Świetnie kojarzymy tę fotografię Joe Rosenthala: sześciu żołnierzy stawia do pionu Gwiaździsty Sztandar na szczycie wzgórza Suribachi, górującego nad wyspą Iwo Jima. Wydarzenie miało miejsce 23 lutego 1945 r. i wieńczyło krwawe miesięczne zmagania wojsk federalnych i cesarskich o ten położony w połowie drogi między Japonią a Marianami skrawek lądu. Żołnierz stojący najbardziej po lewej stronie, który przed chwilą jeszcze podtrzymywał drzewce, to dwudziestodwuletni Ira Hamilton Hayes.
Podręczniki historii podają, że Hayes jako jeden z nielicznych spośród tych, którzy przeżyli batalię o Iwo Jimę, na wniosek prezydenta Harry’ego Trumana został zaraz po wojnie ogłoszony bohaterem wojennym. W ten sposób ojczyzna wyświadczyła mu tragiczną w skutkach przysługę.
Bohater schodzi z góry na dno
Ira Hayes należał do zamieszkującego Arizonę uto-azteckiego ludu Akimel O’odham, z hiszpańskiego zwanego Pima. Od dzieciństwa cichy i skromny, po ataku na Pearl Harbor postanowił zapomnieć o krzywdach wyrządzonych Pimom przez rząd USA, o zagarnięciu terenów obfitujących w wodę i o regularnym łamaniu traktatów, i poszedł walczyć. Tak podczas służby, jak i później, za bohaterów skłonny był raczej uważać poległych towarzyszy broni. Opinia publiczna jednak wiedziała swoje.
Najpierw był łańcuch niekończących się bankietów, także w Białym Domu, potem także lawina listów i wścibska uwaga bliższego i dalszego otoczenia, które pod płaszczykiem adoracji przemycało też zawistne szpile. Hayes, głęboko wierzący w sens prawdy, podejmował ogromny wysiłek, by wszyscy bohaterowie zdjęcia Rosenthala zostali prawidłowo zidentfikowani i uhonorowani. Bezskutecznie próbował też znaleźć stałą pracę, co okazało się właściwie niemożliwe. Gnębiony przez coraz większy stres z powodu niechcianej sławy, szybko znalazł drogę ucieczki od harmidru, zaczepek i sprzecznych bodźców w nalewanym mu obficie alkoholu.
Zmarł w styczniu 1955 r. w wieku trzydziestu siedmiu lat z powodu upojenia alkoholowego i hipotermii.
Wywiadowca z rodeo wchodzi na scenę
We wrześniu 1962 r. w Carnegie Hall Pete Seeger zorganizował kolejne „hootenanny”, zlot folkowych talentów, podczas którego młody Bob Dylan zaprezentował własną kompozycję do słów Petera La Farge’a „As Long as the Grass Shall Grow”, opowiadających o zalaniu przyznanych Indianom Seneca terenów na granicy stanów Pensylwania i Nowy Jork. Wkrótce autor tekstu sam znalazł się w studiu wytwórni Folkways, gdzie nagrał pierwszą ze swych pięciu płyt poświęconych sprawom rdzennych Amerykanów, zawierającą także utwór zaśpiewany przez Dylana, tyle że już z własną muzyką.
La Farge był synem znanego antropologa Olivera, po którym odziedziczył tak głębokie zainteresowanie kulturą i losem Indian, że sam zaczął utrzymywać, jakoby był potomkiem algonkińskiego ludu Narrangasett. Uprawiał wyczynowo rodeo, w czasie wojny koreańskiej służył w wywiadzie marynarki wojennej jako radiotelegrafista. Jednak największe powołanie czuł do sceny. I właśnie na niej jeszcze w maju 1962 r. w nowojorskim Greenwich Village usłyszał go Johnny Cash. W trakcie występu La Farge wykonał między innymi „The Ballad of Ira Hayes”, dokumentującą zjazd na dno kombatanta-bohatera z plemienia Pima.
W sklepach z muzyką folkową była też już od miesięcy dostępna płyta La Farge’a „»Ira Hayes« and Other Ballads”. Jednak mimo że ukazała się pod szyldem wielkiej Columbii, rozchodziła się jedynie w niszowym środowisku folkowym.
Na niewiele więcej mogła liczyć Amerykanka włoskiego pochodzenia Buffy Sainte-Marie, również – wbrew metryce – podająca się za przedstawicielkę ludu Kri z Kanady i śpiewająca po nowojorskich klubach folkowych balladę „Now that the Buffalo’s Gone” o wytrzebieniu bizonów. Ostatecznie piosenka trafiła w 1964 r. na jej debiutancki album „It’s My Way!”.
To właśnie jednak „The Ballad of Ira Hayes” La Farge’a przypomniała Cashowi, że od zawsze pragnął nagrać własny album poświęcony w całości upokarzającej, sponsorowanej przez rząd federalny niedoli rdzennych Amerykanów. Niedoli, której wcale nie niwelowało nastawienie społeczne. Ruch w obronie praw obywatelskich nabrał w tym czasie ogromnego impetu i lada chwila mógł doprowadzić do rozstrzygnięć na korzyść czarnej społeczności. Zdaniem wielu adwokatów kwestii afroamerykańskiej, Indianie stali znacznie niżej w hierarchii społecznej i nie zasługiwali na zaangażowanie.

Johnny wchodzi do studia
Wielki Johnny Cash również utrzymywał przez pewien czas, że jest potomkiem Czirokezów i Mohawków. Da się to wytłumaczyć wpływem dzieciństwa – rodzina Cashów mieszkała w bardzo ubogim regionie Arkansas, zamieszkanym także przez Indian. Wspólnota biedy scementowała więzi, a mały J.R., jak wpisano Johnny’emu w metryce urodzenia, czuł z Indianami szczególne pokrewieństwo.
Długo jednak nie dawał mu głosu, choć od 1956 r. był już wielką gwiazdą sceny rockabilly i country. Jego sławę ugruntowały takie przeboje jak „Folsom Prison Blues” czy „I Walk the Line”. W 1959 r. nagrał piosenkę „Old Apache Squaw” – i tyle. Dopiero za sprawą La Farge’a uznał, że czas zamanifestować solidarność z ludźmi, obok których się wychował, a którym Nowy Ład nie pomógł w czasie kryzysu – inaczej niż białym farmerom, w tym jego rodzicom.
Zaczął pilnie studiować temat. Spotkał się między innymi z matką Hayesa, która ofiarowała mu talizman – czarną „łzę” wulkaniczną upamiętniającą Indian, którzy padli w boju z białymi i nie mogli zostać pochowani zgodnie z obyczajem. Cash nosił ją na złotym łańcuszku.
Rok wcześniej sam podpisał kontrakt z Columbią, otrzymując ogromną swobodę z racji swej ugruntowanej pozycji gwiazdy. Dlatego wchodząc wczesną wiosną 1964 r. do studia, nie przypuszczał, że sam będzie musiał walczyć z nietolerancją i cenzurą. A mógł – w końcu trzy dni wcześniej Marlon Brando został aresztowany za udział w proteście indiańskim w stanie Waszyngton.
Na pierwszy ogień poszła „The Ballad of Ira Hayes” z dokładną historią nieszczęsnego weterana i refrenem: „Krzyczcie: pijak Ira Hayes / on wam nie odrzeknie nic / on, Indianin z flaszką whisky / żołnierz, co za kraj się bił”. Nagrana w marcu, ukazała się na singlu na początku czerwca 1964 r. – i nic.
Były to czasy zaraz po zabójstwie prezydenta Johna F. Kennedy’ego. Do wyborów stanął między innymi konserwatywny senator z Arizony Barry Goldwater, którego antywolnościowe przekonania wchodziły bez popitki znacznej części Amerykanów. Nie umknęło to uwadze szefów Columbii i wielu rozgłośni. Wytwórnia przyjęła politykę „miękkiej cenzury”, polegającą na kompletnym braku promocji – z obawy, że na wywrotowej twórczości gwiazdora straci pieniądze. Również fani Casha z Południa mieli mu za złe, że angażuje się w sprawy, o których należało milczeć, skoro dotyczyły byle Indian.
Johnny idzie na wojnę
Podobny do singla los spotkał wydany 26 października 1964 r. album „Bitter Tears: Ballads of the American Indian”. Otwiera go kolejny song La Farge’a, autora większości zamieszczonych tu kompozycji, wspomniane „As Long as the Grass Shall Grow”, opowiadające o złamaniu przez władze federalne traktatu z Senekami. Takich traktatów prezydent Jerzy Waszyngton podpisał około czterystu – i niemal żadnego nie dotrzymał. I tu leży zasadnicza różnica między walką Afroamerykanów a walką Indian. Ci drudzy dopominali się respektowania tego, do czego biali się już wcześniej zobowiązali na piśmie. Dlatego również tak trudno było im dojść do głosu – bo przecież „sprawa dawno została załatwiona”.
Kolejna rzecz – czarni Amerykanie domagali się integracji, zrównania statusu, pełnego uczestnictwa w życiu kraju na podobieństwo białych. Rdzenni mieszkańcy kontynentu oczekiwali, że pozwoli im się żyć na własnych prawach na skrawku tej ziemi, którą niegdyś władali niepodzielnie.
Głębia utworów nagranych na „Bitter Tears” dowodziła, że Johnny Cash, choć był czynny w relatywnie konserwatywnym środowisku muzyki country, to serce miał folkowe. Czuł, że dopóki istnieją w Ameryce ludzie cierpiący niesprawiedliwość, nie sposób nazwać Ameryki krajem wolności.
Medialna cisza wokół singla, a później albumu, rozjuszyła go tym bardziej. Jeszcze latem wykupił list-ogłoszenie w piśmie „Billboard” – w którym argumentował, że „Ira Hayes” i inne piosenki o niedoli Indian to lekarstwo, którego Ameryka pilnie potrzebuje – a także sporą część nakładu „Iry Hayesa”. Następnie spakował płyty z tekstem ogłoszenia i jeździł od rozgłośni do rozgłośni z osobistą prośbą, by nie ulegali naciskom i grali piosenkę. „Prezenterzy, szefowie, właściciele – gdzie podzialiście jaja?” – pytał w liście. A tymczasem jemu samemu zasugerowano, by opuścił szeregi stowarzyszenia muzyków country, ponieważ jest „zbyt inteligentny dla tych prostych ludzi”. W kuluarach szeptano, że „Bitter Tears” to muzyka antyamerykańska.
I chociaż akcja partyzancka, którą przeprowadził Cash, zamknęła mu drzwi do większej liczby rozgłośni, niż zdołała mu otworzyć, tak czy owak zrobiła swoje – „The Ballad of Ira Hayes” wybiła się na trzecie miejsce listy przebojów country, a album powędrował na drugie miejsce bestsellerów country.
Joe idzie po śladach Johnny’ego
„Wciąż jestem dumny z tej płyty” – wspominał Cash przed śmiercią, dodając, że nadal nie widzi powodów, by Ameryka miała karmić się samozadowoleniem, skoro biedni są wciąż biedni, a zabrana ziemia do wielu okradzionych nie powróciła.
Z tego samego założenia wyszedł w 2014 r. wybitny country-folkowiec Joe Henry – i skrzyknął plejadę artystów, by nagrali jeszcze raz po swojemu album Casha sprzed pół wieku. Udział na płycie „Look Again to the Wind: Johnny Cash’s Bitter Tears Revisited” wzięli między innymi Emmylou Harris i Kris Kristofferson. Przedsięwzięciu przyświecała idea bardzo prosta: pewne ruchy nigdy nie zamierają, bo ciężka praca nie została dokończona. Niegdyś suwerenni rdzenni Amerykanie nadal są w Ameryce niewidzialni.
– Płyta Johnny’ego Casha wciąż niesie istotne przesłanie – mówi mi Joe Henry w rozmowie przez Atlantyk. – Zarówno historyczne, jako świadectwo jego niezgody na haniebną niedolę pierwszych mieszkańców tego kraju, jak i współczesne, jako przestroga przed marginalizowaniem znaczącego segmentu naszego społeczeństwa. Prawa obywatelskie i szerzej prawa człowieka wymagają nieustannej i radykalnej czujności.
Bo dla Indian z pewnością nie uczyniono wszystkiego, na co stać jedno z najbogatszych państw świata – ich głos w debacie publicznej nadal się właściwie nie liczy. Zdają sobie z tego sprawę muzycy, zresztą nie tylko folkowi. Jak mówi Jarek Szubrycht, pracujący obecnie nad opartą na badaniach terenowych książką o rozbudzeniu świadomości kulturowej wśród indiańskich heavymetalowców, do tematu niesprawiedliwości wobec pierwotnych ludów Ameryki odnoszą się w swej twórczości prawie wszyscy, nawet jeśli nie bezpośrednio: – W rezerwatach (i poza nimi) jest bardzo aktywna scena metalowa, o której nikt nie wie. Czemu oni grają właśnie metal? O czym oni ten metal grają? To opowieści o rdzennej kulturze, o historii, grabieży, strategiach przetrwania.
– Nie sposób poważnie przyjąć na wiarę, że sprawa została załatwiona w latach 60. – kontynuuje Joe Henry. – I dlatego płyta Casha krzyczy i dzisiaj o tym, co stanowi powinność artystów. Powinni reagować w czasie rzeczywistym. Tak jak Marvin Gaye z płytą „What’s Going On”, Gil Scott-Heron z płytą „Pieces of a Man”, Nina Simone, John Coltrane, Woody Guthrie, Pete Seeger… I właśnie Johnny Cash.
Podobnym krzykiem tylko pozornie historycznym była u nas inicjatywa muzyczna „R.U.T.A.”. Z uwagi jednak na mocno niszowy rodowód zaangażowanych w nią artystów – ze świata polskiej muzyki korzeni oraz radykalnego punk rocka – nigdy nie stała się tym, czym powinna: zwierciadłem przystawionym nam wszystkim. Było o niej przez chwilę głośno, ale szybko przykryły ją kolejne, mniej ważne pomysły. Z całym, niekłamanym szacunkiem dla Macieja Szajkowskiego, Pawła Gumoli czy Niasty Niakrasawej, ich status był w Polsce zawsze poza mainstreamem, a rebelia i przekora należały do ich DNA.
Tymczasem Johnny Cash był jednym z ówczesnych celebrytów. Trzeba przyznać, że rzucenie sławy i prestiżu na jedną szalę, a na drugą wiarygodności w słusznej sprawie wymagało odwagi. Może wcale nie dużo mniejszej niż wzniesienie flagi na Iwo Jimie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















