Gdyby w nieszczęściu, jakim są powodzie, szukać czegoś pozytywnego, to dobra wiadomość jest taka: w czasach fake newsów, teorii spiskowych i katastrofalnego braku zaufania do naukowców oraz polityków – tym razem wygrał rozum. Ludzie posłuchali ekspertów i liderów, a nie szarlatanów. Zbiorowa mobilizacja pozwoliła znacząco ograniczyć liczbę ofiar oraz straty materialne.
Takie wnioski wynikają z lektury czeskich mediów w trakcie tej powodzi i tuż po niej.
Poprzednie powodzie w Czechach
W Czechach obecna katastrofa naturalna dotknęła północną część kraju: pogranicze z Polską. Przypomina to mrożące krew w żyłach wydarzenia z roku 1997. W Czechach w ciągu dwóch tygodni zginęło wtedy 49 osób. Stało się tak pomimo powszechnej mobilizacji, ofiarności strażaków i ratowników, zaangażowania wojska, wielomiliardowych zbiórek pieniędzy.

Tekst ukaże się w wydaniu papierowym 25 września.
Tamtą powódź Polacy zapamiętali, bo u nas również zebrała tragiczne żniwo. Nie pamiętamy natomiast tego, że ledwie pięć lat później – w roku 2002 – w Czechy uderzyła powódź równie potężna. Wtedy jednak zalane zostały tereny odległe od polskich granic, głównie dorzecze Wełtawy. Pod wodą znalazła się spora część Pragi, woda zniszczyła wiele zabytków, w tym cenne archiwa.
Być może wówczas lekcja sprzed pięciu lat została już częściowo przez naszych sąsiadów odrobiona. Bo choć była to jedna z najpotężniejszych powodzi w historii Czech (w Pradze tak wysoki poziom wody zanotowano wcześniej w połowie XIX w.), to skończyła się 17 ofiarami śmiertelnymi.
Zapamiętano też 134 zwierzęta z praskiego zoo, które wtedy zginęły. Do podręczników szkolnych trafił potem samiec uchatki imieniem Gaston, który wezbraną wodą przedostał się do Wełtawy, a potem przepłynął nią 300 km aż do Niemiec. Odłowiony w Saksonii, padł – najprawdopodobniej na skutek przewlekłego stresu.
W tym roku Czesi uprzedzeni o zagrożeniu powodziowym
W artykułach o przyczynach powodzi z 1997 i 2002 r. w kółko powtarza się pojęcie „niż atmosferyczny”. Dokładnie tak samo jest w tym roku. Jeszcze około 12-13 września prasa publikowała szczegółowe, fachowo brzmiące analizy: „Rozwinął się polarny prąd strumieniowy, czyli wąski pas wiatrów wiejących z zachodu na wschód na wysokości około 10 km. Zimne powietrze arktyczne, w normalnych warunkach zamknięte za barierą prądu strumieniowego w północnych częściach planety, teraz ze strony Islandii przenika do Europy zachodniej, Alp i obszaru Morza Śródziemnego. Z powodu kontaktu zimnego prądu powietrznego z północy z tropikalnym powietrzem w rejonie śródziemnomorskim uformował się niż, który będzie się teraz przesuwał na północny wschód i zatrzyma się gdzieś nad wschodnimi częściami naszego kraju”.
Dodawano, że w ciągu kilku dni spadnie jedna trzecia całorocznych przeciętnych opadów.
Podchwyciły to media, a po chwili także politycy. O grożącej powodzi mówiono już na kilka dni przed tym, zanim się zaczęła. Zaczęły się też przygotowania organizacyjne, sprawą zajął się rząd i kolejne, coraz to niższe szczeble administracji.
Granie powodzią skompromitowało czeskiego polityka
I natychmiast uruchomił się też internet. Poszło tym łatwiej, że od dawna na piątek i sobotę, 20 i 21 września, zaplanowane były wybory – cząstkowe do Senatu i samorządowe. Atmosfera była już zatem wstępnie podgrzana, a powodzie stały się kolejnym tematem wyborczym.
Najgłośniej było o Janie Skalickým z Ústí nad Labem – kandydacie do Senatu z ramienia mocno ekstremistycznej koalicji komunistów i nacjonalistów. W przeszłości pracował on w kierownictwie państwowego przedsiębiorstwa administrującego drogami wodnymi w kraju, na gospodarce wodnej zatem na pewno się zna.
Zanim zaczęły się powodzie, Skalický wrzucił do internetu nagranie wideo, w którym pytał: „Czy naprawdę to jest ta wielka woda, z powodu której koniecznie trzeba zamykać wystawy, odwoływać imprezy, zmuszać ludzi, aby siedzieli w domach pod ogromną presją, w panice i strachu? Przeżyliśmy już suszę, covid, wojnę w Ukrainie, a teraz nagle przed samymi wyborami – wielka woda! No proszę! Czy to naprawdę jest aż tak wielka woda, aby ludzie musieli cały czas myśleć o tych katastrofach, aby nie mogli wychodzić z domów, aby uniemożliwić normalny przebieg kampanii wyborczej?”.
Dwa-trzy dni później, kiedy były już pierwsze ofiary śmiertelne, wideo zostało zdjęte z sieci.
Czeska prasa o powodzi: „Takie momenty powinniśmy odnotować”
Dziś Skalický milczy, ale jemu podobni zmienili ton i teraz drążą: jak to możliwe, że rząd wcześniej wiedział, że przyjdą powodzie?
„Zapewne są przekonani, że premier Fiala ma specjalny pulpit z guzikami do wywoływania katastrof. I teraz nacisnął ten z napisem »powódź« – drwił redaktor naczelny tygodnika „Respekt” Erik Tabery.
Tytuł jego tekstu brzmi „Zaufanie w czasach ekstremizmu”. Tabery: „Powodzie pokazały, że w kryzysowych sytuacjach jesteśmy zdolni przyjąć informacje, dostarczane nam przez zawodowców”.
I dalej: „Wygląda to na banał, ale takie momenty powinniśmy odnotowywać. Od dawna w społeczeństwie spada poziom zaufania do instytucji, do ekspertów, do faktów. Mimo to teraz było widać, jak w chwili kryzysu potrafimy informacje pochodzące od profesjonalistów przyjąć i potem kierować się nimi w naszych działaniach. A stało się tak przecież w chwili, kiedy chodziło »zaledwie« o przewidywania. Widać, jak istotne jest budowanie społeczności zaufania. Nie ślepego, nie bezkrytycznego, ale takiego zaufania, które skłania ludzi, aby w niektórych przypadkach jednak słuchali tego, co mówią fachowcy. Niemal wszyscy zainteresowani – politycy, meteorologowie – powtarzali, że sytuacja jest zupełnie wyjątkowa. I po raz pierwszy kraj się przygotowywał na powódź zawczasu, zanim się jeszcze zaczęła”.
Czeski premier: powódź nie przeszkodzi wyborom
Prawda jest i taka – podkreśla dziś czeska publicystyka – że w stosunku do roku 1997 oraz 2002 technologia poszła mocno naprzód i metody przewidywania anomalii pogodowych są znacznie skuteczniejsze. Pomógł też internet – paradoksalnie, bo przecież na co dzień buszują w nim szerzyciele teorii spiskowych i konspiracji. W telewizyjnych wywiadach nawet starostowie niedużych osad podkreślali, jak to w pospiesznych przygotowaniach pomagały im nowoczesne środki komunikacji.
W pierwszych dniach powodzi, kiedy ostrzeżenia były już bardzo poważne, roztrząsano, co zrobić z tymi zaplanowanymi na 20-21 września wyborami. Wielu domagało się przełożenia głosowania, argumentując, że w licznych zalanych gminach nie będzie nawet gdzie ustawić urny wyborczej.
Po analizach prawnych premier Fiala oznajmił, że wybory w Czechach jednak się odbędą, bo to terminy konstytucyjne, a jak rząd zacznie przy nich majstrować, to potem i tak Trybunał Konstytucyjny takie przesunięte wybory unieważni. Stanęło na tym, że tam, gdzie zniszczenia były za duże, organizacją technicznej strony głosowania zajęło się Ministerstwo Spraw Wewnętrznych.
Do piątku 20 września wiadomo było, że na pewno życie straciło pięć osób, a kilka kolejnych było zaginionych. To i tak za dużo. Ale należy pamiętać, że wody w wielu miejscach było teraz znacznie więcej niż w roku 1997.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















