Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Kotlet z renifera

Kotlet z renifera

07.07.2014
Czyta się kilka minut
Byłam w Lillehammer. Szczęśliwą dla Adama Małysza skocznię widziałam z daleka, ale przeżyłam transgresję.
W

Właściwe miejsce na takie przeżycie, ponieważ odbyło się w ramach międzynarodowego projektu pod takim tytułem. Ale z czego na co ja się, że tak powiem, transgresowałam? Z siebie na siebie, z literatury na konsekwencje. Rzecz dotyczyła reniferów.
Podczas wieczoru festiwalowego norwescy autorzy czytali teksty umieszczone w surowej scenerii północy, gdzieś na terytoriach Saamów, wśród lodu, śniegu, zimna lub bujnej przyrody. Bohaterami tych narracji były także zwierzęta, zwłaszcza stada reniferów, piękne, majestatyczne, w pewien sposób pierwotne, pasujące do nieogarnialnych przestrzeni. Ekipa polska czytała o miejskim życiu miejskich bohaterów, ekipa norweska o tajemniczych miejscach, otwartych na zaklętą w pędzie zwierząt pierwotność. Zrobiło się refleksyjnie, melancholijnie, romantycznie. Chciałoby się kontynuować podróż przez ten piękny kraj, w którym nie mamy najlepszej opinii, ponieważ pochodzący z Polski robotnicy słabo się orientują w standardach równości płci, przestrzeganych w kraju noblistki Sigrid Undset, i przekraczają ciągle niewidzialne dla siebie linie stosownego zachowania. A Polaków, w przewadze mężczyzn, pracuje tam sporo, o czym można się przekonać już w samolocie, wypełnionym rodakami i wydzielanym przez nich testosteronem.
Po czytaniu była kolacja. Siedziałam blisko wejścia do kuchni, niejako na linii kelnerskich strzałów. W krótkiej karcie królowały dzikie gatunki. Może poza łososiem, najpewniej hodowlanym. Nie wiem, skąd pochodziły renifery.
To znaczy wiem. Z bajkowych krain, ze sklepów z pluszakami, ze świątecznej poczty z prezentami. I z tych opowiadań, których wysłuchaliśmy, pełnych skrzącej się sierści, majestatycznych ruchów i harmonii. Więc może stamtąd, a może z Laponii? Albo z hodowli, bo przecież człowiek potrafi hodować zwierzęta. Przepędza stada, zakłada zagrody, stawia budynki gospodarcze. Bada i kalkuluje pożytki płynące ze swoich działań. Tyle a tyle białka, tyle a tyle witamin, tyle a tyle aminokwasów.
Nie wiem, jak się zabija renifera na steki. Dalsza obróbka musi być podobna do tej stosowanej w każdej rzeźni-masarni. Ćwiartowanie, mielenie, paczkowanie, przyprawianie, nadawanie odległego od skojarzeń z kimś żywym kształtu. Lata temu jadłam kabanosy z renifera jako ciekawostkę skandynawską. Ale jak się zabija? W otwartej przestrzeni, człowiek naprzeciw zwierzęcia, tylko strzelba między nimi? Jak sarnę? A może jednak przepędza się go do jakiegoś budynku z profesjonalnie przygotowaną taśmą produkcyjną, sterylną i gwarantującą bezpieczeństwo konsumentom? Choć dla nich to raczej taśma destrukcyjna i prawdopodobnie nie doceniają jej wydolności.
Przynajmniej mają te swoje przestrzenie. Mięso lubi być „wyganiane”, dlatego w Polsce można jeszcze spotkać w polu stado krów rzeźnych. Mleczne stoją w oborach-fabrykach, mleku jest wszystko jedno, czy jego producentka stoi bez ruchu, czy wącha naturalne łąki. W praktyce, bo w reklamie widzimy najpierw ukwieconą łąkę, a potem karton mleka, co pozwala nam wierzyć w istnienie naturalnego i zarazem estetycznego łańcucha pokarmowego.
Siedziałam w tym przejściu do kuchni i obserwowałam kelnerów balansujących zgrabnie talerzami. Raz stek, dwa razy stek, pięć razy stek. Kruche, zdrowe mięso, choć z drugiej strony czerwone, więc nie każdy jada, jeśli boi się skoków cholesterolu. Dekadę temu zamówiłabym pewnie ten przysmak i nie wpadłabym w dziwny nastrój, który mnie ogarniał w wiosenny, długi wieczór, pachnący smażeniną i zakwitającymi bzami.
Coś bardzo się zmieniło w mojej wrażliwości. Nie chodzi o wegetarianizm, lecz odległość między literackim uhonorowaniem piękna a smakiem świata. O szokującą różnicę pomiędzy zachwytem a konsumpcją. O przepaść między ideami a pragmatycznym podejściem.
Nie zjadłabym renifera, nie dałabym rady strawić takiej uczty zaraz po czytaniu o transgresjach. Nasze obyczaje kulinarne są dziwne. Równie pokręcone jak cała reszta kultury, w dodatku na pozór naturalne. Sondowanie tej „naturalności” zatrzymało mnie w przejściu między kartą dań a talerzem; między tekstem a konsumpcją.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]