Reduta w podziemiach. Warszawa 1944 – Ukraina 2022

Po upadku powstania warszawskiego lewobrzeżna część stolicy była pustynią ruin. Atak Rosji na Ukrainę sprawia, że tamte obrazy nabierają przejmującej aktualności.

25.07.2022

Czyta się kilka minut

Zrujnowana zabudowa warszawskiego Nowego Miasta około 1945 r., z prawej zburzony gmach Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych. Widok ze skrzyżowania ulic Zakroczymskiej i Wójtowskiej. / ZDZISŁAW WDOWIŃSKI / PAP
Zrujnowana zabudowa warszawskiego Nowego Miasta około 1945 r., z prawej zburzony gmach Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych. Widok ze skrzyżowania ulic Zakroczymskiej i Wójtowskiej. / ZDZISŁAW WDOWIŃSKI / PAP

W Mariupolu zniszczonych zostało już 95 proc. budynków” – prosty plakat, w kolorze biało-czarnym, umieszczono na słupie ogłoszeniowym przy placu Wilsona w Warszawie. I jeszcze: „Pamiętamy? Warszawa 1944 – Ukraina 2022”.

Tak, o tamtym powstaniu pamiętamy. O wojnie w Ukrainie oczywiście też, choć coraz częściej wiadomości zza wschodniej granicy schodzą na dalszy plan.

Plakaty – z napisami także po ukraińsku i angielsku – były częścią prowadzonej w czerwcu przez władze stolicy kampanii solidarnościowej, mającej budzić w warszawiakach empatię wobec przybyszów z Ukrainy uciekających przed wojną. Miała ona też łączyć przez podobne doświadczenia i historię nowych mieszkańców stolicy ze starymi – w szczytowym momencie Warszawa gościła niemal 350 tys. ukraińskich wygnańców.

Na plakatach przypomniano też inne dane. „W trakcie Powstania Warszawskiego uszkodzeniu uległo 84 proc. budynków w lewobrzeżnej Warszawie”. „Od początku wojny z Ukrainy uciekło już 6 mln osób”. „Po II wojnie światowej Warszawę zamieszkiwało o 70 proc. mniej mieszkańców niż przed jej rozpoczęciem”. „Na początku maja z Mariupola ewakuowano 80 proc. mieszkańców”.

Od powstania w stolicy mija właśnie 78 lat, a cierpienie, jakiego wtedy doznali cywile i powstańcy, dziś jest udziałem naszych sąsiadów.

Prowadzona przez miasto kampania zakończyła się oficjalnie 30 czerwca. Jednak w połowie lipca na słupie przy placu Wilsona nadal można było przeczytać: „Pamiętamy?”.

Wspaniałe ruiny

„Garnizon w Mariupolu wypełnił swoją misję bojową” – oświadczył w połowie maja sztab generalny ukraińskiej armii, informując, że „dowódcom jednostek stacjonujących w zakładach Azowstal nakazano ratowanie życia żołnierzy. (…) Obrońcy Mariupola to bohaterowie naszych czasów”.

Azowstal – wielki kombinat fabryczny, pełen bunkrów i podziemnych korytarzy – był ostatnią redutą Mariupola, miasta oblężonego przez Rosjan od początku marca. Schronieniem dla cywilów i miejscem heroicznej obrony prowadzonej do ostatniej chwili przez ukraińskich żołnierzy. Wojna trwa, a Azowstal – choć upadł – już stał się jedną z legendarnych opowieści. Apokaliptyczne obrazy zrujnowanego kompleksu, pogiętego żelaza i gruzów przez tygodnie obiegały światowe media.

Kiedy w powstaniu warszawskim padła pod koniec sierpnia 1944 r. jedna z ostatnich powstańczych placówek na Starym Mieście – Polska Wytwórnia Papierów Wartościowych – niemiecka prasa odnotowała to jako wielki sukces. W końcu w polskich rękach Wytwórnia była od 2 sierpnia i od tego czasu Niemcy bezskutecznie starali się ją zdobyć.


Jak potoczyłoby się ich życie, gdyby Powstanie zakończyło się zwycięstwem? Zapytaliśmy o to Powstańców warszawskich. 


 

Gdy w końcu ją zajęli, tygodnik „Das Reich” tak to opisał: „Grupa bojowa ­Reinefartha w ciągu kilku dni ostrzeliwała z ciężkiej broni kompleks budynków na północnej krawędzi kotła warszawskiego, przy czym front wynosił tylko 250 metrów. Miotacze min i ciężkie działa porozdzierały w strzępy grube żelbetonowe mury, ciężkie bomby lotnicze poniszczyły dziedzińce, a czołgi, działa szturmowe i artyleria przeciwpancerna spędziły obrońców swym morderczym ogniem z górnych pięter; lecz wewnątrz kretowiska piwnic, w podziemiach i korytarzach szaleje bój dalej, nawet wówczas, kiedy wielki gmach zamienia się w gruzy, nad którymi unosi się stale chmura dymu i kurzu”.

I dalej: „Dopiero gdy do ostatniego natarcia poszły oddziały Wehrmachtu, Waffen SS, policji i żandarmerii, oraz batalion miotaczy płomieni, udało się grenadierom wtargnąć do wnętrza podziemnego labiryntu i zameldować dowódcy odcinka, pułkownikowi Schmidtowi, o zajęciu tych wspaniałych ruin”.

Rzeczywiście, z imponującego kompleksu bloków PWPW pozostały ruiny. Walki toczyły się o każde piętro, każde pomieszczenie, na klatkach schodowych, w zamęcie, kurzu i ogłuszającym huku. Gmach został zniszczony w 60 proc., zginęło około 80-100 obrońców.

Dzień pierwszy

PWPW była szczególnym punktem już na konspiracyjnej mapie Warszawy. Przed powstaniem działało tam podziemie, m.in. dostarczając Armii Krajowej banknoty i formularze niemieckich druków urzędowych.

Gdy 1 sierpnia wybuchło powstanie, polskie oddziały zaatakowały Wytwórnię. Nie było to łatwe – chodziło w końcu o żelbetonowy gmach ogrodzony czterometrowym parkanem (żelaznym, a w części z cegieł), obsadzony przez kilkudziesięciu dobrze uzbrojonych Niemców.

Udało się, a o powodzeniu natarcia przesądził – zdaniem Juliusza Kuleszy, autora monografii walk w PWPW, a także ich uczestnika – niespodziewany atak od wewnątrz przeprowadzony przez konspiracyjny oddział o kryptonimie PWB/17.

Kulesza tak mówił w 2007 r., w wywiadzie dla Muzeum Powstania Warszawskiego: „Niemcy zawiesili produkcję, ale została spora część personelu do czynności ewakuacyjnych. Również wartownicy, dzisiaj się mówi służba ochrony. Wszyscy byli w PWB/17 zaprzysiężeni. (…) Było dużo personelu polskiego, o czym Niemcy wiedzieli, uważali to za naturalne. Teraz nagle ci Polacy, z którymi się oni do tej pory mijają na korytarzach, obrzucają ich granatami. To uderzenie od wewnątrz, kiedy oni już się bronili przed powstańcami od ulicy. (…) Nagle dostali coś w rodzaju noża w plecy, zaczynają do nich strzelać i granaty wybuchać. Nastąpiło po prostu załamanie, ich ogarnął popłoch. To był decydujący moment”.

2 sierpnia o godzinie czternastej PWPW znalazła się w polskich rękach. Stała się powstańczą fortecą, jednym z głównych punktów oporu.

Początek końca

Przez kolejne sierpniowe dni PWPW jest zaciekle broniona i zaciekle atakowana: Niemcy wysyłają czołgi, trwa ostrzał z pociągu pancernego (stojącego na Dworcu Gdańskim) oraz z artylerii z Pragi. Na Wytwórnię spadają bomby, jednak żelbetonowa konstrukcja trzyma się długo – stropy wszystkich kondygnacji mogły wytrzymać obciążenie 2 tys. kg na metr kwadratowy. Problemem są za to olbrzymie okna, przez które wpadają granaty i pociski.

26 sierpnia Niemcom udaje się od strony Parku Traugutta rozerwać żelazny parkan – zaporę utrudniającą wejście na dziedzińce – i wdzierają się do gmachu. Kolejne dwie doby to walka o każdy metr korytarza. Powstańcy są wyczerpani: brakuje amunicji i snu. Ewakuują część rannych i medyków. Ale kucharki – wymieńmy ich nazwiska: Kazimiera Kosiarek i Katarzyna Żach – decydują się, by zostać. Ktoś musi karmić powstańców.

Niemieckie samoloty nadlatują systematycznie, co godzinę. Jedna z półtonowych bomb przebija się do podziemnych kondygnacji. „Zburzona została część schronu ludności cywilnej, grzebiąc kilka osób. W bezpośrednim sąsiedztwie zdemolowany został punkt sanitarny dr »Rany« (Hanna Petrynowska), akurat w momencie operowania »Kaliny« z kompanii miotaczy płomieni (…). Powtórnych obrażeń doznali też ranni leżący w pobliskich pomieszczeniach, wśród nich (…) »Szczuka« (Jan Świątkiewicz) – syn ppor. »Wicka«” – pisze Kulesza w swojej książce „Reduta PWPW”.

– To była potężna eksplozja. Zapadła się podłoga i mój ojciec podobno spadł do podziemnej części budynku. Cudem nic poważnego mu się nie stało, ale i on, i pozostali byli tam odcięci, bo schody miały też się zawalić – opowiada dziś Wicek Sosna, syn „Szczuki”.

Ojciec i dziadek

„Szczuka” nie był w Wytwórni sam. Przyprowadził go tam jego ojciec, Wincenty Świątkiewicz ps. „Wicek”. Był adiu- tantem ppłk. Jana Szypowskiego ­ps. „Leśnik”, który od 21 sierpnia dowodził obroną PWPW (skierowano tam wówczas jako wsparcie całe Zgrupowanie „Leśnik”).

„Szczuka”, żołnierz elitarnego oddziału „Kolegium A” Kedywu, został ciężko ranny jeszcze podczas walk na Woli. Ojciec odnalazł go w szpitalu na Starym Mieście. Uznał, że grube mury PWPW, gdzie sam właśnie został skierowany, będą bezpiecznym miejscem dla jego poważnie rannego jedynego syna.

Stało się inaczej. Obaj znaleźli się w centrum najbardziej zaciekłych niemieckich ataków, a teraz jego syn został odcięty w podziemiach budynku.

„Szczuka” od dawna działał w konspiracji – najpierw w harcerskich Grupach Szturmowych, potem w batalionie AK „Zośka”, wreszcie w Kedywie (skrót od Kierownictwa Dywersji). Podobno zależało mu na przeniesieniu się do Kedywu, bo tam było więcej akcji zbrojnych. O tym, co robi, raczej nie rozmawiał z ojcem, który sam był zaangażowany w podziemie – w tym w produkcję i magazynowanie broni.

– Oczywiście wiedziałem, że ojciec był w powstaniu, ale nie opowiedział nam, co stało się w Wytwórni – mówi Wicek Sosna.

Syn „Szczuki” i wnuk „Wicka” stara się zrozumieć ojca i jego przeszłość, napisał o nim książkę. – Dopiero prowadząc własne poszukiwania świadków i relacji, zacząłem poznawać mojego dziadka, którego osobiście nigdy nie poznałem – wspomina Wicek Sosna. – Dowiedziałem się, że bardzo lubił życie, lubił się śmiać, opowiadać żarty. Nie zmieniły tego jego przejścia: rewolucja sowiecka i ucieczka ze Wschodu, a potem udział w wojnie polsko-bolszewickiej. Nieraz zastanawiałem się, jak się czuł, gdy w PWPW życie jego jedynego syna, niespełna 17-letniego – potem mojego ojca – zawisło na włosku.

Nastoletni „Szczuka” zadeklarował, że jest o dwa lata starszy – tak zapisano w jego dokumentach.

Po drabinie do życia

Tamtego dnia, późnym wieczorem, powstańcze oddziały zaczęły przeciwnatarcie. W ich szeregach idących na odsiecz odciętym był „Wicek”. Walczył również o życie syna.

Wykorzystując ciemność i znajomość budynku, Polacy zajęli ponownie część Wytwórni. Juliusz Kulesza pisze, że to „rozszerzenie stanu posiadania pozwoliło odblokować odciętą przez pewien czas w dolnej kondygnacji grupę z rannymi – ppłk. »Leśnikiem« i mjr. »Mirem« oraz innymi, których nie zdążono ewakuować”.


Czytaj także: Kobiety w Powstaniu Warszawskim


 

Teraz można było wydostać ich z Wytwórni. Droga ewakuacji prowadziła po drabinie i potem przez małe okienko na zewnątrz. „Leśnika”, który został ranny w biodro jeszcze przed przybyciem do PWPW i dowodził, leżąc na noszach, trzeba było wynieść niemal siłą, bo kategorycznie się sprzeciwiał. Chciał zostać w budynku do końca.

Kiedy się to udało, „Wicek” jako adiutant „Leśnika” mógł odetchnąć. Ale jako ojciec musiał odczuwać jeszcze większą ulgę, gdyż także jego syn został uratowany.

– Nie wiem, czemu tata nigdy nie opowiedział nam tej historii: tego, że jego ojciec uratował mu życie. Że dziadek jest prawdziwym bohaterem – zastanawia się dziś Wicek Sosna. – To jedno z wielu pytań, na które nie znam odpowiedzi i pewnie już jej nie poznam.

Co do samego „Wicka”, to pozostał on w broniącej się resztką sił Wytwórni. Niemcy zajmowali kolejne części kompleksu. 28 sierpnia powstańcy byli już tylko w podziemnych pomieszczeniach jednego z bloków.

Kulesza przytacza w książce relację sanitariuszki „Dalii”: „Pamiętam olbrzymią halę z sufitem, podpartym filarami, a w połowie hali zza filarów strzelających z broni maszynowej Niemców. (…) Z tej hali z filarami było jedyne wyjście z przystawioną do okna drabiną. Osłonę stanowiło kilku chłopców, zapamiętałam starszego strzelca »Klawego«, który zdenerwowany kazał nam wchodzić na drabinę i »skosił« mierzącego do nas Niemca”.

„Dalia” wspominała dalej: „Po wydostaniu się na zewnątrz zobaczyłam przed sobą wykopany rów pełen trupów. Przejście po nich było dla mnie szokiem. Wydostałam się na brzeg rowu i zygzakiem po gruzach przebiegłam na drugą stronę, w pewnej chwili podmuch rzucił mną na gruzy. Obejrzałam się, w ułamku sekundy zobaczyłam (…) strzępy wyrzucone w górę. Jak się okazało, »Ceniek«, który prowadził nas i szedł rowem, dostał wiązankę granatów, rzuconą z I piętra”.

Później

Na koniec w Wytwórni zostało około 20 powstańców. Niemców było kilkuset. Wśród tych ostatnich z ostatnich, którzy się wycofali, był „Wicek”.

28 sierpnia PWPW znalazła się w rękach niemieckich. W jej ruinach pozostała doktor „Rana” wraz z ciężko rannymi. Podobno wołała po niemiecku: „Tutaj jest szpital, nie strzelać!”. Niemcy zamordowali „Ranę” i około 30 rannych.

Kilka dni później dzielnicę opuszczą kanałami ostatnie oddziały powstańcze – Starówka padnie. Będą się jeszcze bronić Czerniaków, Mokotów, Śródmieście i Żoliborz, przez kolejnych 35 dni.

„Wicek” i jego syn „Szczuka” przeżyją powstanie. „Wicek” zostanie odznaczony orderem Virtuti Militari i dwukrotnie Krzyżem Walecznych. Wydaje się, że nigdy już nie będzie miał szansy, by usiąść i spokojnie porozmawiać z synem o tym, co przeszli.

Gdy skończyła się wojna, „Wicek” z obozu jenieckiego wrócił do Polski, a „Szczukę” zabrano do szpitala w Wielkiej Brytanii, gdzie został. Z czasem nadzieja na powrót do ojczyzny zniknęła, a on zmienił nazwisko na Sosna, łatwiejsze w wymowie.

O swojej historii opowiadał rodzinie i znajomym mało – na początku może dlatego, że nie wiedział, czy może (wielu jego kolegów z AK trafiło do komunistycznych więzień). Potem może nie był pewien, czy ktoś to zrozumie.

Po latach jego syn Wicek dojdzie do wniosku, że ojciec musiał cierpieć na syndrom stresu pourazowego. To wpłynęło na całą rodzinę.

Strata

– Po zrekonstruowaniu historii ojca i dziadka czasem wolałbym już o tym nie myśleć. A teraz widzę, że znów dzieje się to samo. Nie tylko w Mariupolu, w Ukrainie niszczone jest miasto za miastem. Budynki można po wojnie odbudować, ale życia ludzi już nie. Cały naród będzie niósł tę traumę. Żyłem z ojcem, który przeszedł coś takiego, i wiem, że po takich doświadczeniach życie człowieka jest zniszczone – mówi dziś Wicek Sosna.

Dodaje: – Wpływ wojny dotyka całych pokoleń. Nawet odbudowa miasta trwa kilkadziesiąt lat, popatrzmy na Warszawę… I czym właściwie jest odbudowa? Przecież to nie będzie to samo miasto – ulice się zmienią, inne będą materiały. Ludzie, którzy powrócą, będą czuć tę stratę. Pamiętam ojca, jak podczas jednej z późniejszych wizyt w Polsce stał zagubiony na ulicy Warszawy i nie mógł rozpoznać tego, co tam zostawił. Miał tylko swoje wspomnienia. Popatrz na zdjęcia, jaki piękny był Mariupol przed tą wojną. Tak jak Warszawa. I w jednej chwili go nie ma. Mariupol już nigdy nie będzie taki jak kiedyś. Ludzie tam żyli, mają wspomnienia, ale stracili swoje miasto. To potworna strata.

Ślady

Kończy się gorący lipcowy dzień roku 2022. Wiatr znad Wisły chłodzi grube mury Wytwórni i spacerowiczów zmierzających na Starówkę. Lipy już przekwity, ale z pobliskich ogrodów dobiega ciężki zapach lilii. Mirabelki jeszcze nie dojrzały, choć zaczynają spadać na kamienne schody prowadzące z nadwiślańskich bulwarów do PWPW.

Wieczór jest spokojny i cichy, jeśli nie liczyć szumu aut na pobliskiej Wisłostradzie. Zwykły letni dzień w Warszawie.


Anna Jakubowska, łączniczka i sanitariuszka: Wojna to nie jest tylko męska rzecz


 

Po wojnie budynek PWPW wiernie odbudowano. Pozostawiono nawet część żelaznego parkanu i dziś na grubych prętach wciąż można znaleźć liczne ślady po pociskach. Można ich dotknąć, poczuć – namacalny ślad dawnych wydarzeń. Mniejsze i większe wgłębienia w letnim upale z daleka wyglądają jak rozmazana plastelina.

Ślady, które wojna zostawia w ludziach, trudniej dostrzec. Ale są tak samo realne jak te po kulach. Trwają przez pokolenia, jątrzą się, uwierają.

Wojna nie kończy się wraz z ostatnim wystrzałem.©

PS. Wicek Sosna jest brytyjskim architektem. O swoim ojcu Janie Świątkiewiczu „Szczuce” napisał książkę pt. „The Man with Three Names” („Człowiek o trzech nazwiskach”; chodzi o nazwisko Świątkiewicz, pseudonim „Szczuka” i przyjęte w Anglii nazwisko Sosna). Prywatnie jest mężem autorki artykułu.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarka działu Świat, specjalizuje się też w tekstach o historii XX wieku. Pracowała przy wielu projektach historii mówionej (m.in. w Muzeum Powstania Warszawskiego)  i filmach dokumentalnych (np. „Zdobyć miasto” o Powstaniu Warszawskim). Autorka… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 31/2022