc., a blisko 20 proc. twierdzi, że robi to „prawie bez przerwy”). Przez wielu badaczy YouTube uznawany jest za mniej szkodliwy od innych, bo młodzi zwykle korzystają z niego pasywnie i w zasadzie nie wchodzą w interakcje z innymi. Z drugiej strony, serwis oferuje w zasadzie niekończące się przewijanie i algorytmiczne rekomendacje, czyli mechanizmy uważane za szkodliwe, zwłaszcza dla młodych umysłów. Jak więc miałby być sklasyfikowany – jako bezpieczny czy nie?

To nie koniec. „W przeciwieństwie do telewizji czy filmów, nie można z wyprzedzeniem stwierdzić, co dzieci zobaczą w mediach społecznościowych. Czasem to będzie farbowanie włosów lub filmy taneczne, ale czasami to treści dotyczące białej supremacji lub zaburzeń odżywiania” – mówiła „New York Timesowi” Amanda Lenhart, szefowa badań w Common Sense Media. To sprawia, że „nie możemy powiedzieć: nie wchodź na serwis X, Y jest w porządku, ale od Z trzymaj się z daleka”.

Potężny kryzys zdrowia psychicznego wśród dzieci i młodzieży jest faktem. Choć występują silne korelacje, to jednak nie ma jednoznacznych, naukowych dowodów, że winne temu są media społecznościowe. „Jedną z najgorszych rzeczy dla rodzica jest świadomość, że jego dziecko jest w niebezpieczeństwie, ale nie jest w stanie nic z tym zrobić” – napisał w swoim eseju Vivek Murthy podkreślając, że w szkole medycznej nauczył się, że „w nagłych wypadkach nie masz luksusu czekania na doskonałe informacje. Oceniasz dostępne fakty, używasz najlepszego osądu i działasz szybko”. Jeśli kierując się tymi zasadami, postawił słuszną diagnozę, możliwe, że uda mu się zaoszczędzić wiele cierpienia. Ale jakie będą konsekwencje, jeśli się myli?

To dlatego tak ważne są dalsze badania nad wpływem social mediów na dzieci i młodzież. Ale też wzięcie odpowiedzialności za problem przez państwa i same platformy społecznościowe, dziś skoncentrowane tylko na własnych zyskach. Tymczasem użytkownicy też nie są bezradni i mogą podejmować środki zaradcze bez całkowitego odstawiania mediów społecznościowych. Amerykański Departament Zdrowia zaleca młodym ludziom m.in. uważny dobór treści, które publikują, i zwracanie się o pomoc do przyjaciół czy rodziny w razie pojawienia się niebezpiecznych sytuacji. Rodzicom zaś – tworzenie „rodzinnych planów medialnych”, które wyznaczają granice korzystania z gadżetów w domu oraz tworzenie „stref wolnych od technologii”, które pomagają dzieciom i nastolatkom nawiązywać prawdziwe przyjaźnie z rówieśnikami.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 27/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Co sieć robi naszym dzieciom