Katarzyna Kubisiowska: Opowiesz o listach?
Barbara Ziembicka: Kiedy dwa lata temu czytałam „Empuzjon” Olgi Tokarczuk, którego akcja toczy się w Görbersdorfie, wiedziałam, że coś mi ta nazwa mówi, że ją gdzieś słyszałam. W końcu przyszło olśnienie: przecież ta miejscowość wpisana jest w DNA mojej rodziny od strony mamy – babcia Helena się tam leczyła.
Tam było pierwsze na świecie sanatorium, w którym gruźlicę leczono klimatem i dietą.
Twórcy późniejszego Davos wzorowali się na Göbersdorfie. A babcia w 1907 r. pisała stamtąd listy do męża, Walentego Kurlusa. Kuracja się jednak nie udała i babcia zmarła w wieku 36 lat, osierociwszy pięcioro dzieci. Listy przechowywała jej córka, czyli moja matka. Następnie przekazała je mnie, a ja przekazałam swojej córce. Spójrz, to one.
Piękne pismo.
W listach jest mnóstwo prawdziwej czułości, troski i tęsknoty za dziećmi. I takie zdanie, że: „dobrze, gdyby było dobrze”. Kiedy moja córka przeczytała te listy, powiedziała: robimy zjazd rodzinny. Ja na to: „Nie, po co?”.
Skąd opór?
Starsi raczej są na nie, zachowują ostrożność. Zadzwoniłam jeszcze do krewnej mieszkającej w Poznaniu i mówię, że jest taki pomysł. Ona: „Tylko mnie w to nie mieszaj”. Ale po tygodniu wykonała do mnie telefon i mówi: „Kochana, robimy to”.
Więc zjazd się odbył.
Było trochę wnuków, prawnuków i praprawnuków, ponad pięćdziesiąt osób. I dziadek Walenty, na zdjęciu wąsaty pan, dzięki współczesnej technice miał dorobione prawdziwe usta, którymi poruszał, witając gości i podkreślając, jak niezmiernie cieszy się z faktu, że dokładnie osiemdziesiąt lat po jego śmierci spotykają się jego potomkowie.
Przemówiła i babcia Helena?
To moja córka się za nią ujęła. „Wszyscy mówią o protoplaście, a co z jego żoną?” – zapytała. „Urodzić i wychowywać piątkę dzieci to jest nic?”. A ponieważ Natalia jest reżyserką, stworzyła 10-minutowy filmik, w którym aktorka czyta listy babci. Dzięki nim Helena ożyła.
Miejsce zjazdu?
W Wąsowie pod Poznaniem, w XVIII-wiecznym założeniu pałacowym z parkiem, wybudowanym przez niejakiego Sylwestra Szczanieckiego. Pałac przechodził różne koleje, a pod koniec wieku XIX przejął go pewien bankier z Berlina.
To było najlepsze miejsce na spotkanie, tym bardziej że dziadek mógł tam przysyłać towary zamówione przez właścicieli. Bo Walenty, mieszkaniec nieodległych Dusznik Wielkopolskich, prowadził w nich sklep, w którym było „szwarc, mydło i powidło”. A przede wszystkim towary bławatne. Był obrotny, towar sprowadzał z Poznania i z Niemiec, dorobił się majątku. Jego córki miały posagi w złocie w banku w Berlinie. Tyle że wszystko to przepadło podczas I wojny światowej.
A co znaczył zjazd dla Ciebie?
Odnalazłam się w historii. Dotąd myślałam o sobie w ograniczonym obszarze. Że ja to ja: Kraków, Akademia Sztuk Pięknych, profesura, nauczanie, podróże, wystawy, obrazy, ilustracje do książek. A tu nagle przestrzenie się otworzyły, pojawił się kontekst. W sumie to rodzinna historia o awansie.
Klasowym?
Mój pradziadek był chłopem pańszczyźnianym. A jego synowi, dziadkowi Walentemu, prowadzenie interesu umożliwiło zniesienie pańszczyzny: w Prusach stało się to w 1811 r., a w zaborze rosyjskim dopiero po powstaniu styczniowym. Poznań od zawsze był gospodarczo w ofensywie. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że przedsiębiorcza postawa miała na celu wzbogacenie regionu, była formą walki z Niemcami.
Dziadek – to wiem z przekazów rodzinnych – w swojej wsi był szanowany. A dwoje jego dzieci zdobyło wyższe wykształcenie. Natomiast obecne pokolenie, czyli wnuki, prawnuki Walentego – to już jest inteligencja.
A Ruda Śląska, w której urodziłaś się tuż po wojnie?
Rodzice jeszcze przed wrześniem 1939 r. za chlebem przenieśli się na Górny Śląsk, gdzie ojciec, choć absolwent seminarium nauczycielskiego, prowadził sklep z materiałami. A mnie trzeba było nauczyć gwary, inaczej by mnie dzieci przezywały gorolką.
Skuteczna strategia?
Ślązacy naszą rodzinę zaakceptowali. Lubiłam odwiedzać koleżanki, być częstowana roladą z modrą kapustą i kluskami, zupą siemieniotką, krupniokiem, kołoczem. W charakterze Ślązaka jest jakaś stałość, przewidywalność i uczciwość, co cenię.
Pamiętam górniczą orkiestrę pana Kozioła, która wczesnym rankiem pojawiała się pod naszymi oknami, u zbiegu ulic, przeważnie na 1 maja, ale nie tylko. Czerwone pióropusze czapek...
Dobre dzieciństwo?
W życiorysie następują pewne fakty, od których się wszystko zaczyna. Dla mnie było to znalezienie nieopodal domu glinianki pogórniczej. Kucnęłam, wygrzebałam glinę i zaczęłam lepić. Mogłam mieć 12, najwyżej 13 lat.
Pamiętasz tę rzeźbę?
No pewnie: siedząca, zmęczona kobieta. Rodzice byli pod wrażeniem, na imieninach pokazywali gościom miniaturowe rzeźby córki. A potem wysłali mnie do liceum plastycznego w Katowicach.
I przełom?
W okolicach matury pojechałam do Krakowa i w księgarni przy placu Mariackim wzięłam do ręki „Baśnie” Andersena. Wydanie PIW-owskie z roku 1967. Wersja dla dorosłych, znakomite tłumaczenie Stefanii Beylin i Jarosława Iwaszkiewicza. Poetycka fraza, piękno języka. Kartkowałam z przejęciem, kupiłam. Pod wpływem tej lektury zaczęłam rysować piórkiem i czarnym tuszem. Byłam w jakiś sposób duchowo współczulna z tego rodzaju obrazowaniem. I cierpieniem.
Czuję dreszcze na samą myśl o Andersenowskiej „Opowieści o matce”, w której kobieta targuje się ze śmiercią o życie własnego dziecka.
A dla mnie szczególnie ważny jest „Towarzysz podróży”. Historia młodego człowieka, który po śmierci ojca wyrusza w świat. Po drodze udziela pomocy pewnemu zmarłemu, a ten, wróciwszy do świata żywych, odwzajemnia się i pomaga mu w kłopotach. Wszystko kończy się szczęśliwie. Poruszająca parabola naszej nieraz „współpracy” z niebytem, ze zmarłymi. Kto tego nie doświadcza, może traci. Bo jest w tym obcowaniu ze światem równoległym nie tylko żal za przeszłym, ale i nauka, pomoc.
Doświadczyłaś jej?
W świadomości minione życie żyje, choć są tacy, którzy przed tym uciekają. Ja nie. Szereg rzeczy toczy się w sferze podświadomości. Mogą ujawnić się we śnie, choć niekoniecznie. Czasem o poranku są jak mgnienie... Kiedy jeszcze dzień na dobre się nie zaczął i kiedy wszystko przede mną, w głowie pojawiają się światy, a nawet gotowe obrazy, czy uwierzysz? One czasami są niemiłe po prostu, ale...
Ale co?
To jest moje życie. Sporo obrazów, grafik powstało z tych właśnie rekolekcji. Wiesz, że w łacinie słowo recolligere oznacza: zbierać na nowo, powtarzać?

A same baśnie Andersena?
Wsiąkłam w ten świat. Przepisywałam niektóre baśnie odręcznie i jednocześnie robiłam ilustracje. Potem zaniosłam do introligatora i ta praca znalazła się w teczce, kiedy po raz drugi – bo za pierwszym podejściem się nie udało – startowałam do Akademii Sztuk Pięknych. W komisji egzaminacyjnej był Jacek Gaj, świetny grafik i pedagog, wtedy asystent. To on zauważył moje ilustracje.
Co było dalej?
Na studiach chciałam tworzyć swój świat, a nie malować tylko martwą naturę, co było na ASP obowiązujące. Wyczerpywała się wówczas w mniemaniu części studentów formuła nauczania kolorystycznego proponowana przez kapistów. Rozumieliśmy rolę lektur i tego, że trzeba też „być” i mieć coś do zaproponowania. Dla młodego człowieka, który poszukuje sensu i zadaje pytanie „po co maluję?”, staje się to kluczowe.
Kapiści odrzucali anegdotę, w ogóle treści literackie.
Oj, pilnowali bardzo, by nie było tzw. gadania. Uczyli priorytetu formy nad treścią, ważny był nie tyle sam motyw, ile rozwiązanie obrazu. Tylko ile można dywagować o języku? Profesorowie na wydziale malarstwa robili z tego jakąś religię.
A ja stałam na drugim biegunie, w pracy ciągnęło mnie do opowiadania historii. Zbawieniem dla nas było pojawienie się na malarstwie pracowni Jerzego Nowosielskiego, który doceniał w twórczości obsesję i dostrzegłszy ją uważał, że trzeba na nią pozwolić.
Powiedziałaś: obsesję?
To ona wybiera człowieka, nie odwrotnie. I wiedzie przez życie. W najtrudniejszych życiowo chwilach myślałam zawsze o swojej pracy, ona właściwie mnie nie opuszczała.
Nigdy?
Jest w obsesji wielka tęsknota za wyrażeniem tego, co wydaje się nie do uchwycenia. Artyści powiadają górnolotnie: to wyzwanie. Nadużywane słowo. Dziś pewnie dodaję tę interpretację, ale kiedy byłam młodziutka, kierowałam się intuicją, wyobrażeniami.
To ta grafika skąd się wzięła?
Otwarto ten wydział na ASP, a ja natychmiast przeniosłam się tam po roku nauki z pracowni Nowosielskiego. W pierwszej chwili trochę żałowałam. A potem? Trafiłam na same tuzy: stary Wejman, przepraszam, profesor Mieczysław Wejman i jego syn – Stanisław. Ponadto Adam Bunsch, Włodzimierz Kunz, Tadeusz Jackowski, Andrzej Pietsch, Janusz Karwacki...
Każdy z nich był indywidualnością w dziedzinie grafiki, mającą coś innego do powiedzenia. Studenci z tego korzystali. To był czas świetny dla grafiki jako takiej. Powstało pojęcie podręcznikowe – Grafika Krakowska.
Życie poza uczelnią?
Kombinowaliśmy, żeby się działo. Spędzaliśmy trochę czasu w Piwnicy pod Baranami, odpowiadał nam jej absurdalno-nadrealistyczny nastrój, antidotum na burą PRL-owską rzeczywistość. Ponadto Stary Teatr, gdzie oglądałam każde przedstawienie reżyserowane przez Swinarskiego. Jego teatr był czymś uduchowionym, ubranym w niezwykłą formę, zupełnie nową. A Kantor? Miał znaczenie formujące – to był nadrealizm. Pomieszanie czasów, snu i jawy.
Lektury?
Najbardziej pociągały takie nazwiska jak Kafka, Swift, Dylan Thomas, Henri Michaux, Poe... W ogóle autorzy oscylujący między tym, co realne, a tym, co niemożliwe. I bardzo ważna książka Rogera Caillois’a „W sercu fantastyki”. On pisał o myśleniu magicznym, możliwościach, jakie daje tego rodzaju studiowanie rzeczywistości.
Do tego doszedł Freud z jego badaniem podświadomości. Wtedy jeszcze o Jungu się nie słyszało, a on był dla mnie ważny.
Właśnie z tego wszystkiego zrodziła się grupa Fantazos?
Inicjatorem był mój wtedy mąż – Henryk „Fantazos” Ziembicki. Dołączyli do nas Henryk Waniek i Andrzej Kołpanowicz. A potem Michał Józefowicz, który w późniejszych latach przeniósł się do Paryża i zrobił tam karierę.
A grupa Fantazos była zmową studencką, tyle że bardzo poważnie prowadzoną. Spotykaliśmy się w akademiku „na Dzierżyńskiego”, to dziś ulica Lea. Dyskutowaliśmy o sztuce, o polityce chyba mniej. Prowadziliśmy pismo w jednym egzemplarzu i to było ośrodkiem naszych zainteresowań, takim zobowiązującym do odpowiedzialniejszego działania. Zamieszczaliśmy tam nasze artykuły, cytaty z literatury, rysunki. Ja wtedy mnóstwo rysowałam. Kiedy to wszystko się siłą rzeczy skończyło, miałam poczucie, że jestem jakoś wyposażona.
Gotowa do pracy?
Z moim dyplomem, który dotyczył baśni świata, udałam się do Wydawnictwa Literackiego. A tam naczelny grafik, pan Janusz Bruchnalski, namówił redaktorów, bym mogła ilustrować książki dla dorosłych. I w serii „Fantastyki i Grozy” zilustrowałam kilka powieści gotyckich. Josepha Sheridana Le Fanu „Carmillę” pamiętam zwłaszcza. Wampirzyca została przedstawiona przeze mnie z głową kota.
A potem tymi właśnie ilustracjami zainteresowała się Maria Janion i pomieściła je, pośród innych, w pokaźnej, pięknej księdze o nazwie „Wampir. Biografia symboliczna”. A sama WL-owska seria fantastyki w dzisiejszej ocenie jest nieefektowna, bo książki szare, brzydki papier. Ilustracje zostały.
Co z malowaniem?
Początkowo właściwie bez efektu. Ha, upomniał się fakt, że nie chodziłam na malowanie martwej natury. A w 1975 r. pani Danuta Józefikowa, która prowadziła galerię Desa, zorganizowała mi już wtedy indywidualną wystawę, właśnie obrazów. To było odważne. Spójrz, tu jest zdjęcie: Basia na wernisażu, tę bluzkę to mama mi uszyła.
Na tej mojej obecnej wystawie w Nowohuckim Centrum Kultury pokazuję 24 obrazy olejne. Ale nie tylko. Odwróć się, nad tobą wisi mój ostatnio ukończony obraz. Symboliczny. Malowałam go przez ostatnie cztery lata.
Długo.
Długo nie wychodziło. Rzuca się obraz gdzieś do kąta, a potem się do niego wraca. Niby potulny obraz rzeczywistych przedmiotów, a one, być może, znaczą więcej.
Ten pierrot co znaczy?
To właściwie pierrotka, rodzaj żeński. Jakoś nawiązuje do mojego czasu po dyplomie, kiedy poczułam się nietęgo. Koniec beztroskiego etapu życia i początek poważnego, dorosłego. Wtedy zrobiłam litografię „Portret młodego Pajaca” rodem z komedii dell’arte. Być może figura pierrota to moje ciche alter ego.

Czyli?
Sugeruję, że nie warto podchodzić do siebie z nadmierną powagą. Prędzej z żartem, ironią. Bywa, że to się udaje. Pierrot, człowiek śmiechu – czasem płacze.
Ciekawi mnie jeszcze ta żółta kartka na obrazie.
Jak chcesz, to możesz pomyśleć sobie, że to ostrzeżenie.
Przed czym?
Przed demonami.
Mówisz poważnie?
One istnieją. Fajnie tak sobie nazwać pewne psychiczne napięcie, które jest doświadczeniem większości ludzi. A w historii sztuki jest parę obrazów z demonicznymi postaciami. Nie ośmieliłabym się namalować demona, nie z braku możliwości warsztatowych. Raczej z obawy, że nadając mu wyobrażenie, naprawdę się go nie pozbędę. W baśniach karykaturalne, złe postaci są jakoś oswajalne, no i źle kończą. W realu – niekoniecznie. Przypomina się ten fakt, że Jerzy Nowosielski wierzył w fizyczną obecność diabła.
A ta seria obrazów dla Twojego wnuka?
Nazwałam ją „Bestiariusz albo sceny z życia zwierząt”. Pierwsza powstała sowa. Bo Tymonka kojarzę z tym ptakiem – jest dzieckiem, które wszystko waży, zastanawia się. Dalej samo poszło. Namalowałam małpy wznoszące toast, kozę-malarkę przed autoportretem, melancholijną sarnę i kota-mentora. Mój brat tym ostatnim przedstawieniem był bardzo ucieszony, śmialiśmy się, że to o nim.
Więc niby o zwierzętach, a tak naprawdę o ludziach?
Zwierzę pięknie się maluje. No i nagle się otworzył jakiś zupełnie nowy świat, w akwareli. Znanej mi przecież – w akwareli powstały nagrodzone ilustracje do Andersena. To technika, która jest przygodą: wydaje się, że nie do końca panujesz nad sytuacją. W technice olejnej wszystko można dopracować, zmieniać. W akwareli pomysł, z którym podchodzisz do obrazu, ujawnia się i nabiera kształtu natychmiastowo. Jeśli jest w tobie niewiele, zderzasz się z pustką.

Tymon, któremu pokazałam obraz sowy, odpowiedział: „Może być”.
Nie daje mi spokoju ta kobieta, którą wyrzeźbiłaś jako nastolatka.
Dlaczego?
Zastanawiam się, co wówczas chciała wyrazić Twoja podświadomość?
Ot, zdarzyło się. Ale ciekawe, że tego akurat się nie zapomniało. Często wspominamy jakiś fakt przypisując mu to i owo: może przestroga albo Palec Boży? Wiele historii ludzkich, opowiadanych w rodzinie, ma taki charakter. W moim przypadku jest i jedno, i drugie. Bo przestroga powiada: „Nie idź tą drogą, uważaj, artystom jest ciężko!”. A Palec Boży? Tu już nie ma odwrotu, ma tak być – jak było. I jest.

BARBARA ZIEMBICKA (ur. 1946), profesor Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie i absolwentka tej uczelni: studiowała malarstwo u prof. Jerzego Nowosielskiego oraz grafikę u prof. Mieczysława Wejmana i prof. Włodzimierza Kunza.
Od 1973 r. uczy na Wydziale Grafiki. Zajmuje się grafiką artystyczną i książkową, rysunkiem oraz malarstwem. W latach 90. publikowała na łamach „Dziennika Polskiego” szkice krytyczne o plastyce i wywiady. W roku 1998 w wydawnictwie Znak ukazała się jej książka „Najprostszą drogą. Rozmowy z artystami”.
Ma na koncie kilkanaście wystaw indywidualnych oraz udział w wystawach zbiorowych. Prace Ziembickiej znajdują się w zbiorach: Muzeum Narodowego w Warszawie, Muzeum w Kaliszu, Polskiej Akademii Umiejętności w Krakowie i Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz w zbiorach prywatnych.
Już od 12 grudnia w Nowohuckim Centrum Kultury będzie można zobaczyć wystawę jej prac pt. OWOCOWANIE. Kuratorkami są Anna Baranowa i Aleksandra Nosalska.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















