Słuchaliście pasjami Siekiery, Variété, 1984 albo One Million Bulgarians? Jeśli nie, to nic nie szkodzi. Książka „Fala. Rok 1984 i polski postpunk” Rafała Księżyka nie jest tylko opowieścią dla nostalgicznych fanów. Po ponad czterdziestu latach muzyczne doświadczenia z roku Orwellowskiego znów zaczynają w nas rezonować.
Żaden z zespołów, o których tu mowa, nie zdobył masowej popularności, choć każdy zasłużył na niezdewaluowany przymiotnik „kultowy”. Ich kult trwał zaledwie kilka lat – głównie tych, o których opowiada książka – mniej więcej od 1983 do 1988 roku.
Jako muzyczna fala „polski postpunk” podniósł się gwałtownie w roku 1984, by potem opaść i rozlawszy się szeroką ławą, wsiąknąć pozornie bez śladu w piach. Większość zespołów się rozpadła, pozostawiając po sobie nawet nie płyty, ale unikatowe nagrania o niejasnym statusie. Niektórzy muzycy działali dalej, ale nawet jeśli ich twórczość była dostrzegana i dobrze oceniana, to takiego wpływu, jaki mieli w latach 80., już nigdy nie zdobyli.
Misie puszyste
Jarocin roku 1984 to dla Rafała Księżyka punkt orientacyjny. Festiwal roku Orwellowskiego jest do dziś uważany za edycję przełomową, zdominowaną przez nową, oryginalną i autentyczną muzykę. To właśnie wtedy zaistniały poza bardzo lokalnymi scenami dwie grupy, wyznaczające jakby dwa bieguny „Fali”, nie ukrywam – dla mnie także z grona bohaterów tej książki najważniejsze – Siekiera i Variété.
Punkowa wersja tej pierwszej w 1984 r. raczej mnie odstraszała, choć słuchałem potem tych nagrań często i wysoko je cenię. Najważniejsze było dla mnie Variété i druga edycja projektu artystycznego Tomasza Adamskiego, czyli Siekiera nowofalowa, minimalistyczna – ta z legendarnej czerwonej płyty.
Pamiętam, że gdy po raz pierwszy usłyszałem „Misiów puszystych”, nie mogłem po prostu uwierzyć, że ktoś gra tak i właśnie to. Naprawdę przechodziły zimne ciary po karku, gdy słuchałem tego bezwzględnie trafionego „bumtarara bumtarara”, w którym zaklęta została cała groza ukrywająca się pod pozornie trywialną i zwyczajną codziennością. Często opowiada się, że była to groza związana z systemem, w jakim żyliśmy, że to komunizm, stan wojenny itd. To bzdury. Grozą i rozpaczą nie napawał nas żaden komunizm – wtedy już starczy i bezzębny. Grozą napawał nas świat.
W roku 1984 kończyłem 18 lat. Pamiętam, że książkę Orwella przeczytałem w jedną noc, bo tylko na jedną noc pożyczył mi podziemną, miniaturową edycję kolega, który jakimś cudem dotarł do tego samizdatu w naszym pozostającym poza wszelkimi obiegami mieście. Nie ma to zresztą większego znaczenia – „1984” to książka, której wcale nie trzeba czytać, żeby wiedzieć, co z niej wynika.
Budowane na fikcji
Wtedy miałem świadomość niejasnej, ale niepokojącej koincydencji – że oto stanę się pełnoletni w roku Orwellowskim. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że nie okazała się ona znacząca. Jak wielu usiłujących opisać przyszłość, Orwell się pomylił. Totalitarny system nie osiągnął takiej klarownej pełni, jaką wieszczył brytyjski pisarz, a w roku 1984 był w stanie głębokiego wewnętrznego rozpadu. Jego agonia trwała niestety długo i niestety przypadła na naszą młodość.
Przeżywaliśmy ją w kraju, który zatrzymał się w stanie przejściowym, ale w nic nieprzechodzącym. Jakby wpuszczono nas do przedpokoju i zostawiono, zamknąwszy wszystkie drzwi. Teoretycznie wszystko toczyło się normalnie: chodziliśmy do szkół, mieliśmy przyjaciół, pierwsze wielkie miłości i te wszystkie doświadczenia, które smakują szczególnie, bo są pierwsze, więc po latach wspomina się je z rozrzewnieniem i nieuchronnie idealizuje. Mieliśmy nawet jakieś plany na przyszłość.
Ale podświadomie wiedzieliśmy, że to wszystko jest budowane na fikcji – na scenariuszu przyjętym jako obowiązujący, ale niezwiązanym z jakąś niepowtarzalną, nieodwołalną realnością. Działaliśmy według niego, bo nie bardzo potrafiliśmy wymyślić własny, ale jednocześnie wiedzieliśmy, że to nie prowadzi do niczego, co miałoby jakieś realne znaczenie.
No future
W tej nierzeczywistości realnością mocną i bezpośrednią była sztuka. Oczywiście literatura, którą pochłanialiśmy nałogowo i w szalonym tempie, bez planu i jakiegokolwiek prowadzenia. Ale bliżej realności była jednak muzyka, która wchodziła w ciało i głos, uruchamiała je i sprawiała, że to, co ze sobą niosła, stawało się nasze, nawet wtedy, gdy nie było ku temu żadnych racjonalnych czy socjologicznie wytłumaczalnych powodów.
Czytając książkę Rafała Księżyka, zastanawiałem się cały czas, na czym właściwie długofalowy wpływ tamtego doświadczenia polegał. Muzyka była jego rdzeniem, owszem. Ale doświadczenie było całościowe – dotyczyło wszystkiego i wszystko przenikało, osadzając się trwale na sposobie postrzegania rzeczywistości.
Bohaterowie „Fali” tylko czasem coś na ten temat mówią wprost (jak Sławomir Adamski, który określa działalność brata w Siekierze jako „krzyk przeciwko wulgarności serca”). Sam Księżyk także dotyka go jedynie okazjonalnie i raczej sugeruje, niż udziela odpowiedzi. Rozumiem go, bo przecież pisze pasjonującą historię wyjątkowych ludzi, a nie analizę tego, co z ich działania wynika dla nas w dłuższej perspektywie.
Ja jednak spróbuję: rzeczą podstawową, która się wtedy we mnie osadziła, było przekonanie, że świat, jaki istnieje, jest nie do życia, jest wrogi i obcy, przesiąknięty śmiercią, do której nieuchronnie prowadzi. Choć odruchowo się przeciwko niemu buntujemy, to na sposób jego funkcjonowania i kształt nie mamy wpływu. Żadnej prawdziwej rewolucji nie będzie, a wszelkie marzenia o lepszym świecie w przyszłości to mrzonki. „No future” – jedyne, co możemy, to tworzyć dla siebie enklawy i ruchome święta, sfery wolności, polegającej na doświadczaniu życia, które w odróżnieniu od tego, co powszechnie dostępne, podsuwane i propagowane – wydaje się prawdziwe.
Energia i gniew
Choć zaledwie pięć lat po roku Orwellowskim świat stanął otworem, stał się przymilny i podsuwał całą sferę możliwości, o jakich wchodząc w pełnoletniość nie miałem pojęcia, to tamto nastawienie nie uległo zmianie. Ba, w niektórych swoich aspektach nawet się wzmocniło – na przykład w poczuciu nierealności tego, co jako rzeczywistość nam się na wiele, coraz więcej sposobów, przedstawia. Świat z pewnością stał się bardziej malowniczy, czy raczej instagramowy.
Czterdzieści jeden lat po Jarocinie, który był dla mnie doświadczeniem formacyjnym, mam wrażenie powrotu fali, która wtedy osadziła we mnie i – jak sądzę – nie tylko we mnie, to przekonanie o wrogości i obcości świata, jaki się nam stworzył. Codziennie docierają do nas kolejne wiadomości rozwalające w proch i pył tak długo żywioną nadzieję na osłabienie mechanizmów brutalnej i wulgarnej w swojej bezsensowności walki o władzę i zyski.
Świadomość, że nasze życie – najdosłowniej i na najbardziej podstawowym poziomie – nie zależy od nas, staje się powszechna. Resztki poczucia, że możemy mieć jakiś wpływ na procesy i zjawiska żywotnie nas dotyczące, ulatują z każdymi kolejnymi wyborami, które nie prowadzą do zmian podstawowych mechanizmów i zasad działania nawet, jeśli dochodzi do zamiany miejsc zajmowanych przez zespoły aktorów politycznych. Niemoc rodzi frustrację i gniew, przekładające się jednak nie na bunt, lecz na poczucie beznadziejności. Szukamy kanałów umożliwiających twórcze spożytkowanie naszych energii, bo w istniejącej codzienności nie jest do niczego potrzebna.
Na skraju
Oczywiście, dziś o wiele powszechniejsza jest postawa ironiczna, która była obecna i popularna także w nowofalowej muzyce lat 80., przyczyniając się do komercyjnego sukcesu wielu zespołów (choćby T. Love). Przez wiele lat był i chyba wciąż jest na cenzurowanym patos o odcieniu masochistycznym, tworzący to, co Księżyk, pisząc o zespole Variété, nazywa „wspólnotą cierpienia”. Ale wydaje mi się, że powraca równocześnie coś bardzo ważnego, co natychmiast po tym sformułowaniu autor „Fali” zauważa – że muzyka stanowiąca podstawę owej wspólnoty zamieniała nasze masochistyczne rozmiłowanie w cierpieniu w trans. „A trans porywał w podróż, nawet jeśli miała to być podróż wewnętrzna”.
Mam wrażenie, że takiej podróży szuka coraz więcej osób. Znajduję wokół mnie coraz więcej sygnałów zmęczenia zdroworozsądkowym pragmatyzmem „postępu w granicach prawa”, tańcem rzekomej opozycji z wielbiącym przeszłość konserwatyzmem. Bohater naszych czasów, Donald Trump, dokonujący w swoim mniemaniu konserwatywnej rewolucji zdrowego rozsądku, kompromituje i zdrowy rozsądek, i konserwatyzm, który na dodatek – zwłaszcza w polskiej wersji – ośmiesza się co dnia, bijąc mu brawo i najwyraźniej nie słysząc, jak w ten sposób zaprzecza swoim podstawowym hasłom. Tego się już zwyczajnie nie da wytrzymać. A zarazem – nie wydaje się, by w zasięgu były sposoby, by tę sytuację zmienić.
Ton roku 1984 współbrzmi ze współczesnością: „Idziemy na skraj. A niebo jest tuż”.

Rafał Księżyk „Fala. Rok 1984 i polski postpunk”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2025
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















