Na początku wydawaliśmy ludziom worki z piaskiem i jeździliśmy do lokalnych podtopień. Myślałem, że wał w Bodzanowie zatrzyma powódź, ale w sobotę rzeka zerwała most w Głuchołazach i rozlała się po całej wsi. Wiele rodzin ewakuowaliśmy łódkami, bo innej drogi nie było. A jednego ciężko chorego wynieśliśmy na noszach w ostatniej chwili, bo rzeka już wtargnęła mu do domu i pewnie by go zatopiła. Pamiętam powódź z 1997 r., ale wtedy straty były mniejsze. Teraz woda podeszła ludziom do pierwszego piętra, zniszczenia są ogromne – opowiada Jerzy Landwójtowicz, strażak z OSP w Bodzanowie koło Głuchołazów.
Ile zarabia strażak PSP i OSP
W walkę z żywiołem na południu Polski zaangażowanych jest ponad 1500 pojazdów oraz prawie 6 tys. strażaków z województwa dolnośląskiego i opolskiego. Z pomocą pośpieszyło też wielu funkcjonariuszy z odległych województw. Brali udział w dziesiątkach tysięcy interwencji, a ich widok nieraz dawał ulgę załamanym ofiarom żywiołu, bo nie ma w Polsce służby mundurowej, która budziłaby tak duże zaufanie. Niewiele osób wie, że za tą ciężką pracą nie idą monstrualne pensje. Mediana zarobków w zawodowej straży wynosi na rękę ok. 4400 zł, a godzinowa stawka dla druha z OSP mieści się w widełkach od 27,70 zł do 41,11. Tymczasem stawka godzinowa dla płacy minimalnej w Polsce to 28,10 zł...
– Dokłada się nam wciąż nowe zadania, jeździmy więc niemal do wszystkiego, przy dużym niedofinansowaniu tego zawodu. Jest nawet takie powiedzenie: jak nie wiesz, gdzie szukać pomocy, to dzwoń po straż, a jak straż ci nie pomoże, to już nikt ci nie pomoże. Nasza praca jest nieprzewidywalna, musimy się mierzyć z wieloma niewiadomymi, wobec których zawodzą procedury. Dużym obciążeniem jest też przewlekły stres – mówi Łukasz Kunek, przewodniczący Zarządu Krajowego Związku Zawodowego Strażaków „Florian”.
Pożar kamienicy w Poznaniu pod koniec sierpnia, połączony z silną eksplozją przetrzymywanych w piwnicy baterii przypomniał, że praca strażaków wiąże się z ogromnym ryzykiem. Podczas akcji ratowniczej przy ulicy Kraszewskiego jedenastu z nich odniosło obrażenia, a dwóch zginęło; obaj z dużym stażem. Patryk Michalski zaczynał w OSP Cyprianka, potem przeniósł się do służby państwowej we Włocławku, skąd trafił do Poznania. W młodości uchodził za sportowy talent w lekkoatletyce, jako siedemnastolatek pobił rekord juniorów młodszych w rzucie oszczepem. Niebawem miał się żenić. Łukasz Włodarczyk pochodził ze strażackiej rodziny, był ratownikiem medycznym, brał udział w akcjach charytatywnych. Osierocił dwoje dzieci.
– Ich śmierć wstrząsnęła środowiskiem, wszyscy czekamy na wynik śledztwa, bo tylko analizując błędy można uniknąć podobnych sytuacji w przyszłości. W naszej służbie jest jednak wiele czynników, na które nie mamy wpływu, i kilka sekund na decyzję. Gdyby dowódca wiedział, że w kamienicy nie ma mieszkańców, pewnie nie posłałby strażaków do środka – wyjaśnia Bartosz Klich, prezes Stowarzyszenia Niezależnych Ekspertów Pożarnictwa i strażak z dwudziestoletnim stażem.
Klich podkreśla, że mimo iż to jeden z najbardziej nieprzewidywalnych i niebezpiecznych zawodów, dzięki dobrej ochronie indywidualnej, asekuracji i wyszkoleniu wypadki zdarzają się rzadko. Rzadko też zawodzą dowódcy, tak jak w Białymstoku w 2017 r. podczas gaszenia pożaru w hali magazynowej, gdzie zginęło dwóch młodych funkcjonariuszy. Sąd orzekł, że przełożony nie dopełnił obowiązków. Strażacy znaleźli się w bardzo zadymionym pomieszczeniu, niewiele widzieli, a na piętrze weszli na podwieszany sufit, który zawalił się pod nimi.
Ile waży mundur strażacki
Wejście strażaków do budynku i gaszenie pożaru od wewnątrz przez wiele stuleci nie było możliwe, bo odzież, którą nosili, nie zapewniała podstawowej ochrony. Pierwszy hełm skonstruował Jacobus Turck z Nowego Jorku, zajmujący się obsługą i serwisem ręcznych pomp używanych do gaszenia pożarów. Henry Gatacopo udoskonalił jego projekt, tworząc wzmocniony, skórzany hełm w kształcie kopuły z przednią osłoną i rondem. Czyli mniej więcej taki, jaki noszą strażacy dzisiaj, tyle że ten współczesny zrobiony jest z laminatu poliestrowo-szklanego i wyposażony w wizjer z daszkiem. Twarz chroni też kominiarka, a oddychanie wspomaga butla ze sprężonym powietrzem. Bez tych akcesoriów bardzo łatwo poparzyć sobie drogi oddechowe lub zatruć się dwutlenkiem węgla. W XIX wieku strażacy używali chust, zapuszczali brodę i wąsy, a przed akcją moczyli je i zagryzali – w ten sposób chronili się przed dymem i gorącym powietrzem.
– Sprzęt polskich strażaków jest na poziomie europejskim, park maszyn cyklicznie wymieniany, a kombinezony, hełmy i butle ze sprężonym powietrzem pozwalają gasić pożary w środku. Wyposażenie jednostek państwowych nie różni się specjalnie od tego, czym dysponują ochotnicze straże. Widziałem w małych wiejskich remizach noktowizory i nożyce hydrauliczne do cięcia pojazdów – podkreśla Bartosz Klich.
Jeszcze w latach 90. w Polsce na strój strażacki składało się ubranie moro, do którego w zimie dokładano kurtkę z podpinką; w niektórych jednostkach można było spotkać ubrania z włóknem azbestowym, pokryte sproszkowanym aluminium. Rewolucja dokonała się po wejściu Polski do UE, kiedy musieliśmy dorównać europejskim standardom. Współczesne ubrania zrobione są z nomeksu i kevlaru – ta uodporniona bawełna połączona z włóknami aramidowymi wytrzymuje temperaturę do 480 stopni C. Jest wodoodporna, chroni przed ciepłem i promieniowaniem. Kombinezon jest wielowarstwowy, a tkaniny przedziela pianka, która powoduje, że materiał narażony na kontakt z wodą lub ogniem nie dotyka ciała. Buty wzmocnione na czubkach stalą zrobione są ze specjalnego tworzywa odpornego na oleje i smary. Strój, w zależności od rodzaju interwencji, na którą jedzie strażak, waży od 15 do 30 kg.
Straż pożarna też przegrywa
– Jesteśmy rozliczani z czasu. Od wezwania do wyjazdu samochodu nie może upłynąć minuta. Cięcie auta po wypadku zabiera nam do trzech minut, ale zdarza się, że ranny przeszkadza, chwyta za ręce i próbuje się wyszarpnąć – podkreśla Krzysztof, strażak z piętnastoletnim stażem, który zmaga się z syndromem stresu pourazowego.
W czasie tegorocznej powodzi nie doszło na szczęście do śmierci żadnego funkcjonariusza, choć w Nysie poziom wody podnosił się tak szybko, że samochód strażacki utknął w nurcie i w ewakuacji druhów pomagało wojsko. Ale to właśnie praca w ciągłym stresie, pod presją czasu i seria tragicznych wypadków, przy których Krzysztof niósł pomoc poszkodowanym, sprawiły, że pewnego dnia nie mógł wstać z łóżka, by iść na służbę.
– Chłopaki z grup nurkowych częściej są narażeni na kontakt z denatem niż inni funkcjonariusze, ale tak naprawdę wszyscy strażacy są wyeksponowani na duży stres. Kiedyś ratowaliśmy dziewczynkę, która wpadła do wody, uderzyła głową o beton i mimo szybkiej akcji nie udało się jej uratować. Umierała nam na rękach, tego się nigdy nie zapomni – opisuje Przemysław Ilczuk, komendant Miejskiej Państwowej Straży Pożarnej w Zamościu.
Krzysztof wielokrotnie jeździł na interwencje, podczas których umierali ludzie. Zaczęło się od dziecka uduszonego dwutlenkiem węgla podczas pożaru wiejskich zabudowań, potem były tragiczne wypadki drogowe. Podczas jednego z nich reanimował młodą dziewczynę, ale mimo iż początkowo odzyskała przytomność, umarła na skutek obrażeń wewnętrznych.
– Jest coś dziwnego w powietrzu, kiedy zbliża się śmierć. Można ją fizycznie poczuć, jakby ciało człowieka wydzielało jakieś substancje. Tak było tamtym razem, nigdy nie działaliśmy tak szybko, nigdy nie walczyłem tak mocno z czasem. Chłopaki musieli ciąć auto na kawałki, tak było zgniecione. Dwie osoby już nie żyły, ja reanimowałem dziewczynę, a ona odchodziła. Trudno po takiej służbie nie dojść do przekonania, że ta robota nie ma sensu, że to nierówna walka, w której ciągle trzeba zmagać się z porażką – opisuje Krzysztof.
Doświadczenia Krzysztofa nie są wyjątkowe, toteż w każdej komendzie wojewódzkiej PSP zatrudniony jest psycholog, prowadzone są też warsztaty i cykliczne szkolenia. Bywa również, że to sam strażak umiera na służbie, a rodzina długo nie może sobie poradzić. Fundacja Dorastaj z Nami stara się poprzez sieć doradców nieść im pomoc psychologiczną, pracuje z osieroconymi dziećmi, rozwija ich zdolności i zainteresowania, organizuje „wyjazdy wytchnieniowe” dla matek, by mogły przez kilka dni oderwać się od trudnej codzienności. Pod skrzydłami fundacji znajduje się 140 dzieci.
– To dzieci strażaków, policjantów i żołnierzy, którzy zginęli na służbie. Pomagamy im długofalowo i już na początku zapewniamy rodziny, że będziemy czuwać nad dziećmi, dopóki nie osiągną samodzielności i nie skończą edukacji. Wspieramy też matki, bo w większości giną ojcowie. To dla nich powstał program „Siła wsparcia kobiet”, który pozwala dzielić się doświadczeniami i pomagać paniom na początku drogi, kiedy są w głębokiej żałobie. Tylko kobieta, która ma za sobą takie przeżycia, może poradzić koleżance, jak przetrwać pierwsze święta po wypadku męża – mówi Magdalena Pawlak, prezeska fundacji.
Zawód, który ratuje życie
Praca strażaków cieszy się ogromnym szacunkiem społecznym. Jak pokazują ostatnie badania SW Reaserch „Ranking prestiżu zawodów”, strażacy już po raz czwarty z rzędu osiągnęli najlepszy wynik, wyprzedzając ratownika medycznego, lekarza i księdza. W pewnej mierze dlatego, że nie dają mandatów, nie moralizują, szybko zjawiają się na wezwanie.
Dane statystyczne mówią same za siebie: w rekordowym 2022 r. było 608 tys. interwencji, w 2023 r. – 486 tys., w których brało udział 2 mln 115 tys. strażaków z PSP oraz 1 mln 851 tys. druhów z OSP. Nie zawsze jednak udaje się pomóc – w pożarach w ub. roku zginęło 365 osób.
– Naszym zadaniem jest pomaganie, ale nie kosztem własnego życia – podkreśla Krzysztof. – Zdarza się, że przyjeżdżamy na miejsce i żąda się od nas rzeczy niemożliwych. Ludzie krzyczą, błagają o pomoc: „Ratujcie, na co czekacie?!”. Tak było ze śmiertelnym wypadkiem strażaków w studni. Weszli ratować topielca, choć nie byli dostatecznie asekurowani.
Grzegorz Barszczewski i Jarosław Dzienniszewicz z OSP w Raczkach próbowali uratować młodego mężczyznę, który wpadł do bardzo głębokiej studni. Weszli bez butli tlenowych i bardzo szybko stracono z nimi kontakt, później okazało się, że przy lustrze wody znajdowało się już tylko 8 proc. tlenu. Wypadki w studni rzadko kończą się happy endem, kiedy więc Marcin Koszałka, strażak z OSP w Annopolu opisuje, jak w 2018 r. uratował życie trzylatka, rozumiem jego radość.
– Byłem wtedy na zwolnieniu lekarskim po wycięciu wyrostka robaczkowego, ale kiedy zawyła syrena, pobiegłem do remizy. Okazało się, że chłopiec gonił kota i wpadł do studni. Dziecko zanurkowało, wypłynęło i chwyciło się deski, która wpadła razem z nim – relacjonuje Koszałka, który wszedł do studni zabezpieczony linami, wyłowił chłopca, zaparł się nogami o cembrowinę i czekał na przyjazd kolegów z państwowej jednostki ze sprzętem. Strażak otrzymał za ten czyn od prezydenta Dudy „Medal za Ofiarność i Odwagę”.
– Mój świętej pamięci dziadek był strażakiem, wujkowie też byli w straży, brat jest strażakiem i ja też służę – mówi Koszałka. – Lubię pomagać ludziom i nie dla zarobku to robię, bo w OSP pieniądze są symboliczne. Kiedy widzę chłopaka, którego uratowałem, jak gra w piłkę czy biegnie ze sklepu z lodami, gęba sama mi się śmieje.

Strażaczki
Czteroosobowe zastępy strażackie wyjeżdżające na akcje ratunkowe składają się w ogromnej większości z mężczyzn, choć coraz więcej kobiet jest wśród ochotników z OSP. Testy sprawnościowe stanowią dla wielu przeszkodę w dostępie do państwowej służby. Np. w woj. lubuskim są dwie strażaczki, jedna z nich to Patrycja Krzyk, która ma 29 lat i pracuje w Świebodzinie.
– Kilka razy próbowałam dostać się do straży, ale dopiero kiedy poprawiłam bieganie i udało mi się pokonać kilometr w 3,28 sekund, udało się. Na początku chłopaki podchodzili do mnie trochę nieufnie, nie wiedzieli, czego mogą się po mnie spodziewać, ale teraz jesteśmy jak rodzina. Nawet składkowe obiady robimy. Ale jak przyjeżdżam na służbę w pełnym umundurowaniu, ludzie myślą, że jestem facetem. „Jaki piękny chłopiec”, wołają za mną czasem i dopiero jak zdejmę hełm, otwierają szeroko oczy. Mundur jest ciężki, trudno w nim chodzić z gracją – śmieje się Patrycja, która kieruje czasem wozem strażackim i podkreśla, że musi mieć wtedy oczy dookoła głowy, bo ludzie na dźwięk syreny wariują, w popłochu przyspieszają, stają w dziwnych miejscach albo dają kierunkowskaz w lewo, a skręcają w prawo.
Patrycja jest też ratowniczką medyczną i nurkiem. Praca w nieprzejrzystych wodach bywa nieprzyjemna i trudna, zdarza się, że strażak rozpoznaje topielca „na dotyk”, a czasem spotyka się z nim „twarzą w twarz”. Dlatego strażaczka cieszy się z rozwoju technologii. Na ostatnim szkoleniu ćwiczyła obsługę robota podwodnego, który może wydobyć ciężar do 100 kg.
– Technologa to tylko część naszej pracy, czasem potrzebne są umiejętności, których żaden robot nie posiada – uważa Patrycja. – Kiedyś mieliśmy wezwanie do próby samobójczej. Chłopak zabarykadował się na poddaszu, mówił, że ma nóż przy szyi i przebije się, jak ktoś będzie próbował wejść. Nawiązałam z nim kontakt, a koledzy w tym czasie znaleźli sposób, żeby dostać się na to poddasze. To największa radość w tej robocie: nieść pomoc innym. I tacy też ludzie garną się do straży.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















