Marta Nadolle studiowała na Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku oraz na warszawskiej ASP. Tę drugą ukończyła w 2014 r., broniąc dyplom w pracowni Jarosława Modzelewskiego. Przez lata prowadziła zajęcia artystyczne w WSM Żoliborz Centralny – do południa malowała, a po południu uczyła dzieci malarstwa i rysunku.
Zajęcia edukacyjne do dziś pozostały dla niej ważne. Niedawno wspólnie z Elizą Proszczuk podczas Accra Cultural Week 2025 przeprowadziła w Ghanie warsztaty łączące lokalne tradycje z własnymi praktykami artystycznymi. Każde dziecko w nim uczestniczące na kawałku tkaniny wyklejało ścianę dowolnego budynku architektury tradycyjnej z Polski i Ghany. Potem budynki zawisły obok siebie, tworząc różnorodne miasto.
W latach 2014-2018 Nadolle była asystentką w Pracowni Sztuki w Przestrzeni Publicznej warszawskiej ASP. Zaczęła także prowadzić zajęcia malarskie w Fundacji Atelier. Jednak, jak sama podkreśla, nauczanie było też życiową koniecznością.
Podczas gali wręczenia Paszportów „Polityki” za rok 2023 mówiła o tym, w jak trudnych warunkach funkcjonują młodzi artyści i artystki. Na własnym przykładzie opowiadała, jak trudno żyć z samej tylko twórczości. Ten aspekt życia zaprezentowany został podczas tegorocznej wystawy „Bujność. Sztuka kobiet w XXI w.” w Kiszyniowie.
Marta Nadolle: autobiograficzne wątki twórczości
Nadolle pochodzi z Międzychodu (Wielkopolska), a jej dzieciństwo i młodość przypadły na pierwsze dekady III RP, czas niełatwy zwłaszcza dla mieszkańców małych miast i wsi. Dlatego artystka opowiada w swojej twórczości o życiu osób, które po 1989 r. przybyły do Warszawy z mniejszych ośrodków.
Tych wszystkich, którzy wrośli w to miasto i obecnie definiują jego charakter. Nie tworzy jednak idealizowanych wyobrażeń wielkomiejskiego życia. Nie pokazuje nowych, modnych, grodzonych osiedli, ale codzienność mieszkańców zwykłych, przyciasnych mieszkań w starych blokach.
Jej twórczość jest w dużej mierze autobiograficzna. Dotyczy spotkań i rozmów, które postronnym mogą wydać się błahe. Jednak to właśnie one, często bardziej niż przełomowe historyczne wydarzenia, ostatecznie definiują to, kim jesteśmy, dopiero upływ czasu potrafi pokazać ich prawdziwe znaczenie.
Bywa również ironiczna. „Jestem 15 lat starsza, to ona powinna pierwsza powiedzieć dzień dobry” – zauważa bohaterka jednego z obrazów na widok napotkanej młodej osoby. „Z takimi brudnymi nogami na masaż?” – komentuje innym razem. „Jedziemy do kościoła, a ty odkurz chatę” – słyszy bohaterka obrazu, być może przy okazji odwiedzin w rodzinnym domu. A przedstawiana na tych i innych obrazach kobieta o blond włosach to sama artystka.

Prace Nadolle tworzą tym samym rodzaj wizualnego dziennika. Są zapisem relacji z kolejnych lat życia osoby, która analizuje swoje przeżycia, emocje, stan psychiczny. Otwarcie, czasami z brutalną wręcz szczerością.
„Kompleksy są ze mną od zawsze. Rozwalają mnie i blokują, a równocześnie pchają do przodu i motywują. Próbuję je ogarnąć, ale zawsze wracają. Myślę... skąd się wzięły? Z mojego domu? Z krwi? Z otoczenia? Z bycia kobietą? A może z bycia Polką?” – napisała w tekście towarzyszącym tegorocznej wystawie w warszawskiej Galerii Leto (jej kolejną odsłonę do połowy stycznia można oglądać w BWA Kielce).
Mów o własnych doświadczeniach
Nadolle nie ukrywa swoich pomyłek. Mówi o zawiedzionych nadziejach, niespełnionych oczekiwaniach. Otwarcie i ze świadomością komplikacji, jakie mogą się wiązać z upublicznianiem uczuć. Także o tym, co dotąd było niewypowiedziane, znajdowało się w cieniu, chociaż dotyczyło spraw, które dotykają wszystkich.
O strachu i bólu, o tęsknocie i miłości. „Cała trudność polega na tym, żeby zaprosić je do widzialności, wyprowadzając z przestrzeni zawstydzenia” – podkreślała Katarzyna Kasia w niedawno opublikowanym tekście poświęconym artystce.
Marta Nadolle przynależy do pokolenia, dla którego mówienie o swoich stanach psychicznych nie jest tematem tabu. Przeciwnie, to naturalna, wręcz konieczna część normalnego funkcjonowania – i jest to jedna z najważniejszych zmian, jakie zaszły w Polsce w nowym stuleciu.
„Chociaż kwiaty były super” – komentuje bohaterka obrazu, leżąc w łóżku u boku jakiegoś mężczyzny. „A wydawał się taki spoko” – stwierdza innym razem, budząc się rano sama. Tworzenie związków, budowanie relacji, napięcia i rozczarowania temu towarzyszące to jeden ze stałych wątków w jej twórczości.
Marta Nadolle mówi przede wszystkim o sobie, a jednocześnie jej opowieści mają charakter uniwersalny. Być może dzieje się tak dlatego, że mówienie o własnych doświadczeniach nadaje im wiarygodność. Ostatecznie przełamują one wciąż funkcjonujące bariery, a nawet mogą pełnić funkcję terapeutyczną.
Artystka zabiera nas bowiem – jak pisała w swoim tekście Kasia – w obszary, do których „wolimy się nie zbliżać. Myślimy o nich jako o ranach, traumach, złych wspomnieniach. Odcinamy się od nich, wyrastamy z nich”. Czasem konfrontacja z nimi bywa koniecznością: „Trzeba przywołać wspomnienie, odpłakać je, poczuć jeszcze raz złą albo bezradną emocję, zgubić się w niej, ale ze świadomością, że można stamtąd wyjść”.
Za banalnymi historiami czai się bunt
Nie bez znaczenia pozostaje forma prac Nadolle. Artystka posługuje się przede wszystkim malarstwem – nie zawsze jednak na płótnie. Niekiedy wykorzystuje znalezione przedmioty, które pokrywa farbą. Tworzy także rzeźby i rysunki, sięga po tkaninę: haftuje lub komponuje patchworki.
Przez długi czas malowała niewielkie obrazy, w ostatnich latach realizuje również formaty większe. Przede wszystkim jednak uwagę zwraca ich charakterystyczna stylistyka: nieco naiwna, operująca wyrazistą kolorystyką oraz nieoczywistym stosowaniem perspektywy.
Wszystko to sprawia, że jej prace wydają się intymne, a jednocześnie bliskie twórczości, która przez długi czas spychana była na margines i odsyłana do szuflady opatrzonej etykietą „etnografia”. Chodzi o sztukę, dla której wciąż brakuje jednoznacznego określenia – dawniej nazywaną naiwną lub art brut, dziś określaną mianem twórczości outsiderów.
Sama artystka przyznaje się do fascynacji pracami Henriego Rousseau, Fridy Kahlo oraz Nikifora. Z tym ostatnim łączy ją między innymi częste umieszczanie w obrazach tekstów pełniących funkcję tytułów – stanowią ich integralną część.
Patrząc na prace artystki, łatwo nie dostrzec, że za codziennymi, niemal banalnymi historiami kryje się bunt. Być może Marta Nadolle należy do grona „mieszkanek Wspólnego Pokoju”, o których pisała Joanna Mueller w wierszu „to nie tak jak myślisz, siostro”: „przy kawce i pralinkach / organizują opór wobec wyrafinowanych form / opresji; nie tańczą rewolucji, lecz ją wysiadują”. I czynią to skutecznie. Zresztą, jak dodaje poetka, „już samo bycie kobietą to emancypacja”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















