Zmarły niedawno amerykański psychiatra Robert Jay Lifton badał ocalałych z Holokaustu oraz mieszkańców Hiroszimy. Próbował opisać stan psychiczny ludzi, którzy byli świadkami śmierci tysięcy swoich rodaków. Pokazał, że człowiek konfrontujący się z taką tragedią ulega swego rodzaju symbolicznej śmierci.
To, co Lifton nazwał „winą wobec śmierci” (death guilt), prowadzi do reakcji przypominającej odrętwienie. Patrząc na śmierć bliskich, ludzie doznają swoistego zamrożenia emocjonalnego, które pozwala odsunąć od siebie poczucie winy z powodu własnej bierności. Winę zaś wywołuje sam fakt przeżycia wtedy, gdy inni zginęli.
By zdjąć z siebie poczucie winy, należy zerwać więź emocjonalną z ofiarą, co czasem – zdaniem Liftona – prowadzi wręcz do identyfikacji ze sprawcą. Jest to sposób adaptowania się do sytuacji krańcowej, konfrontacji ze śmiercią.
Bycie świadkiem śmierci
Młoda Europa, bohaterka dramatu Mouawada, cieszy się widokiem płonących domów i egzekucji całych rodzin zamordowanych przez jej bliskich. Wydaje się egzemplifikacją tego, o czym pisze Lifton. Nie jest bezpośrednią sprawczynią, lecz to, czego dowiedziała się o sobie, będzie kształtować losy jej potomków. To typowe dla osób doświadczających traumy.
Psychologiczne badania traumy świadków rzuciły światło na podobne zdarzenia i ich rodzinne konsekwencje. Próbowano wyjaśnić, jakie są następstwa bycia świadkiem przemocy domowej, śmierci na polu bitwy czy czystek etnicznych. Duże badanie mieszkańców Filadelfii wskazywało na pogorszony stan zdrowia potomków osób, które były świadkami przemocy domowej – choć, co ciekawe, sami świadkowie nie skarżyli się na podobne objawy.
Z drugiej strony, badacze żołnierzy powracających z wojny w Wietnamie zauważyli, że już samo bycie świadkiem śmierci wywoływało zespół stresu pourazowego, choć jednocześnie tego rodzaju stres pojawiał się jeszcze częściej wśród osób, które same zabiły bądź choćby jedynie podejrzewały, że zabiły przeciwników na polu walki.
Straumatyzowani świadkowie-rodzice mogą przekazywać swoją traumę kolejnym pokoleniom. Badania epigenetyczne sugerują, że traumatyczne doświadczenia rodziców mogą modyfikować ekspresję genów u ich potomków. To jednak obserwowano głównie u ofiar doświadczających traumy (np. wśród silnie niedożywionych matek, ofiar głodu w Holandii w 1944 r. – co wpływało na zmiany genetyczne i w efekcie poronienia u ich córek).
Czy dziedziczymy stres
Z drugiej strony, przed dekadą grupa szwajcarskich i rwandyjskich badaczek zauważyła, że za międzypokoleniowy przekaz zespołu stresu pourazowego w rodzinach świadków zbrodni dokonanych na Tutsich może odpowiadać specyficzna zmiana ekspresji genów u matek, które w okresie ciąży były świadkiniami zbrodni.
W efekcie kolejne pokolenia stają się również wyczulone na stres, żyją w ciągłym niepokoju. Dzieje się to nie w rodzinach ofiar, lecz właśnie wśród świadków zbrodni. Możliwe więc, że widok śmierci i sytuacja winy wobec śmierci innych mogą doprowadzić do fizjologicznych zmian u potomstwa.
Trauma świadka może też być przekazywana w relacji matki z dziećmi innymi drogami niż te stricte genetyczne. Specyficzna nadwrażliwość, niepokój, zaabsorbowanie obrazami zbrodni – co jest typowe dla klinicznego obrazu zespołu stresu pourazowego – w oczywisty sposób wpływają na relacje osób straumatyzowanych z potomstwem.
Słynna terapeutka i badaczka traumy, Yael Danieli, zwraca uwagę na przemilczenia jako ważny mechanizm przekazu traumy. Straumatyzowani rodzice przekazują kolejnym pokoleniom niepokój i nadwrażliwość, ale nie potrafią wypowiedzieć tego, czego doświadczyli.
Podobnie może być ze świadkami zbrodni. Doświadczenie bierności może prowadzić do potrzeby przemilczania, a jednocześnie do dehumanizowania ofiar. Kolejne pokolenia uczą się obwiniać ofiary, choć mogą nadal nie widzieć, czego doświadczyli ich rodzice.
Trauma świadków: esencja naszego doświadczenia
„Przysięga Europy” swoją premierę miała w starożytnym teatrze w greckim Epidauros. Mouawad zawarł w niej nawiązania do fundacyjnych dla kultury europejskiej mitów, porwania Europy czy dzieciobójstwa Medei. Zdaje się przekonywać nas, że trauma świadków to esencja europejskiego doświadczenia. Trauma wszystkich tych, którzy – chcąc nie chcąc – przyłożyli rękę do kolonialnych zbrodni, biernie obserwując i eksploatując globalne Południe.
Przedstawienie to w Warszawie nabiera zupełnie innej wymowy. Europa ze sztuki Mouawada mogła być jedną z licznych dziewczynek patrzących na płonące getto warszawskie z karuzeli na Placu Krasińskich, przywołanej przez Miłosza w „Campo di Fiori”. Mogła być jedną z dwudziestu par dziecięcych oczu, które przyglądają się egzekucji Żydów z Wrześni, upamiętnionych na obrazku nadesłanym po wojnie na konkurs Ministerstwa Oświaty przez jedno z tych dzieci.
Czy przypadkiem powojenny antysemityzm nie był właśnie uogólnioną „winą świadka”? Taką właśnie tezę postawił swego czasu w książce „Pamięć nieprzyswojona” Michael Steinlauf, powołując się zresztą na wspomniane tu już psychiatryczne badania Liftona. Świadkowie, którzy czuli się winni swej bierności, mieli skierować swoją nienawiść ku ofiarom, w ten sposób subiektywnie zmniejszając swoją odpowiedzialność. Skoro oni są „sami sobie winni”, to my pozostajemy nieskazitelni.
Podobny mechanizm zauważyli też psychologowie eksperymentalni z Niemiec, Roland Imhoff i Rainer Banse. Dostrzegli oni, że Niemcy zaczynają wykazywać niechęć do Żydów, gdy tylko uświadomi się im skalę żydowskiej traumy spowodowanej przez zbrodnie niemieckiego narodowego socjalizmu. Gdy przypominano o międzypokoleniowym transferze odpowiedzialności u Niemców, wzrastała gotowość do obwiniania ofiar, a nawet ich potomków. Działo się to w sposób zupełnie nieświadomy.
Jeszcze bardziej pesymistyczną perspektywę odpowiedzialności świadków sugeruje w „Prześnionej rewolucji” Andrzej Leder. Twierdzi on, że mieliśmy tu do czynienia nie tyle ze świadkami, co z beneficjentami zbrodni. To zaś mimowolnie było źródłem przyjemności. Oglądana przez świadka zbrodnia miała w nim budzić „aktywną rozkosz, o której nie można już było zapomnieć i która, mimo poczucia winy, głęboko zmieniała doświadczenie samego siebie”, jak pisze Leder.
Leczenie traumy to jej opowiedzenie
Wina Europy ze sztuki Mouawada jest potęgowana przez fakt, że jej brat odważył się zaprotestować. Stąd próba wymazania go z pamięci, choć makabryczne wspomnienia powracają po latach. Podobnie jak próby uciszania osób ratujących Żydów bezpośrednio po zakończeniu II wojny światowej, przemilczanie podobnych historii w Serbii czy w Turcji.
Sprawiedliwi powrócą dopiero po latach, tym razem jako zbiorowe alibi. Ale w gruncie rzeczy jednak też jako wyzwanie moralne i uświadomienie kolejnym pokoleniom, że nawet w ekstremalnej sytuacji każdy człowiek miał wybór.
Leczenie traumy to prawie zawsze jej opowiedzenie. Opowiedzenie jej tym, którzy chcą słuchać. Andreas Maercker zwraca uwagę na społeczne uznanie. To nie tylko terapeuta, ale też rodzina, społeczność i państwo są warunkiem powrotu do zdrowia po traumie. Czy jednak rodziny gotowe są słuchać? Czy potomni nie są zbyt zaangażowani w obwinianie ofiar – wypełniając testament straumatyzowanych świadków? Na te pytania poszukują dziś odpowiedzi psychiatrzy i psychologowie.
Wediaa ze sztuki Mouawada krzyczy: „Potrzebujemy, żeby się coś otworzyło. Żeby wpuścić powietrze! Żeby się dało oddychać! Coś! Coś, co mówi prawdę!”. Czy jednak jest na nią gotowa? Czy my jesteśmy? Czy Warlikowski będzie umiał nas do tego skłonić?
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















