Lotnicy, którzy pomagali powstańczej Warszawie. Nie wszystkie misje kończyły się dobrze

Ze zrzutami dla powstańców w sierpniu i wrześniu 1944 roku latali Polacy, Brytyjczycy, Kanadyjczycy, Australijczycy, Amerykanie i obywatele Południowej Afryki. „Tato rzadko o tym mówił, ale wiem, że ich loty były uważane za misje niemal samobójcze” – mówi córka jednego z nich.
Czyta się kilka minut
Jedna z załóg należących do 1586. Eskadry do Zadań Specjalnych po powrocie znad Warszawy. Lotnisko we włoskim Brindisi, sierpień lub wrzesień 1944 r. Flagi namalowane na kadłubie wskazują kraje, do których załoga latała z misjami. // Fot. piemags/ww2archive / Alamy / Be&W
Jedna z załóg należących do 1586. Eskadry do Zadań Specjalnych po powrocie znad Warszawy. Lotnisko we włoskim Brindisi, sierpień lub wrzesień 1944 r. Flagi namalowane na kadłubie wskazują kraje, do których załoga latała z misjami. // Fot. piemags/ww2archive / Alamy / Be&W

Zrzut miał nastąpić nad Marszałkowską. Nakierowanie pilotów na to miejsce miało znaczenie – inaczej pomoc, zrzucana na spadochronach, mogła trafić nie w ręce powstańców, lecz Niemców.

„Upewniam się, że zasobniki są gotowe do zrzutu i kieruję Włodzia, korzystając z planu Warszawy. Całe miasto żarzy się na czerwono jak dogasające węgle. Dym z pożarów i nocna mgła przykrywają ten blask – tak lot z 21 sierpnia 1944 r. opisywał Roman Grabowski, nawigator z 1586. Eskadry do Zadań Specjalnych, należącej do Polskich Sił Lotniczych na Zachodzie.

Nawigator Roman Grabowski we wspomnieniach córek

Hania, córka Romana, wspomina w rozmowie z „Tygodnikiem”: – Kiedyś zapytałam tatę, dlaczego nie został pilotem. Odpowiedział, że każdy może nauczyć się, jak pilotować samolot. Ale gdy zawiodą urządzenia, tylko dobry nawigator doprowadzi maszynę do domu. Co też zrobił podczas przynajmniej jednego z lotów.

– Trzeba pamiętać, że oni musieli zachowywać ciszę radiową nad terytorium wroga. A kiedy zawodziło wszystko inne, tato nawigował dzięki gwiazdom – mówi Hania.

– Dla nas jest bohaterem – podkreśla Basia, druga córka. – Jego eskadra latała nocą, bez asysty myśliwców. Rzadko o tym mówił, ale wiem, że ich loty były postrzegane za misje niemal samobójcze.

Uruchamianie odtwarzacza...

– Nie opowiadał dużo o tej części swojego życia. Ale pamiętam, że mówił, że czasem z misji wracał tylko jeden samolot albo dwa. I że przez to, że Stalin nie pozwolił im lądować, ginęli ludzie – dodaje Ewa, trzecia z sióstr.

Po klęsce we wrześniu 1939 r. Roman i jego młodszy brat Jerzy chcieli dołączyć do polskiej armii na Zachodzie. Opuścili Polskę przez zieloną granicę i dotarli do Francji, a po klęsce Francji – do Wielkiej Brytanii. Roman zgłosił się do lotnictwa, Jerzy do brygady spadochronowej formowanej w Szkocji.

Po 1945 r. nie wrócili do Polski. Nie wierzyli, że ich dawne życie (rodzina Grabowskich prowadziła prywatne tatrzańskie schronisko w Roztoce) można odbudować w kraju rządzonym przez komunistów.

Na przepustkach w Anglii Roman Grabowski lubił podróżować motocyklem. // Fot. Archiwum rodzinne

Swoje wojenne losy Roman opisał w „Liście do domu”: zapiskach, które sporządził z myślą o jego matce, która została w Krakowie. To także jego opis zmieniającego się świata. Zapiski pt. „A Letter Home” zostały opublikowane w Kanadzie przez The Kingston Whig-Standard, z ilustracjami Jerzego Gorazdowskiego.

Dla matki Romana były to pierwsze wieści od syna od sześciu lat. Do kraju zostały przemycone.

Nieudany zrzut nad Czerniakowem

Grabowski wspominał: „Zbliżamy się do Czerniakowa, pod nami widzę wyraźnie Jeziorko Czerniakowskie i Siekierki. »Niżej, niżej!«. Lecimy tak nisko jak to możliwe bez wpakowania się w kominy na Powiślu. Im jesteśmy niżej, tym trudniej namierzyć nas Niemcom. »Otworzyć drzwi bombowe«”.

W ostatniej chwili samolot złapali w światła reflektorów Niemcy. Maszyna została wielokrotnie trafiona: miała uszkodzone oba skrzydła i zbiornik z paliwem. Załoga Grabowskiego ładunek zrzuciła ostatecznie nad placówką AK koło Piaseczna.

Do bazy w Brindisi we Włoszech udało im się wrócić niemal cudem – wylądowali po 11 godzinach i 30 minutach lotu, jako ostatni z wysłanych tej nocy halifaksów.

Nie wszystkie noce w sierpniu 1944 kończyły się dobrze

Tamtej nocy z pomocą dla powstańców poleciały z Brindisi cztery samoloty, wszystkie obsadzone przez polskie załogi. Zrzutu nad Marszałkowską udało się dokonać tylko jednemu. Kolejna załoga zrzuciła ładunek nad Puszczą Kampinoską. Choć nie cały, bo wyrzutniki od sześciu zasobników się zacięły.

Jeden z halifaksów w ogóle nie dotarł do Warszawy. Został zaatakowany w rejonie Tarnowa, gdzie często na alianckie bombowce lecące z pomocą dla powstańców czatowały niemieckie nocne myśliwce. Polacy zdołali zrobić unik, ale mieli już tak mało paliwa, że musieli zawrócić; do bazy dolecieli szczęśliwie.

Roman Grabowski (z lewej) w Wielkiej Brytanii. Z prawej: jednym z miejsc stacjonowania Romana była baza RAF w Chedburghu // Fot. Archiwum rodzinne

W sumie tej nocy dla lotników ich misja zakończyła się jednak pomyślnie – bo wszyscy przeżyli. Powstańcy zamiast czterech otrzymali tylko jeden zrzut, ale i to na pewno przyjęli entuzjastycznie. Możliwe, że oddziałom partyzanckim AK udało się też przejąć zasobniki zrzucone koło Piaseczna.

Nie wszystkie noce kończyły się jednak dobrze.

Dowódca AK słał dramatyczne depesze do Londynu

„Podjęliśmy walkę o godzinie 17 dnia 1 sierpnia o Warszawę. Dajcie pilnie zrzuty amunicji i broni ppanc. [przeciwpancernej – red.]”.

„Gwałtownie pilne dziś masowe zrzuty amunicji i broni do Warszawy. Artylerii plot. [przeciwlotniczej] nie ma. Znak świetlny [to] strzała. Zrzucajcie też bez znaku”.

„Katastrofalny brak amunicji do kb [karabinów], km (karabinów maszynowych] pm [pistoletów maszynowych] i pilna broń ppanc. Dodatkowo dajcie zrzuty do małego getta (…). W rejon Kercelak, cmentarz żydowski, najlepsze placyki między Mireckiego i Żytnią. W dzień dajcie nawet bez sygnału – w nocy [sygnałem jest] strzała”.

„Żądam kategorycznie pomocy w amunicji i broni ppanc. natychmiast i w dniach następnych. (...) My postawiliśmy wszystko na utrzymanie stolicy – zdobądźcie się na wysiłek”.

To depesze, które w pierwszych dniach powstania gen. Bór-Komorowski, dowódca AK, słał do Londynu, do dowództwa armii polskiej na Zachodzie i rządu RP.

Gdyby zrzuty przeprowadzono już wtedy, byłyby bardziej efektywne. Kajetan Bieniecki, autor książki „Lotnicze wsparcie Armii Krajowej”, podkreśla, że inicjatywa była wówczas wciąż po stronie powstańców. Niemcy nie zdążyli jeszcze ściągnąć artylerii przeciwlotniczej i posiłków.

Pierwszy lot ze zrzutami odbył się nocą z 4 na 5 sierpnia – w tajemnicy przed Anglikami, którym podlegały operacyjnie polskie załogi (dali zgodę na loty do Polski, ale nie nad Warszawę). Poleciały cztery samoloty. Doleciały trzy i zrzuciły zasobniki na cmentarz żydowski, Powązki i plac Kercelego. Po powrocie meldowały, że miasto płonie.

Każdy lot nad Warszawę był heroiczny

Dramatyczna korespondencja między Borem-Komorowskim a polskim Londynem pokazuje, jak osamotniona była Warszawa. W polskim sztabie widziano, że wśród aliantów odczuwalne są wpływy Sowietów, którzy uważali, iż stolica Polski jest już „w sferze ich zainteresowań taktycznych” (cytat z depeszy z wyjaśnieniami, którą 5 sierpnia Londyn wysłał do Bora-Komorowskiego). I dalej: „Liczyć się musicie, że i dalsze starania nie doprowadzą do (...) zaopatrywania Warszawy”.

Gen. Kazimierz Sosnkowski, naczelny wódz, zapewniał Komorowskiego, że interweniuje wszędzie: „Szturmuję o zrzuty, o status kombatancki, o pomoc spadochronową i lotnictwo. Opory duże”.

W tych pierwszych dniach strona brytyjska stała też na stanowisku, że Rosjanie mają bliżej, więc to oni powinni pomagać Warszawie. Wskazywano na możliwość wysokich strat (szacowano, że mogą sięgnąć 50 proc.). Ponadto uwaga aliantów była skierowana na inne rejony: Włochy i zwłaszcza Francję, gdzie trwała bitwa o Normandię.

Ostatecznie loty z pomocą wznowiono. Wtedy jednak obszar miasta pozostający w rękach powstańców kurczył się już, a Niemcy zorganizowali silną obronę przeciwlotniczą.

W tych warunkach każdy lot był heroiczny. 14 sierpnia nad Warszawę wystartowało 26 samolotów: załogi polskie, brytyjskie, południowoafrykańskie, kanadyjskie, australijskie. Co trzeci samolot został zestrzelony.

„Wysiłek waszego lotnictwa umożliwił nam dalszą walkę. (...) Przed poległymi załogami chylimy czoła” – depeszował Bór-Komorowski. Dowództwo brytyjskiego RAF-u widziało to inaczej: „Loty dla m. Warszawy niemożliwe dalej. RAF traci jeden samolot na każdy jeden ładunek zrzucony dla AK”. Loty znów wstrzymano. Ostatecznie zgodzono się, by polskie załogi latały na ochotnika.

Dziewczyny z latarkami na miejscu zrzutu

Jakby nie dość było problemów politycznych, zrzuty były trudne technicznie i logistycznie.

Stalin nie zgodził się, by alianckie samoloty lądowały na terenie kontrolowanym przez Sowietów, aby np. uzupełnić paliwo. Musiały więc latać z bazy Brindisi we Włoszech – tam i z powrotem to ok. 3 tys. km. W halifaksach montowano dodatkowe dwa zbiorniki paliwa (kosztem części wyposażenia), ale i tak ledwo starczało na powrót.

Zrzuty miały być dokonywane na precyzyjnie oznaczone miejsca z niskiej wysokości, podczas gdy w sytuacji ostrzału było to trudne. Lawrence Toft, jeden z brytyjskich lotników, którzy wystąpili w filmie dokumentalnym Ewy Ewart „Zdobyć miasto” z 2014 r., łamiącym się głosem opowiadał, że podczas lotu 14 sierpnia miejsce zrzutu oznaczały dziewczęta stojące na dachu z latarkami w dłoniach.

Były widoczne nie tylko dla załóg samolotów, ale też dla Niemców, którzy je z tego dachu zestrzeliwali. Bardziej sensowne byłyby zrzuty na szerzej określony teren będący w danej chwili w rękach powstańców.

Roman Grabowski, przygotowując się do lotu 21 sierpnia, dostał jedynie małą mapkę Warszawy i garść informacji od kolegów, gdzie ma spodziewać się niemieckich reflektorów i artylerii. „Nie do końca mogę sobie wyobrazić, jak w nocy, oślepiony światłem reflektorów, lecąc blisko dachów płonącego miasta, mam dotrzeć dokładnie nad Marszałkowską i tam wykonać zrzut” – wspominał.

Loty dla Warszawy

W tak tragicznych warunkach piloci, nawigatorzy i mechanicy jednak nie zawiedli – lecieli ze świadomością, jak wielkie ponoszą ryzyko.

Misje ze zrzutami były inne niż loty bombowe, do jakich byli szkoleni. Tamte prowadzono w większych grupach, liczących dziesiątki, a nawet setki bombowców, na dużych wysokościach, w towarzystwie samolotów myśliwskich oraz tzw. pathfinders, samolotów zwiadowczych, które oświetlały cel flarami.

Loty dla Warszawy odbywały się w samotności. Zwłaszcza dla nawigatora, który musiał wyznaczyć kurs i się go trzymać w oparciu o ograniczone narzędzia. Grabowski, przed wojną zapalony taternik, przyznał, że przydawały mu się uzyskane wtedy umiejętności rozpoznawania topografii terenu.

Każdy nawigator sam decydował o obranej trasie. To była wielka odpowiedzialność i zapewne samotność w, jak pisał potem, „ciemności tak wielkiej jak dusza grzesznika”.

Po drodze trzeba było uważać także na niemieckie myśliwce, szczególnie koło Tarnowa i Bochni. Samoloty były wobec nich niemal bezbronne: wymontowywano z nich, co się dało, aby zabrać jak najwięcej paczek i paliwa. Zostawiano im tylko jedną wieżyczkę strzelniczą.

W czasie lotów prowadzonych nad Warszawę i Kampinos od 4 sierpnia do 21 września zginęło, jak podaje Muzeum Powstania Warszawskiego, 147 lotników. Stracono 30 samolotów.

Straty wśród lotników

Swój pierwszy lot z pomocą dla powstańców Grabowski odbył 16 sierpnia. Mieli dokonać zrzutu nad Puszczą Kampinoską, jednak zboczyli z kursu i z opóźnieniem dotarli nad placówkę AK. Nikogo nie było także w alternatywnym miejscu zrzutów. Roman i jego załoga zrzucili więc zasobniki „na dziko” koło Kielc.

Przelatując w drodze powrotnej nad Krakowem, Roman przypomniał sobie, że jako kilkuletni chłopiec obiecywał matce, że gdy dorośnie, przyleci do niej samolotem: „Na pewno, Matko, musisz nas teraz słyszeć w swoim domu” (Roman pochodził z Krakowa). „Co za groteskowe zrządzenie losu, że dziecięce marzenie okazało się takim koszmarem” – myślał wtedy.

Do bazy wrócili wtedy „na oparach”, wskaźnik paliwa od dawna pokazywał zero. Z pięciu samolotów powróciły trzy. Nie wrócił współlokator Romana, Włodziu. Nie było wiadomo – zginął czy jest w niewoli (dopiero później okaże się, że przeżył: zestrzelono ich pod Bochnią, część załogi zginęła, a ocalałymi zaopiekowała się miejscowa placówka AK).

Gdy Roman zasnął, ktoś zabrał rzeczy zaginionego Włodzia z łóżka obok. Jeszcze tego samego dnia na to miejsce wprowadził się Jasiu.

Ten schemat będzie się powtarzać – łóżko innego lotnika na kwaterze, Józia, zajmie Monti, potem na miejsce Montiego wprowadzi się Jerzy. Proste łóżko we włoskiej willi z palmami za oknem trwało, a ludzie znikali.

„Plama oleju na powierzchni morza wskazuje miejsce, gdzie pozostaną już w swoim samolocie do Dnia Sądu Ostatecznego” – napisał Roman po śmierci Montiego.

Jednym z miejsc stacjonowania Romana Grabowskiego była baza RAF w Chedburgh. // Fot. Archiwum rodzinne

Klęska powstania warszawskiego

W październiku 1944 r. Romana zagaduje w kantynie Tadziu, polski lotnik. „Czy wiesz, Obrońco Warszawy, że Warszawa padła?” – Roman przywołuje pytanie w swoich zapiskach.

Swoje uczucia opisuje wtedy jako dziwną mieszankę: upokorzenia, że nie udało im się obronić stolicy; wdzięczności, że „nareszcie płomień pod sufitem dymu wygaśnie”; ulgi (zabarwionej wstydem), że nie będzie musiał się mierzyć ze światłami niemieckich reflektorów.

Po upadku powstania Roman nadal służył w lotnictwie, nadal latał z misjami – również nad Polskę. Przeżył.

Lista lotników poległych w sierpniu i wrześniu 1944 r. to jeden z wielu elementów tragicznego bilansu powstania. Ktoś może powiedzieć: krótka lista, bo w Warszawie zginęły przecież tysiące. Nie o liczby tu jednak chodzi, ale o losy – każdego z osobna.

O los tych, co zginęli – lotników z Polski, a czasem z drugiej półkuli, którzy spłonęli w zestrzelonych samolotach i tu, w Polsce, są pochowani. O ciężar dźwigany przez tych, którzy przeżyli i po kilkudziesięciu latach nie mogli zapomnieć grozy i zła, z którymi stanęli twarzą w twarz.

Ich poświęcenie nie odmieniło losów powstania. Nie od nich jednak zależało, że wsparcie było za małe i przyszło za późno. Zrzuty były realną pomocą, były nadzieją.

Zwłaszcza ten jeden jedyny zrzut wykonany za dnia i z lotnisk w Wielkiej Brytanii: ponad sto amerykańskich bombowców, „latających fortec”, poleciało 18 września (leciały z eskortą myśliwców).

Ludzie w Warszawie widząc setki spadochronów nad miastem, myśleli, że to nie zasobniki, ale żołnierze, polscy i alianccy spadochroniarze.

Finalnie zrzuty zaważyły na ludzkim życiu – tych, co latali, i tych, co je odbierali.

Po latach Polska podziękowała Romanowi Grabowskiemu

Po wojnie Roman Grabowski nie wrócił do pojałtańskiej Polski. Razem z żoną Barbarą, która też służyła w Polish Air Force (w Pomocniczych Siłach Powietrznych Kobiet, WAAF), wyemigrował do Argentyny, a potem Kanady. Zmarł 7 czerwca 1975 r.

Wiosną tego roku grobom Romana i Barbary w Kanadzie został przez IPN przyznany status grobów weteranów walk o wolność i niepodległość Polski. Są teraz – jak wiele grobów polskich żołnierzy, którzy nie wrócili po 1945 r. – oznaczone plakietkami z biało-czerwoną flagą.

To podziękowanie od wolnej już Polski za ich służbę.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 31/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Samotność nad Warszawą