Polska wyprawa po kryla. Jak 50 lat temu PRL ruszył na Antarktydę

Pół wieku temu polscy naukowcy i rybacy wrócili z Antarktydy z krylem, pingwinami i argumentami za budową stacji imienia Arctowskiego. Oto opowieść jej uczestnika.
Czyta się kilka minut
Trawler „Tazar” opływa przylądek Horn, styczeń 1976 r. // Fot. Maciej Krzeptowski
Trawler „Tazar” opływa przylądek Horn, styczeń 1976 r. // Fot. Maciej Krzeptowski

To było wielkie przedsięwzięcie, pionierskie, romantyczne – wspomina dr Maciej Krzeptowski. Dziś 87-letni ichtiolog i kapitan jachtowy, słowem – człowiek morza.

Podczas tamtej wyprawy kierował zespołem naukowym na rybackim trawlerze „Tazar”, którym dowodził doświadczony kapitan Józef Muzia. Był to jeden z dwóch statków, którymi Polacy popłynęli na Antarktydę. Drugi to „Profesor Siedlecki”, statek naukowo-badawczy pod kapitanem Mironem Babiakiem.

Wyruszyli w dzień przed Wigilią 1975 r. Wrócili pół roku później: „Siedlecki” zawinął do Gdyni w maju 1976 r., a „Tazar” do Świnoujścia 8 lipca.

Wrócili z krylem i wiedzą o tym skorupiaku, z listą potraw, które można z niego przyrządzić, przetestowanymi technologiami i argumentami za budową pierwszej polskiej stacji w Antarktyce. A także z kilkoma żywymi pingwinami.

Pierwsza polska wyprawa na Antarktydę

Pół wieku później odwiedzam Macieja Krzeptowskiego w jego mieszkaniu w Szczecinie. Oglądamy zdjęcia i mapy. Antarktyda, zwykle zaznaczana jako biały skrawek lądu na dole globusa, wygląda inaczej, jeśli spojrzeć na nią całą z góry.

Uruchamianie odtwarzacza...

Śledzimy trasę wyprawy: po minięciu przylądka Horn dotarła do Wyspy Króla Jerzego, a potem statki, prowadząc badania na Morzu Weddella i Morzu Scotia, dopłynęły aż do Georgii Południowej.

– Płynęliśmy tam z małą wiedzą. To była pierwsza taka polska wyprawa i wcześniej staraliśmy się zdobyć jak najwięcej informacji – uśmiecha się przyrodnik. – Dziś wszystko jest w sieci, wtedy zachodnia literatura fachowa była dostępna za dewizy i trzeba było planować z wyprzedzeniem, aby biblioteka kupiła jakąś książkę. Tylko radzieckie były dostępne od ręki.

Także map mieli „o tyle o ile”, jak mówi Krzeptowski, były niezbyt dokładne. Za to „Tazar”, statek prosto ze stoczni, miał na pokładzie nowość: system Magnavox. – Brzmiało to jak zaklęcie: nawigacja satelitarna Magnavox! Mieliśmy dokładną pozycję satelitarną, wtedy coś niesamowitego! – wspomina.

Nie tylko droga na polarne południe była wyzwaniem. Także cel ekspedycji: kryl, Euphausia superba.

Światowa pogoń za krylem

Rzecz w tym, że mało kto wtedy w Polsce znał się na krylu: małym antarktycznym raczku, przypominającym krewetkę. Wtedy, w latach 70. XX w., zainteresowanie nim rosło gwałtownie: uważano, że kryl może zażegnać głód na świecie jako, jak sądzono, niewyczerpane źródło białka.

Pierwszy kryla zaczął przetwarzać Związek Radziecki (w sklepach można było kupić tam pastę Okiean z kryla). Potem do krylowej gorączki dołączyła Japonia i inne kraje. Jak wylicza Monika Milewska w książce „I rak ryba. Stworzenia polityczne PRL-u”, na wody Antarktydy w pogoń za krylem swoje statki wysyłały USA, Norwegia, Chile, Tajwan, Australia. Niemcy Zachodnie zaczęły program badawczy w tej samej chwili co Polska.

Polska wyprawa spotkała dwa niemieckie statki z RFN w urugwajskim Montevideo. Niemcy właśnie wrócili z Antarktydy, wymieniali załogę i mieli znów ruszyć ku biegunowi.

– Staraliśmy się z nimi zaprzyjaźnić, wypytać, jak to wygląda: kra, góry lodowe, no i kryl. Niewiele wiedzieliśmy. Jak go szukać, jakie sieci się sprawdzą, jak go przetwarzać? – wymienia Krzeptowski.

Podkreśla, że te relacje były inne niż na poziomie państw. Dla ludzi „na rybakach” współpraca statków różnych bander była czymś zwykłym, normalnym. W Montevideo Niemcy przestrzegli więc Polaków np. przed samozapłonem krylowej mączki.

Kryl i propaganda PRL

Kryl był, jak pisze Monika Milewska, „ukochanym dzieckiem gierkowskiej propagandy sukcesu”. Polska połowy lat 70. to coraz większe braki na rynku żywności, zwłaszcza mięsa. Władze komunistyczne rozglądały się za alternatywnymi źródłami białka. Poza tym wiele państw wprowadziło wówczas ograniczenia połowów w 200-milowych pasach wzdłuż swoich wybrzeży i również polska flota rybacka szukała nowych łowisk. Choćby na końcu świata.

Na krylową wyprawę były więc pieniądze – na sprzęt, ludzi, badania. Była też wola polityczna, bo ekspedycja miała zaznaczyć polską obecność na wodach Antarktydy.

Polarników wyprawiono tak szybko, jak to możliwe: statki wypłynęły dzień przed Wigilią. – Wolelibyśmy wyjść w morze już w pierwszy dzień świąt, spędzić Wigilię z rodziną. Ale to była sprawa propagandowa. Żeby można było mówić, że skoro cały naród czeka na białko, rybacy nie patrzą na nic, święta nie święta, i płyną – wspomina Krzeptowski.

Załogi „Tazara” i „Siedleckiego” spędzały wigilię, wchodząc do Kanału Kilońskiego. Krzeptowski: – W mesie mieliśmy choinkę, były ciasta, kawałek świąt zabraliśmy ze sobą z domów, ale jednak było smutno. Do kabiny armatorskiej, którą dzieliłem z biologiem Zbyszkiem Witkiem, prowadzącym badania nad krylem, przyszło paru kolegów, próbowaliśmy śpiewać kolędy. Dla mnie to były pierwsze święta w morzu.

Polski rybacki trawler opływa przylądek Horn

W ogóle tych pierwszych rzeczy było sporo. Bo pierwsza polska morska wyprawa antarktyczna. Bo dziewiczy rejs dla „Tazara”. Także wielu członków załogi, nawet z marynarskim doświadczeniem, po raz pierwszy przekraczało równik.

– Urządziliśmy chrzest! Neptun miał trójząb zrobiony z drążka od szczotki i tektury, owinięty srebrną folią po czekoladzie. Nadano nam imiona, w każdym musiało być coś charakterystycznego dla danej osoby – opowiada Krzeptowski. – Na przykład ochmistrz był Prowansalem, bo do wszystkiego dodawał zioła prowansalskie. Ja dostałem imię Kryl.

Podczas tej wyprawy po raz pierwszy również polski rybacki trawler, a na jego pokładzie Maciej Krzeptowski, opłynął owiany złą sławą przylądek Horn. To był 26 stycznia 1976 r. Następnego dnia statek przekroczył 60. stopień szerokości południowej, wpływając na wody Oceanu Południowego.

Kolejnego zaś dnia, nad ranem, załoga „Tazara” złowiła pierwszego kryla.

Prosty pomysł na spektakularny połów

Choć „Tazar” był rybackim trawlerem, podczas tej wyprawy na jego pokład zamustrowano siedmioosobowy zespół naukowy, a w jego skład weszło też dwóch specjalistów od sieci: Stanisław Cichosz i Marek Szulc. Złowienie kryla, ze względu na jego niewielki rozmiar, było bowiem wyzwaniem.

Polacy wymyślili, aby do zwykłej, wypróbowanej już wcześniej, sieci pelagicznej włożyć drugą sieć – wkładkę, z mniejszymi oczkami, tak aby kryl nie uciekał. Ten prosty na pozór pomysł przyniósł spektakularne efekty już podczas pierwszego połowu.

Udany połów kryla na „Profesorze Siedleckim”, luty 1976 r. // Fot. Tomasz Linkowski

– Gdy sieć wjechała na pokład, wysypały się z niej dosłownie tony kryla. Ta ogromna pomarańczowa sterta była właśnie zasługą Staszka i Marka – opowiada Krzeptowski.

Była też nagroda: butelka whisky. Dla załogi, która pierwsza złowi raczki, ufundował ją kierownik naukowy wyprawy prof. Stanisław Rakusa-Suszczewski. A po sukcesie „Tazara” kryla złowił też „Siedlecki”. Zaczęły się, jak mówi Krzeptowski, „krylowe żniwa”: statki łowiły po kilkadziesiąt ton w zaciągu, radząc sobie nawet lepiej niż Rosjanie i Japończycy.

Polarna fabryka kryla

Kryl wygląda trochę jak krewetka: wielkie czarne oczy, półprzeźroczysty pancerzyk w odcieniach różu, pomarańczy i czerwieni. Ma kilka centymetrów długości, a jadalna część odwłoka to mniej niż jego połowa. Monika Milewska pisze, że aby wyprodukować kilo mięsa z kryla, trzeba przetworzyć ponad 5 tys. raczków.

Szukali łowisk po wschodnich stronach wysp antarktycznych, sądząc, że raczki tam się chronią przed silnym prądem płynącym z zachodu. Uczyli się czytać i właściwie interpretować wskazania echosond. Nie obyło się bez pomyłek, gdy początkowo sieci zapełniły galaretowate osłonice.

Krzeptowski: – Była ich masa, mało nie urwały sieci, bo są ciężkie jak woda. Kłopot był, aby je z sieci usunąć i spłukać z pokładu. Śluz wszystko oblepiał, ludzie klęli. Potem jednak było już lepiej.

Po udanym połowie wyciągano sieć na pokład, podciągano, odwiązywano u dołu sznur i wysypywano zawartość. – Później kryl trafiał pod pokład, a tam była już cała fabryka – mówi Krzeptowski. Część kryla mrożono, a część przetwarzano na mączkę (dodatek do pasz dla zwierząt).

Pingwiny na pokładzie „Tazara”, marzec 1976 r. // Fot. Maciej Krzeptowski

– Bywało też, że włok wjeżdżał na pokład, a na nim stoją pingwiny. Siedem takich, które się do nas przykolegowały, zabraliśmy do kraju – opowiada ichtiolog. – Trafiły do zoo w Gdańsku Oliwie. To była tam sensacja, pierwsze pingwiny.

Kotlety, krokiety, pasta z kryla

Na „Tazarze” rejs był też okazją do eksperymentów dla kucharzy: od razu po złowieniu kryla zaczęli go serwować załodze. – To bardzo delikatne mięso. Zależy, z czym się poda – Krzeptowski wspomina krylowe smaki.

Były więc krokiety z kryla i ziemniaków, kotlety z kryla, masło krylowe, pasta krylowa z serkiem, sałatka krylowa z warzywami, zupa krem z kryla i krylowe kiełbaski.

Łowiono też i serwowano załodze ryby białokrwiste – bez czerwonych krwinek i hemoglobiny we krwi. – Doskonałe mięso, mało ości – ocenia ichtiolog po tym, jak wyjaśnił mi, dlaczego ze względu na niskie temperatury hemoglobina nie jest tym rybom potrzebna do życia. Białokrwiste ryby nie tylko były smaczne, świetną rozrywką okazało się wymyślanie dla nich polskich nazw, jak np. georgianka – od Georgii Południowej, gdzie ją złowiono.

Pierwsze polskie lądowanie na Wyspie Króla Jerzego

– Nasze pierwsze dotknięcie lądu Antarktyki to była Wyspa Króla Jerzego – wspomina. Na niej pracowały dwie stacje naukowo-badawcze, chilijska i sowiecka. – Jak już mówiłem, mapy były niedokładne, nawigacja też nie zawsze bez problemów, szczególnie gdy była mgła czy śnieżyca.

Przy dobijaniu do brzegu wyspy nie obyło się bez komplikacji: „Tazar” nie miał map podejściowych (pokazują dokładnie ukształtowanie wybrzeża i dna).

Krzeptowski: – Wolno wpływamy do zatoki, sondujemy, widać już domki stacji. Raptem patrzymy, na brzegu race strzelają, amfibia w naszą stronę rusza. Mówimy: cieszą się Ruscy, że przypłynęliśmy. Okazało się, że pędzili, by nas ostrzec, że na naszym kursie jest skała, na którą kilka dni wcześniej wszedł chilijski zbiornikowiec z paliwem.

Na wyspie Polacy umieścili tablicę z miedzianej blachy, upamiętniającą lądowanie Pierwszej Polskiej Naukowej Ekspedycji Morskiej. Krzeptowski: – A w tulei ze stali, odpowiednio uszczelnionej, umieściliśmy nazwiska wszystkich rybaków i naukowców z naszych dwóch statków, ok. 180 osób.

Śladami Shackletona, Arctowskiego i Dobrowolskiego

To przyjęty zwyczaj. Swoje ślady w Antarktyce zostawiały też wcześniejsze wyprawy. Np. gdy polska ekspedycja mijała Wyspę Słoniową, nie sposób było nie pomyśleć o tych, którzy ją eksplorowali: członkach wyprawy Ernesta Shackletona z 1915 r. oraz o polskich naukowcach, którzy tam dopłynęli jeszcze wcześniej. Byli to Antoni Dobrowolski i Henryk Arctowski, uczestnicy belgijskiej wyprawy z lat 1897-99.

– Książkę o polarnej wyprawie Shackletona na statku „Endurance” miałem ze sobą. Wziąłem też „Dziennik wyprawy na Antarktydę” Dobrowolskiego. Nagle wszyscy na naszym statku chcieli je przeczytać – śmieje się Maciej Krzeptowski.

Polska wyprawa przybiła też do dawnej stacji wielorybniczej Grytviken na Georgii Południowej – już opustoszałej, jeśli nie liczyć brytyjskiej stacji naukowej. Po dawnych mieszkańcach, głównie Norwegach, zostały domy, umeblowane i z całym dobytkiem, w porcie zaś nadal cumowały dwa wraki statków wielorybniczych.

Tam jest grób Shackletona. Krzeptowski: – Zanieśliśmy mu zasuszone kwiaty.

Antarktyda, rozłąka i listy pisane na statku

Pytam, jaka jest Antarktyda. – Dziewicza przyroda, przeźroczyste powietrze. Wszystko jest prawdziwe. Jeśli jest zimno, to jest zimno – mówi Krzeptowski. – Jest żywy lód, ten z lodowców Antarktydy. Gdy wrzuci się kawałek do szklanki, roztapiając się, uwalnia pęcherzyki powietrza. Słychać szmery, trzaski – to taka polarna muzyka.

Bycie w takim miejscu, to, jak mówi Krzeptowski, oczyszczenie się: – Stare problemy znikają, za to są inne. Żyje się odbieraniem prognoz pogody, decyzją, jak się ubrać.

Takie oddalenie niełatwo znieść. – Długi trudny rejs, rozłąka, niektórzy nie wytrzymują nerwowo. A trudno się wypisać, nawet jakby się chciało. Były więc też problemy ludzkie – mówi przyrodnik.

Bezpośredni kontakt z rodziną był tylko za pomocą radia: rzadki i krótki, na połączenie trzeba było się zapisać. Listy czekały dopiero w portach. Tylko tą drogą można było też wysłać list.

– List to było coś świętego. Pisało się go kilka wieczorów. Wtedy był nastrój. Statek łowił dzień i noc, jedni schodzili odpocząć, inni wychodzili na wachtę – mówi Krzeptowski. – Wieczorem siadało się więc do pisania, z kubkiem herbaty. Samo pisanie było jak bycie z osobą, do której się pisało.

Pokazuje koperty, podbite stemplami z krylem i wielorybem: – Wieloryba sam wyciąłem z linoleum.

Co dała Polsce wyprawa na Antarktydę

Dla władz PRL-u kryl nie okazał się wybawieniem od niedoborów na rynku, krylowe specjały nie zapełniły półek w sklepach. Powodów było sporo – w tym specyficzny, nieco dziwny dla polskich konsumentów zapach i posmak, wysoka zawartość fluoru, a także wysoki koszt połowów. „Okazało się, że złote runo nie jest wcale złotym interesem” – pisze Milewska.

Maciej Krzeptowski zwraca jednak uwagę na pozytywne efekty wyprawy: – Nauczyliśmy się łowić kryla, którego mogliśmy sprzedawać np. do Japonii. Później zaczęliśmy też łowić kalmary w wodach w pobliżu Falklandów i staliśmy się kalmarową potęgą.

Jeśli zaś idzie o korzyści długoterminowe, to cenne okazały się badania naukowe i decyzja o założeniu, rok później, Polskiej Stacji Antarktycznej im. Henryka Arctowskiego na Wyspie Króla Jerzego.

– Miejsce wypatrzył Staszek Rakusa-Suszczewski podczas naszej wyprawy. Olbrzymia odpowiedzialność, bo chodzi o to, aby można było dopłynąć, aby był to punkt osłonięty, aby była woda słodka, jakiś strumień. Wybrał bardzo dobrze – mówi Krzeptowski.

Tym samym Polska dołączyła do elitarnego klubu antarktycznego, zrzeszającego kraje, które mają tam lądowe stacje, inwestują w badania, a ich zdanie liczy się przy decyzjach dotyczących szóstego kontynentu. Polska, będąca wcześniej sygnatariuszem Układu Antarktycznego, została do niego przyjęta w 1977 r. jako trzynaste państwo (wyprzedzając RFN).

Maciej Krzeptowski: polarność jest we mnie cały czas

Czym była wyprawa dla mojego rozmówcy? – Fantastyczna przygoda! Radość, że uczestniczę w czymś tak wielkim – wspomina. – Choć wolałbym popłynąć po prostu jako ichtiolog i spokojnie prowadzić badania, a nie jako kierownik zespołu naukowego, bo nie lubię rządzić ludźmi.

Zanim Maciej Krzeptowski wyprawił się po kryla, pływał u wybrzeży Afryki, zajmując się naukowo sardynką. Po krylowej przygodzie odbył wiele kolejnych wypraw. Dwukrotnie przepłynął cieśninę Magellana, był kapitanem jachtu „Maria” podczas części jego rejsu dookoła świata. Wciąż zresztą odwiedza „Marię” na przystani w Szczecinie. Jak mówi, trzyma się morza.

Uczestnicy wyprawy z 1975-76 r. co jakiś czas się spotykają. Krzeptowski: – Trudne momenty łączą ludzi, a my byliśmy naprawdę w trudnych warunkach. Przeżyłem tę wyprawę głęboko. Polarność jest we mnie cały czas. Kilka lat temu, na szczecińskim bulwarze u stóp Zamku, umieściliśmy piękną tablicę pamiątkową przypominającą nasz rejs.

Maciej Krzeptowski na jachcie „Maria”, którym dowodził podczas rejsu dookoła świata, maj 2026 r. // archiwum prywatne
Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru Nr 26/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Na kraniec świata