Gdy nie było jeszcze jasne, że 20 stycznia 2025 r. to Trump wprowadzi się znów do Białego Domu, od działaczki Partii Republikańskiej z Teksasu usłyszałem, że jeśli Harris wygra, Teksas odłączy się od reszty Stanów. I że sąsiadujące z nim regiony dołączą do tej rebelii.
Nowy Meksyk: stan kontrastów politycznych
Nie wiem, które dokładnie stany miała na myśli. Ale z Nowym Meksykiem mogłoby nie pójść tak łatwo. Wraz z sąsiadującym od północy Kolorado tworzą one jedyną w tej części USA „niebieską” (demokratyczną) wyspę w morzu (republikańskiej) „czerwieni”. Inne stany, które w większości popierają Partię Demokratyczną, są niemal bez wyjątku na wschodnim i zachodnim wybrzeżu.
W tym roku było podobnie: w Nowym Meksyku Harris otrzymała 51,85 proc. głosów, a Trump 45,85 procent.
Nowy Meksyk ma wielkość Polski, ale inny charakter
Z europejskiej perspektywy Nowy Meksyk – zajmujący powierzchnię niemal równą Polsce, za to zamieszkany tylko przez 2 mln ludzi – znany jest głównie z ekranu: tutaj toczy się akcja wielu filmów i seriali. Mogłoby się wydawać, że gdy znajdziemy się bliżej, łatwiej będzie zobaczyć go w całości takim, jaki jest naprawdę. Ale to niemożliwe. Podobnie jak w przypadku całych Stanów Zjednoczonych – z daleka wydają nam się dobrze znane, jednak im bliżej jesteśmy, tym większe mamy wrażenie, że mniej wiemy.
Granicę między Teksasem a Nowym Meksykiem przekroczyłem już po wyborach. Zatrzymałem się na stacji, by zatankować (zresztą tak samo tanio, jak w Teksasie). Dwóch mężczyzn oglądało telewizję, która mówiła, rzecz jasna, o Trumpie. – Jak po wyborach? – zagadałem, płacąc. Na co jeden z mężczyzn oddał mi kartę i tylko wzruszył ramionami.
Niby nic, ale o Nowym Meksyku mówi wiele. W Teksasie ludzie dyskutowali na okrągło o polityce: w miastach kochali Harris i nienawidzili Trumpa, a poza nimi odwrotnie. Z tak ostentacyjną obojętnością spotkałem się dopiero w Nowym Meksyku.
„Złoto” Nowego Meksyku: kukurydza, fasola i ropa
Podobnie jak Arizonę i Kolorado, ten region „odkrył” w XVI stuleciu Francisco Vázquez de Coronado, hiszpański konkwistador omamiony wizją bogactwa, Eldorado. W poszukiwaniu baśniowego złota w 1540 r. wyruszył na północ. Ale jedynym, co po wyczerpujących walkach znajdował, były kukurydza, fasola i mąka.
Coronado nie wiedział, że te produkty rzeczywiście od stuleci są prawdziwym złotem dla tutejszych mieszkańców. Gdyby żył dziś, mógłby dzięki nim stać się milionerem – tak jak właściciele wszystkich tych firm, którzy zarabiają, zamieniając kukurydzę, fasolę i mąkę w taco, burrito czy quesadillę.
Ale pięćset lat temu jedyne, co go spotkało, to coraz większa frustracja, a także nienawiść ze strony rdzennych plemion. Ostatecznie Hiszpan dotarł aż do rzeki Kansas, ale zrezygnowany zawrócił do Meksyku, gdzie po kilku latach zmarł w nędzy.

Santa Fe: gdzie zima łączy się z historią
Po niemal 500 latach poznaję Nowy Meksyk odwrotnie niż Coronado: od północy do południa. Zaczynam w Santa Fe, o którym nigdy nie pomyślałbym, że może być tak zimnym miejscem: trwa śnieżyca, na ulicach śnieg po kostki. Nic dziwnego, w końcu miasto leży na ponad 2 tys. metrów n.p.m. (wyłączając Tatry, byłoby najwyższym punktem w Polsce).
– To typowa pogoda? – zagaduję rodzinę, która prowadzi sklep z produktami świątecznymi. Nigdy nie widziałem w jednym miejscu tylu ozdób, lampek i świątecznych strojów. W każdym stylu i cenie. – Zima dopiero przed nami. W zeszłym roku było tyle śniegu, że musieliśmy robić tunele na drogach – słyszę w odpowiedzi.
Przed barem w centrum spotykam Hanka, który pracuje tu jako ochroniarz. Potężny, sprawia wrażenie kogoś, kogo można się bać. Zwłaszcza że na dżinsowej kurtce na militarne naszywki, pamiątki po wojsku. Hank ma w sobie coś ze swojego imiennika, szwagra głównego bohatera serialu „Breaking Bad” i zarazem agenta zajmującego się walką z narkotykami (akcja serialu toczy się w pobliskim Albuquerque).
Breaking Bad i polityka: Santa Fe w centrum uwagi
Jestem pewien, że Hanka cieszy powrót Trumpa. – W życiu! – odpowiada. – Jestem zły, że wygrał. On nie szanuje ludzi. A ja ludzi kocham! – stwierdza z uśmiechem.
Gdy mówię Hankowi o idei „secesji” Teksasu, wybucha jeszcze większym śmiechem: – My na pewno byśmy do nich nie dołączyli. Tutaj nie lubimy Republikanów. Kiedy pracowałem w Teksasie, musiałem ściąć włosy, bo tam nie lubią hippisów.
– Żałuję, że Trump wygrał. Chciałem, żeby go pokonała ta… the other lady [inna kobieta – red.] – mówi. Gdy chwilę później używa znów tego zwrotu, orientuję się, że nie pamięta nazwiska. – Kamala Harris? – Tak, właśnie – potwierdza niepewnie. – Ta z teamu Bidena.
W dniu wyborów media donosiły, że w wyszukiwarkach internetowych wzrosła liczba pytań: „Gdzie znajdę Bidena na kartach wyborczych?” oraz „Czy Biden się wycofał?”.
Mimo długiej rozmowy, Hank i tak prosi mnie o okazanie dowodu, zanim wejdę do baru. Tu dosiada się Joey, który pracuje jako oświetleniowiec na planach seriali. Gdy pytam o wybory, krzywi się i stwierdza: – W dupie mam politykę.
Jednak nie wszyscy w Santa Fe tak uważają. Przed niemal co drugim domem, zbudowanym z charakterystycznej tu suszonej cegły, wiszą banery z Harris i jej niedoszłym zastępcą Timem Walzem.
– Dlaczego Harris jest tutaj tak popularna? – pytam właścicielkę jednego z domów.
– To kulturalne miasto. W Nowym Meksyku żyje wiele wykształconych osób, które pracują naukowo albo artystycznie. Poza tym są tu różne kultury, wielu rdzennych Amerykanów i Amerykanek. Jesteś z Polski? To współczuję ci życia obok Rosji z Trumpem. To się skończy tragicznie.
Krajobraz Nowego Meksyku: stada krów, roponośne pola i Los Alamos
Choć mam nadzieję, że proroctwo kobiety jest nieprawdziwe, akurat o tym, do czego doprowadzić może wojna, mieszkańcy Nowego Meksyku wiedzą całkiem sporo. Niespełna godzinę drogi od Santa Fe leży Los Alamos, znane za sprawą ośrodka badań nad bronią atomową, stworzonego podczas II wojny światowej. Także w tym stanie 16 lipca 1945 r. przeprowadzono pierwszy naziemny test broni atomowej. Ten, przed którym w filmie „Oppenheimer” główny bohater kazał swojej żonie zdjąć wiszące przed domem pranie.
Nie dziwi, że to Nowy Meksyk wybrano na pracę nad bronią atomową. Podróż przez ten stan na początku wydaje się ekscytująca, ale po pewnym czasie zaczyna nużyć. Przez setki kilometrów na horyzoncie nie widać nic poza stadami krów i pracującymi rytmicznie kiwonami, które wydobywają ropę naftową, będącą istotnym elementem tutejszej gospodarki. Rzut oka na mapę może przestraszyć: wszędzie wokół pustka jest jeszcze większa.
Jadąc na południe, zatrzymuję się w sennym miasteczku. Wieczorem zaglądam do jedynego miejsca, które jest otwarte: z zewnątrz wygląda jak zwykły dom, choć w środku można kupić alkohol i zagrać w bilard. Od razu po wejściu zaczepia mnie starszy mężczyzna w sombrero – prosi o papierosy, a gdy go częstuję, bez pytania bierze dwa.
– Uważaj na niego, jest już całkiem pijany – mówi mi mężczyzna, który odchodzi od stołu bilardowego i podaje mi rękę. – Zaraz będę go musiał stąd wyrzucić, tak mi nakazuje prawo federalne.
Wielu Amerykanów nie ufa ani Trumpowi, ani Harris
Mike jest tu właścicielem. Gdy mówię mu, że przyjechałem z Polski, pyta, po jakiemu chcę z nim rozmawiać: – Znam siedem języków! Guten Tag? Buenos dias? A może wolisz po rosyjsku: Dobroye utro? Chodź, zagramy.
Kiedy potem raz za razem przegrywam, Mike opowiada mi swoją historię. Przez lata był komandosem w służbach specjalnych, służył na całym świecie. Na dowód pokazuje mi zdjęcie z bazy w Ramstein, na którym trzyma bazookę. Na emeryturze przyjechał do Nowego Meksyku, kupił tanio stary dom i założył własny interes.
– Jakoś się kręci, nie muszę dopłacać, tacy pijaczkowie jak on mi w tym pomagają – pokazuje na mężczyznę w sombrero, który w międzyczasie zasnął na barze. – Mój pub to najbezpieczniejsze miejsce w najniebezpieczniejszej części tego miasteczka. Mieszkają tu prawie sami Latynosi, co chwilę są strzelaniny. – Coś mi grozi? – pytam. – Nie, oni strzelają do siebie, wiesz, kuzyn do kuzyna, mąż do żony. Ale może i tak lepiej odwiozę cię do hotelu.
Pytam o politykę. – To teatr. Nikomu nie ufam. Trump to idiota. A Kamala? Raz mówiła, że jest czarna, a raz, że jest Hinduską. Raz mówiła, jakby była bogata, a raz, jakby pochodziła z klasy średniej. Jest fałszywa. Nie chciało mi się iść na wybory.
Próbuję pytać dalej, ale przerywa. – Daj spokój, nie rozmawiajmy o polityce, posłuchajmy muzyki – włącza kolejny utwór z playlisty. Słuchamy charakterystycznej muzyki z Nowego Meksyku, będącej czymś w rodzaju skrzyżowania country z hiszpańskim folkiem.
Legendą tego gatunku jest Al Hurricane, znany z opaski na prawym oku, które stracił w wypadku. Jego teksty opowiadają o pasji: miłości, szczęściu, a czasem zazdrości i nienawiści.
Co się wydarzyło w mieście Roswell?
Jadę dalej, do miasteczka Roswell. Znanego z tego, co miało tu miejsce w 1947 r.
Ta historia do dziś funkcjonuje w kilku wersjach. Co wiadomo: na początku lipca na terenie farmy w pobliżu miasta (w przypadku Nowego Meksyku „w pobliżu” oznacza ponad 100 km) rozbił się dziwny obiekt. Kawałki metalu, który według relacji miał dziwne właściwości, na przykład po wygięciu wracał do pierwotnego kształtu, utrudniały wypas zwierząt lokalnym ranczerom.
Po kilku dniach jeden z farmerów zgłosił ten problem do szeryfa, a wrak (raczej to, co z niego zostało) zabrali żołnierze z 509. Grupy Operacyjnej, która miała siedzibę w Roswell (to ta jednostka niespełna dwa lata wcześniej prowadziła nalot na Hiroszimę i Nagasaki).
Tym, co sprawiło, że cała historia stała się aż tak znana, była informacja, którą rankiem 8 lipca 1947 r. otrzymały media: „Znaleźliśmy latający spodek, jesteśmy w jego posiadaniu”. Powiedział to nie jakiś oszołom, lecz pułkownik William H. Blanchard, dowódca 509. Grupy Operacyjnej, pilot ceniony na tyle, że dwa lata wcześniej był rezerwowym Paula Tibbetsa, który na Hiroszimę zrzucił bombę Little Boy.
Na tym kończą się fakty, a zaczyna chaos, który składa się na legendę. Słowa Blancharda sprostowało dowództwo 8. Armii Powietrznej w Forth Worth w Teksasie, które stwierdziło, że koledzy błędnie rozpoznali balon meteorologiczny. Historia zaczęła się rozrastać, pojawili się w niej kolejni świadkowie, w tym tacy, którzy twierdzili, że armia odnalazła nie tylko latający statek, ale także trzy czy cztery zwłoki. Niektórzy twierdzili nawet, że armia pojmała żywego przybysza z kosmosu.
Przy głównej ulicy Roswell z kosmitami związane jest niemal wszystko
Z tego, co wydarzyło się niemal 80 lat temu, armia USA tłumaczy się do dziś. W latach 90. XX w. opublikowała dwa raporty, w których przyznała, że odnaleziono nie zwykły balon meteorologiczny, lecz eksperymentalny balon, który testowano w ramach tajnego projektu. Jednak mniej więcej jedna trzecia społeczeństwa USA wciąż uważa, że w Roswell rozbił się statek kosmiczny.
Miasto żyje tą historią. Przy głównej ulicy z kosmitami związane jest niemal wszystko: od barbera (pracownicy są przebrani w stroje ufoludków) po McDonalda (w budynku w kształcie spodka). Głównym punktem 50-tysięcznego miasta jest muzeum upamiętniające wydarzenia z 1947 r. (to jedno z dwóch muzeów tego typu w mieście).
Suzanne ma około czterdziestki, pracuje w sklepie z magią blisko muzeum. Rozmowa szybko schodzi na kosmitów. – Mamo, chodź! Opowiedz o tym, co się stało w zeszłym roku.
Mama, właścicielka sklepu, przychodzi więc i opowiada mi, jak wiele miesięcy temu zauważyła obiekt wielkości księżyca, który wisiał nad miastem. Zniknął, zanim zdążyła sięgnąć po telefon. – Co to niby mogło być? Takie rzeczy dzieją się u nas co chwilę! – Suzanne oprowadza po sklepie, w którym poza regałem z pamiątkami z Roswell znaleźć można zioła, kamienie i książki z zaklęciami. – Pracujemy tu całą rodziną, trzy pokolenia.
Na kogo głosowali? – Na Republikanów! – Suzanne idzie na zaplecze i przynosi z niego baner, który zachęca do głosowania na republikańskiego senatora.

To miejsce zostało wybrane
Kilkaset metrów dalej kolejny sklep specjalizuje się tylko w pamiątkach. Prowadzą go dwaj bracia. Obaj od dzieciństwa mieszkają w Roswell.
Pytam, jak im się tutaj mieszka. – Doskonale! Skąd znasz to miejsce?
Mówię, że od małego słyszałem o Roswell i że oglądałem film o UFO, gdy miałem cztery czy pięć lat. – Naprawdę? – widać, że mężczyźni są dumni. – I jak ci się tutaj podoba?
Mówię, że zdziwiło mnie, iż Roswell to spore miasto, a katastrofa (cokolwiek by to nie było) miała miejsce tak daleko stąd. Pytam, czy ludzie wierzą tu w kosmitów, czy po prostu na nich zarabiają? – Pewnie część zarabia.
A oni? – Słuchaj… – mężczyzna ścisza głos. – To niezwykłe miejsce. Roswell jest na środku pustyni, nie ma tu zanieczyszczenia światłem, wystarczy wyjechać kilka kilometrów za miasto i widzisz całe niebo. Pracowałem jako strażak, widziałem różne dziwne rzeczy.
Co na przykład? – Światła, które brały się nie wiadomo skąd. Ludzi mówili o tajemniczych zjawiskach. To miejsce z jakiegoś powodu zostało wybrane.
Może jestem naiwny, ale mam wrażenie, że mężczyzna mówi to, w co wierzy, a nie traktuje mnie jak kogoś, na kim może w ten sposób zarobić (już wcześniej kupiłem od niego kilka pamiątek). – Spróbuj wyjechać za Roswell i spójrz w niebo, sam zobaczysz – radzi.
Pytam o politykę. Wierzy w Trumpa. – On jest człowiekiem, który daje nadzieję, że będzie inaczej, lepiej. Zna się na ekonomii. Mam nadzieję, że nas nie oszuka.
Opowiada, że ich matka zmarła, gdy byli dziećmi, a że ojciec ciężko pracował, wychowywali ich ludzie przybyli z Meksyku. – Porządni, a nie tacy jak ci, którzy teraz chcą się dostać do Stanów.
– Trump nie lubi ludzi z Meksyku – mówię.
– Zależy, jakich! Moi rodzice, bo tak na nich mówię, też głosują na Trumpa. Zresztą oni mnie do niego przekonali. A ty co sądzisz?
Mówię, że jestem Polakiem, że nie chcę go pouczać w sprawie jego kraju, ale obawiam się wyboru Trumpa z powodu wojny w Ukrainie.
– Rozumiem cię. Powiem tak: Trump lubi pokazywać, że jest twardym gościem, może będzie umiał rozwiązać tę sytuację. Ale jest nieobliczalny, to prawda, więc rozumiem, że się martwisz – widzę, że naprawdę się przejął. – Trzymam kciuki, by wszystko było dobrze, żeby nic wam w Polsce nie groziło – słyszę na pożegnanie. – I bezpiecznego powrotu do domu.
Gdy staniemy nocą pośrodku pustyni
Opuszczam miasto. Po kilkunastu kilometrach zatrzymuję auto na poboczu i patrzę w niebo. Dookoła pusto i ciemno, z tyłu w oddali widać tylko światła Roswell. Nie widzę nic nietypowego, ale nie mam ochoty stać dłużej na zewnątrz. Włączam silnik, ciszę przerywa sentymentalny utwór Ala Hurricane’a.
Jadę dalej i myślę o północy Nowego Meksyku, gdzie kiedyś stworzono najbardziej śmiercionośną broń w historii świata. A także o południu, gdzie tak wielu ludzi wierzy, że kiedyś wylądowali tu kosmici. Północ to realizm, reakcje chemiczne, dzięki którym uwolniona została energia jądrowa. A południe? Głupota, mogliby pewnie powiedzieć niektórzy, słysząc historię o ufoludkach. Jednak w tym miejscu, pośrodku pustyni, przychodzi mi do głowy zupełnie inne słowo: nadzieja.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















