Powstaniec warszawski w Komisji Europejskiej. Burzliwe losy Jerzego Renckiego

Za młodu dzielny żołnierz AK, później emigrant i współtwórca zjednoczonej Europy, a po 1989 r. doradca polskich rządów: kolejne etapy życia Jerzego (Georges’a) Renckiego tworzą spójną całość. Przypominamy człowieka, który był cichym współautorem wejścia Polski do Unii.
z Paryża
Czyta się kilka minut
 Georges Rencki jako urzędnik Wspólnot Europejskich, ok. 1960 r. // archiwum prywatne
Georges Rencki jako urzędnik Wspólnot Europejskich, ok. 1960 r // archiwum prywatne

Z Julienem Renckim, synem Georges’a, spotykam się w paryskiej kawiarni. Zanim zacznę pytać o jego ojca, rozmówca, szpakowaty dżentelmen w sile wieku, uprzedza mnie: – Ojciec nigdy by nie usiadł tak jak pan, tyłem do drzwi kawiarni. Nie jeździł też metrem, unikał tuneli i miejsc zamkniętych. To ślady traumatycznych przeżyć.

– Już kiedy byłem dzieckiem, miałem świadomość, że mój ojciec różni się od ojców innych francuskich dzieci, moich przyjaciół – ciągnie Rencki junior. Jerzy/Georges, bohater polskiego ruchu oporu, miał też słabości – jak choćby ogromny problem z wyrażaniem emocji. Był z pokolenia, które milczało. A jeśli już wspominał czasy II wojny światowej, to przeważnie w tonie prześmiewczym. Jakby śmiech miał być tu barierą ochronną.

Stąd o wielu kartach wojennych doświadczeń Jerzego Renckiego rodzina dowiedziała się dopiero po jego śmierci w 2017 r. U schyłku życia, już jako emerytowany wysoki urzędnik Komisji Europejskiej, przygotowywał do druku wspomnienia, ale nie zdążył ich wydać. To właśnie syn opracował jego luźne notatki i opublikował je we Francji.

W ten sposób ludzie z Brukseli, którzy przez dziesiątki lat pracowali z człowiekiem, którego znali jako Georges’a, odkrywali ze zdumieniem tajemnice jego młodości.

Stracone złudzenia młodego Jerzego Renckiego

Na świat przyszedł jako Jerzy Rencki 4 lipca 1927 r. w Warszawie, w rodzinie polsko-szwajcarskiej. W domu mówiło się po polsku i francusku. Matka wywodziła się ze szwajcarskiego frankofońskiego katolickiego mieszczaństwa i Jurek spędzał tam przed wojną wakacje z rodziną. Ojciec był prawnikiem i muzykologiem – intelektualistą, typem międzywojennego człowieka oświecenia. Optymistą wierzącym w postęp ludzkości.

– Dziadek Juliusz pochodził z rodziny żydowskiej, co mój ojciec odkrył dopiero przypadkiem w czasie okupacji. Później bardzo długo chował ten sekret przede mną i moim bratem. Nie wspomniał też o tym w swoich zapiskach. Zdecydowałem się więc dodać tę informację w moim wstępie do książki – opowiada Julien Rencki.

Ojciec Jurka, aresztowany przez NKWD po inwazji sowieckiej 17 września 1939 r., zginął w masakrze katyńskiej. Julien: – Myślę, że już w wieku 13 lat mój ojciec wyzbył się wszelkich iluzji. Zdał sobie wtedy sprawę, że model państwa narodowego nie potrafił chronić swoich obywateli. Trzeba więc wymyślić coś ponadnarodowego.

– Doświadczenie wojenne nauczyło go, że mrzonką jest wiara w prawo, którego nie podpiera siła. To zresztą stało się jedną z podstaw projektu wspólnej Europy: ład oparty na prawie, ale z elementami siły – mówi Julien Rencki.

Jurek dołącza do podziemnej Kompanii Lotniczej

Jak wielu rówieśników, Jurek Rencki dołączył do podziemia – stało się to na początku 1941 r., gdy miał 14 lat.

Wszystko zaczęło się od pasji lotniczej. Niedługo po klęsce wrześniowej Rencki z grupką nastolatków, głównie uczniów przedwojennego stołecznego gimnazjum imienia Stanisława Staszica, zaczęli budować modele samolotów. Z czasem, przy pomocy starszych kolegów, powstało z tego Warszawskie Koło Lotnicze (WKL). Entuzjaści modelarstwa testowali, na oczach publiczności, swoje dzieła na Polach Mokotowskich, tej kolebce polskiego lotnictwa.

Jak wspominał po latach Marek Tadeusz Nowakowski – kolega Renckiego i także członek Koła – tym zawodom modeli szybowców organizowanym przez Koło przyglądali się też z zainteresowaniem Niemcy, w tym raz generał Luftwaffe, zaproszony przez organizatorów na lożę honorową. Okupanci tolerowali tę pasję dzieci (jak ich postrzegali), nie widząc w niej nic groźnego.

Jerzy Rencki (z prawej) razem z kolegą z WKL Andrzejem Trzcińskim (z szybowcem w ręce) w czasie okupacji niemieckiej. // Fot. Lech Gąszewski

Równolegle z modelarstwem, 16-letni już Rencki wraz z kolegami z Koła zaczęli wydawać podziemną gazetkę „Wzlot. Pismo młodzieży lotniczej”. Redaktorką naczelną była dużo starsza od innych członków zespołu pisarka Maria Kann, działaczka „Żegoty”, autorka prekursorskiej publikacji polskiego podziemia o zagładzie Żydów pt. „Na oczach świata”.

Wizja siedemnastolatka: pokojowa Europa

Właśnie na łamach „Wzlotu” Rencki, wtedy już siedemnastolatek, snuł zdumiewające współczesne wizje geopolityczne. W odróżnieniu od kolegów nie chciał zostać w przyszłości inżynierem, lecz pragnął tak urządzić świat, by nie doszło do nowej wojny.

W artykule Renckiego pt. „Lotnictwo a pokój powszechny” – pisanym w październiku 1943 r., w samym środku hitlerowskiej nocy – pojawia się nawet wizja pokoju, który miałaby gwarantować „międzynarodowa armia” z lotnictwem na czele. A jeśli takie ogólnoświatowe siły zbrojne nie powstaną, pisał młody autor „Wzlotu”, to trzeba „dążyć do stworzenia wspólnej organizacji w ramach węższych, ograniczonych do narodów, z którymi będą łączyć nas szczególnie ścisłe węzły polityczne”. Z dzisiejszej perspektywy te słowa mogą kojarzyć się z NATO czy z Unią Europejską.

– Przez prawie całe życie mój ojciec miał tę samą podstawową ideę: jeśli nie stworzymy mocnej instytucji ponadnarodowej, wszystko będzie po staremu. Rzadko się zdarza, by ktoś miał stałe i silne przekonanie od czasów młodości po 90. rok życia. A tak było w przypadku ojca. I ślady tego widać już w tamtym jego młodzieńczym artykule we „Wzlocie” – mówi Julien Rencki.

Jerzy Rencki, kennkarta z czasow wojny; okupacyjne pismo Wzlot ktore wspołtworzył Jerzy Rencki, numer z października 1943 r. // archiwum prywatne

– U schyłku życia ojciec był świadkiem agresywnej polityki Putina – dodaje. – To utwierdziło go tylko w przekonaniu, że wspólna europejska obronność jest absolutnie konieczna. 

Rencki w AK

Z biegiem czasu Jerzy, tak jak wielu członków Warszawskiego Koła Lotniczego, angażował się coraz bardziej w podziemną działalność dywersyjną w Warszawie, w kompanii lotniczej AK porucznika „Lawy” (Tadeusza Gaworskiego), który podlegał wydziałowi lotnictwa Komendy Głównej AK. Jednym z zadań kompanii było rozbrajanie Niemców – w sytuacji, gdy Armia Krajowa cierpiała wciąż na brak broni.

W swoich wspomnieniach Jerzy Rencki opisuje swoją pierwszą akcję tego typu z wiosny 1943 r., przeprowadzoną razem z kolegą.

Młodzi mają rozbroić niemieckiego żołnierza w jednym z warszawskich parków. Wszystko idzie sprawnie. Przerażony Niemiec, w towarzystwie przyjaciółki, oddaje pistolet, gdy Jerzy grozi mu bronią. Czas uciekać, bo wokół roi się od innych żołnierzy.

Ale w tej chwili Jerzy zatrzymuje się i – jak potem będzie po latach sam relacjonował – improwizuje do żołnierza przemowę swoim kulawym niemieckim: „Próbuję mu wyjaśnić, że nie jesteśmy żadnymi bandytami, ale bojownikami o wolność, że walczymy z nazizmem, a nie z Niemcami”. Przemowa uspokaja żołnierza, ale za dwójką konspiratorów rzuca się pogoń. Na szczęście chłopcom udaje się ujść cało.

– Po latach, gdy mi to opowiadał, czuł się chyba bardziej dumny z tego, że przemówił do niemieckiego żołnierza niż z samego faktu zdobycia porządnego pistoletu parabellum kaliber 9 milimetrów – wspomina Julien Rencki. – Dojrzeć człowieka we wrogu: to myśl, która go nie opuszczała, nawet w czasie wojny. Nacjonalizm był dla niego wcieleniem zła.

Jedną z największych akcji, w której wzięli udział lawiacy, w tym Rencki, był nieudany zamach na gubernatora okupowanej Warszawy Ludwiga Fischera i innych niemieckich dygnitarzy (kryptonim „Polowanie”) z 8 stycznia 1944 r.

Choć lawiakom groziła często śmierć, to nie opuszczał ich młodzieńczy i często wisielczy humor. Świadczy o tym żartobliwy komiks „Przygody dywersanckie”, stworzony w czasie wojny przez dwóch kolegów Renckiego z kompanii: Zbigniewa Słoczyńskiego i Stanisława Woźniaka (w 1997 r. ukazał się jego reprint). Jednym z bohaterów tej „kroniki” oddziału – w formie pastiszu „Koziołka Matołka” – jest właśnie Rencki, ps. „Grzyb”.

Autorzy mają dystans do własnych bohaterskich wyczynów. Świadczą o tym choćby wersy o daremnym pościgu szkopów za uciekającymi z miejsca akcji bojowej lawiakami:

Lecz [Niemcy] pomdleli – bo nas strzegą

Dywersanckie nasze bogi

No i tym, co dużo chodzą

Niezbyt pięknie pachną nogi...

Jerzy w powstaniu warszawskim

Jak wielu innych kolegów z kompanii „Lawy”, Rencki walczył w powstaniu warszawskim od jego początku aż do końca. Wyróżnił się w walkach w Śródmieściu, za co został odznaczony Krzyżem Walecznych. Udział członków tej formacji w powstaniu opisali szczegółowo w książce „Lawiacy. Historia Kompanii Lotniczej AK” jej byli członkowie, Jan Koźniewski i Marek T. Nowakowski.

W swoich wspomnieniach, pisanych u schyłku życia, Georges Rencki stwierdzał, że przy ówczesnych nastrojach warszawiaków zryw był nieunikniony. „Latem 1944 r. po tylu latach terroru wściekłość sięgnęła zenitu, a najmniejszy incydent z udziałem Niemców i tak spowodowałby wybuch” – pisał.

Jerzy Rencki – pośrodku zdjęcia z karabinem przewieszonym na ramieniu – podczas powstania warszawskiego, sierpień-wrzesień 1944 r. // archiwum prywatne

Jednocześnie w tych samych zapiskach nie stroni od krytyki swoich dowódców. Na przykład z irytacją pisze o „absurdalnym”, w jego pojęciu, rozkazie, jaki dostała od przełożonych kompania „Lawy” w dniu rozpoczęcia powstania: z garstką słabo uzbrojonych ludzi mieli odbić z rąk Niemców lotnisko Okęcie, którego załoga była uzbrojona po zęby. W tej surowej ocenie Rencki nie był zresztą odosobniony.

– W powstańczych wspomnieniach ojca wybija się ton antyheroiczny. Nigdy nie starał się ukrywać trudnych rzeczy. On, jak i jego koledzy, byli dzielni, ale także odczuwali strach – mówi syn.

Polak w Europie: model patriotyzmu

Po kapitulacji powstańczej Warszawy Rencki został, tak jak inni żołnierze AK, uznany przez Niemców za jeńca wojennego i przewieziony do niemieckiego obozu VII-A w miejscowości Murnau. Pozostał tam aż do wyzwolenia obozu przez wojska amerykańskie w kwietniu 1945 r.

Do pojałtańskiej Polski nie wrócił. Od 1946 r. studiował – w Londynie, Fryburgu (Szwajcaria), a następnie w Paryżu, gdzie uzyskał doktorat z prawa. Otrzymał tam także, jako uchodźca, francuskie obywatelstwo.

Zbliżył się do ludzi, którzy jak on myśleli już o tworzeniu wspólnej Europy – jak Denis de Rougemont, Paul-Henri Spaak, Józef Retinger. Wśród tych wizjonerów byli weterani ruchu oporu z różnych krajów, np. Henri Frenay, jeden z dowódców podziemia w okupowanej Francji.

– Dla mojego ojca bycie patriotą i Europejczykiem nie było przeciwstawne. Ponadto przez całe życie uważał się za socjalistę: przywiązanego do wolności, sprawiedliwości społecznej, no i do Europy – zauważa Julien Rencki.

Całą karierę zawodową – od 1958 r. aż do przejścia na emeryturę w 1991 r. – Jerzy (Georges) Rencki związał z Komisją Europejską (w jej kolejnych instytucjonalnych wcieleniach). Specjalizował się w reformie wspólnej polityki rolnej i w polityce regionalnej. Zajmował kierownicze stanowiska najpierw w generalnej dyrekcji ds. rolnictwa, a od 1977 r. w dyrekcji ds. polityki regionalnej. Od 1991 r. pełnił, już jako emeryt, funkcję honorowego dyrektora Komisji Europejskiej; wykładał też na uczelniach, m.in. w Kolegium Europejskim w Natolinie.

Architekt wejścia Polski do Unii

Po roku 1989 otworzył się przed nim trzeci etap biografii Jerzego/Georges’a. Dopiero wtedy, po upadku żelaznej kurtyny i komunizmu, po raz pierwszy po wojnie przyjechał do Polski i spotkał dawnych przyjaciół.

Choć nie wrócił do ojczyzny na stałe, to po przejściu na emeryturę był doradcą kolejnych czterech polskich premierów – od Jana Krzysztofa Bieleckiego do Jerzego Buzka. Znał i cenił Jana Kułakowskiego, także powstańca warszawskiego, który w latach 1990-96 był pierwszym ambasadorem RP przy Wspólnotach Europejskich.

Georges Rencki (pierwszy z lewej), obok niego Jacques Delors, ówczesny szef Komisji Europejskiej. Z prawej premier Jan Olszewski. Bruksela, 1992 r.// archiwum prywatne

W okresie przygotowań do akcesji Polski do Unii z Renckim współpracowała Agnieszka Bartol, obecnie szefowa Stałego Przedstawicielstwa Polski przy UE. Wspólna praca przerodziła się w przyjaźń trwającą kilkanaście lat.

Jak mówi dziś „Tygodnikowi” Agnieszka Bartol, Rencki przedstawiał się jej zawsze jako „Jerzy”, a nie „Georges”: – Był człowiekiem z podwójną pasją. Z jednej strony miał wielką wiarę w projekt europejski, z drugiej cechowała go pasja merytoryczna, czyli świetna znajomość dwóch fundamentalnych polityk unijnych, rolnej i spójności. Wspierał Polskę swoją wiedzą i kontaktami, bo chciał, żebyśmy byli pełnoprawnym członkiem Unii.

Ta polska misja spięła jakby klamrą wszystkie etapy jego życia.

– Jerzy Rencki był dumny, że przez lata po akcesji dobrze dawaliśmy sobie radę. I budował mosty między różnymi nurtami polityki prounijnej w Polsce – wspomina Agnieszka Bartol.

Dziś o tym jednym z cichych architektów wejścia Polski do Unii, z piękną patriotyczną kartą, jakbyśmy zapomnieli. Czy nie pora tego zmienić?

Książkę „Varsovie 1944”, czyli wspomnienia Jerzego/Georges’a Renckiego w opracowaniu jego syna Juliena wydało w 2024 r. we Francji duże wydawnictwo Perrin, z przedmową znanego historyka Stéphane’a Courtois. Komiks z lat wojny Zbigniewa Słoczyńskiego i Stanisława Woźniaka „Przygody dywersanckie” ukazał się w 1997 r. (MIKOM Multimedia). Dziękuję za pomoc Librairie Polonaise w Paryżu i Muzeum Powstania Warszawskiego.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 23/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Od Jurka do Georges’a, europejska nić