To opowieść o współczesnej Ameryce. Ale żeby ją lepiej zrozumieć, musimy cofnąć się do przeszłości – i to o ponad dwa wieki.
26 marca 1812 r. dziennik „The Boston Gazette” publikuje karykaturę: przedstawia jeden z okręgów w wyborach do stanowego Senatu. Kształtem przypomina salamandrę – jej autor, Elkanah Tisdale, dorysował okręgowi głowę, skrzydła i szpony, opatrując całość tytułem „The Gerry-Mander, nowy gatunek potwora”.
Właśnie od tego rysunku wziął się w Stanach termin „gerrymandering”, oznaczający manipulowanie granicami okręgów wyborczych. To zlepek dwóch słów: mander (fragment słowa salamander) i nazwiska Elbridge’a Gerry’ego, gubernatora stanu Massachussetts, który właśnie w 1812 r. zatwierdził mapę faworyzującą jego partię. Choć podobno zrobił to niechętnie, to jednak stworzył precedens – i pozwolił, by powstał autentyczny potwór, antydemokratyczny i pożerający Amerykę.
Gubernator Teksasu uruchamia lawinę
Ponad 200 lat później czegoś podobnego dokonał gubernator Teksasu Greg Abbott. Pod naciskiem Trumpa uruchomił procedurę, w wyniku której w sierpniu przyjęto nową mapę okręgów wyborczych w tym stanie.
Dzięki niej Republikanie mogą zyskać pięć dodatkowych mandatów do Izby Reprezentantów w wyborach do Kongresu w 2026 r. Celem tego posunięcia jest uchronienie partii Trumpa przed możliwą utratą większości w Izbie. Jest to bowiem częsty scenariusz w wyborach do Kongresu, które odbywają się w połowie kadencji urzędującego prezydenta, a w których wielu wyborców daje wyraz rozczarowaniu jego rządami.
Tak było w 2018 r., gdy po dwóch burzliwych latach rządów Trumpa konserwatywne mieszkanki przedmieść pokazały Republikanom czerwoną kartkę i pomogły Demokratom przejąć kontrolę nad Izbą Reprezentantów. Tym samym Trump stracił wówczas „maszynkę” do zatwierdzania swoich reform.
Teksas przyjmuje nową mapę okręgów wyborczych
Przymiarki do nowej mapy wyborczej rozpętały w Teksasie polityczny chaos. W sierpniu całe Stany mówiły o grupie ponad 50 teksańskich Demokratów: aby utrudnić zatwierdzenie projektu przez stanowy parlament, gdzie Republikanie mają większość, zerwali oni kworum – wyjechali na dwa tygodnie poza granice Teksasu. Rozpierzchli się po liberalnych stanach, opowiadając mediom, jak to teksańscy konserwatyści dali się złamać Trumpowi.
Za tę „ucieczkę” dostali grzywnę: po niemal 10 tys. dolarów. To więcej niż wynosi ich roczna płaca bazowa (bycie stanowym parlamentarzystą nie jest zajęciem na cały etat). Aby jeszcze bardziej w nich uderzyć, zarządzono, że bieżącą pensję mogą odebrać tylko osobiście.
Gdy Demokraci wrócili do rodzimego stanu, zadbano, by znów nie zerwali potrzebnego do głosowania kworum. Dostali do podpisania dokument, według którego mogli opuszczać gmach parlamentu wyłącznie w asyście policji i to pod warunkiem, że następnego dnia wrócą na kolejną sesję. Ci, którzy odmówili podpisania „lojalki”, koczowali nocą w sali obrad.
Ostatecznie głosowanie w sprawie nowej mapy przebiegło bez niespodzianek, według podziałów partyjnych. Gubernator nagrał wideo, na którym podpisuje ustawę i ogłasza, że reprezentacja Teksasu w Kongresie USA będzie jeszcze bardziej czerwona – innymi słowy: bardziej republikańska.
„Gerrymandering” w innych stanach USA
Teksański precedens miał konsekwencje. W odpowiedzi liberalna Kalifornia uznała, że też chce zapewnić „swoim”, tj. Demokratom, pięć dodatkowych mandatów w Waszyngtonie. Tu na zatwierdzenie nowej mapy wyborczej muszą się jednak zgodzić mieszkańcy stanu – referendum zaplanowano na listopad.
Do podobnych manipulacji przymierzają się politycy także w innych stanach: od stanu Nowy Jork po Florydę, Kansas i Indianę. W niektórych stanach idzie to błyskawicznie: w Missouri mapę faworyzującą Republikanów już pod koniec września zatwierdził gubernator stanu Mike Kehoe.
Ta obecna walka na mapy przebiega w USA wbrew przyjętym regułom gry. Tradycyjnie wytyczanie granic okręgów ma bowiem miejsce równo co 10 lat, po tym, jak publikowany jest spis powszechny z bieżącymi statystykami ludności. Następny spis realizowany będzie tymczasem dopiero w 2030 r.
To właśnie na podstawie spisu wiadomo, którym stanom należą się dodatkowe mandaty w Izbie Reprezentantów ze względu na napływ mieszkańców. I tak, po ostatnim nowe miejsca zyskały Teksas, Kolorado, Floryda, Oregon, Karolina Północna i Montana. Po jednym straciło zaś siedem stanów, m.in. wyludniające się Pensylwania, Michigan i Wirginia Zachodnia.
Rachunek zawsze musi się zgadzać: do podziału między 50 stanami jest dokładnie 435 mandatów. Przepisy stanowią też, że przy rozrysowywaniu nowych okręgów poszkodowane nie mogą być mniejszości językowe i etniczne. Tak jak inni, muszą mieć prawo do wyboru swoich przedstawicieli.
Czym są „cracking” i „packing”, czyli manipulacje w praktyce
To wszystko wygląda ładnie na papierze, w praktyce jednak tworzenie nowych map to zazwyczaj upolityczniony proces, który kończy się majstrowaniem przy granicach okręgów – tak aby faworyzowały konkretną partię.
Towarzyszą temu praktyki dwojakiego rodzaju. „Cracking”: dzielenie grupy wyborców, np. Latynosów, między kilka okręgów tak, aby ich głos nie miał realnej siły. Oraz „packing”: wciśnięcie danej grupy do jednego okręgu, aby tylko tam mogła wybrać swego reprezentanta.
Praktyki te dobrze pokazuje uchwalona właśnie mapa w Teksasie. Na przykład w rejonach Austin dwa okręgi będące bastionem Demokratów zredukowano faktycznie do jednego. W efekcie w przyszłorocznych wyborach rywalizować ze sobą musiałaby dwójka kongresmenów reprezentujących obecnie dwa odrębne okręgi. Jeden, 79-letni Lloyd Doggett, zapowiedział już, że nie będzie ubiegać się o reelekcję, jeśli nowa mapa obroni się w sądach (została zaskarżona przez kilka organizacji).
Na całym tym manewrze skorzystają Republikanie, którzy jeden z „odebranych” Demokratom okręgów rozrysowali tak, żeby faworyzował ich partię.
Jak zyskać na głosach Latynosów
Na manipulacje z ostatnich tygodni wścieka się Katie Gillespie z Austin – mieszkanka okręgu, w którym o reelekcję prawdopodobnie nie będzie ubiegać się wspomniany Doggett.
– To duża strata, bo on godnie reprezentował nas w Kongresie. Od lat walczył o opiekę zdrowotną dla Amerykanów, prawa reprodukcyjne kobiet i zniesienie ulg podatkowych dla korporacji. W ostatnich miesiącach krytykował politykę celną Trumpa – wylicza Katie w rozmowie z „Tygodnikiem”.
Katie denerwuje się, że Republikanie upchnęli do jednego okręgu klasę pracującą z Austin. – Na tych zmianach jak zwykle dobrze wyjdą bogacze z zachodniego Austin, którzy głosują na Partię Republikańską, bo zależy im na obniżce podatków – uważa Katie, która pracuje na stoisku z pieczywem w popularnej w Teksasie sieci supermarketów H-E-B. Razem z mężem od lat nie stać jej na wzięcie kredytu hipotecznego i kupienie własnego domu.
Katie przypomina, że Republikanie majstrują przy okręgach zaledwie cztery lata po uchwaleniu wcześniejszej mapy, sporządzonej na podstawie aktualnego spisu, opublikowanego w kwietniu 2021 r. Ona też została zaskarżona, jako dyskryminująca mniejszości etniczne i językowe. Sprawa jest wciąż w toku.
Obserwatorzy są zgodni, że tym razem Republikanie chcą wykorzystać poparcie ze strony konserwatywnych Latynosów, którzy w 2024 r. tłumnie głosowali na Trumpa. Cztery z pięciu mandatów, jakie chcą zyskać dzięki nowej mapie, obejmują rejony zamieszkane w większości przez tę społeczność. W tym dolina Rio Grande przy granicy z Meksykiem, kiedyś bastion Demokratów. Jej mieszkańcy uwierzyli Trumpowi, że rozprawi się z inflacją i imigracją.
Strategiczna kalkulacja Republikanów
Teraz, gdy w Stanach rozkręca się „wojna na mapy”, jako winnego tej sytuacji wskazuje się nie tylko Trumpa, ale także Sąd Najwyższy USA. W 2019 r. orzekł on, stosunkiem głosów 5:4, że sądy federalne nie mogą rozpatrywać skarg dotyczących „gerrymanderingu”. To zachęciło polityków do bardziej agresywnych ruchów – takich jak te z ostatnich tygodni.
Choć „gerrymandering” jest stary niemal tak jak Stany Zjednoczone, wyjątkowo metodycznie podeszli do tego ponad 15 lat temu Republikanie. Liżąc rany po klęsce z 2008 r. – gdy Barack Obama został prezydentem, a jego Partia Demokratyczna wzmocniła swoją pozycję w Kongresie – prawica postanowiła coś z tym zrobić.
Nawet się z tym nie kryła. Znany republikański konsultant polityczny Karl Rove wyłuszczył swój plan w marcu 2010 r. na łamach dziennika „Wall Street Journal”. Przekonywał, że kluczem do odbicia Kongresu jest najpierw uzyskanie przez Republikanów większości w legislaturach stanowych. Wszystko po to, aby mieć decydujące słowo przy rozrysowaniu nowych map okręgów wyborczych na podstawie nowego spisu (ten został zrealizowany w 2010 r., przed wyborami stanowymi).
Również Trump chce wykorzystać system
Ten plan Republikanów zakończył się sukcesem. Odbili Demokratom dwadzieścia izb w parlamentach stanowych, po czym wzięli się za kreślenie map z użyciem technologicznych narzędzi umożliwiających manipulację z chirurgiczną precyzją.
To też przyniosło efekty. W 2012 r. Republikanie, dzięki faworyzującym ich partię okręgom, utrzymali pewną przewagę w Izbie Reprezentantów w Waszyngtonie – choć republikańscy kandydaci uzyskali w skali całego kraju mniej głosów niż ich rywale z Partii Demokratycznej.
Dziewięć lat później, po publikacji kolejnego spisu, znów rzucili się do kreślenia nowych map. Dziś Donald Trump chce również wykorzystać system – tyle że grubo przed czasem.
Jest tu również druga różnica. To on jest teraz u władzy i to jemu, a nie prezydentowi z Partii Demokratycznej, Amerykanie patrzą na ręce. Koniec końców majstrowanie przy mapach może nie ochronić więc Trumpa i Republikanów przed frustracją wyborców.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















