Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Kino zaduszne

Kino zaduszne

12.01.2015
Czyta się kilka minut
Uważał się za reżysera „niedzielnego”, zaś swą metodę pracy przy filmie określał jako „samoreżyserię”.

– A dlaczego my, Tadziu, tak łazimy po tym lesie?
– Gucieńku, bo nie było nas – był las, nie będzie nas – będzie las.

Zacytowana tu rozmowa Tadeusza Konwickiego z Gustawem Holoubkiem pochodzi z filmu dokumentalnego „Słońce i cień” (2007) w reżyserii Jana Holoubka. Wielki aktor, grający w „Salcie”, „Jak daleko stąd, jak blisko” i „Lawie”, zmarł zaledwie rok później. Ten spacer po lesie dwóch pięknych starców ogląda się dziś jak jedno z najważniejszych pożegnań w polskim kinie.
Konwickiego życie filmowe miało wiele różnych wcieleń: był reżyserem sześciu tytułów fabularnych, scenarzystą kilkunastu (w tym tak znamienitych jak „Zimowy zmierzch”, „Matka Joanna od Aniołów”, „Faraon”, „Jowita” czy „Austeria”), autorem książek zekranizowanych przez innych twórców („Kronika wypadków miłosnych” Andrzeja Wajdy, „Mała apokalipsa” Costy-Gavrasa), wreszcie kierownikiem literackim zespołów filmowych. Tę ostatnią pracę nazywał skromnie urzędniczą, ale to właśnie w zespole „Kadr” wykuwała się za jego czasów Polska Szkoła Filmowa. A sukces swój zawdzięczała w dużej mierze ścisłemu sprzężeniu kina z rodzimą literaturą. Dzisiejsza kinematografia polska daremnie próbuje przywrócić ten płodny związek.
Radiesteta
Uważał się za reżysera „niedzielnego”, zaś swą metodę pracy przy filmie najchętniej określał jako „samoreżyserię”. Nie mając profesjonalnego przygotowania, z niewielką pomocą przyjaciół w 1958 r. na plaży koło Łeby nakręcił „Ostatni dzień lata”, który zgarnął nagrody na festiwalach w Wenecji, Brukseli i Londynie. Scenariusz dla dwojga aktorów, minimalistyczna forma, nonszalancki stosunek do reguł filmowego opowiadania – oto jak polskiemu debiutantowi udało się wyprzedzić francuską Nową Falę. W polskim kinie prawie nikt tak dotychczas nie opowiadał o naznaczeniu przez wojnę. Temat ten powrócił jeszcze w „Zaduszkach” (1961), „Salcie” (1965) i „Jak daleko stąd, jak blisko” (1971), zarówno w wymiarze bardzo intymnym, jak i pokoleniowym.
„Samoreżyseria” oznaczała także znalezienie osobnego języka. Konwicki nazywał go „dramaturgią intelektualno-emocjonalną”, w której reżyser niczym radiesteta namierza swoją żyłę wodną, a potem jak czujny, choć niezauważalny dyrygent orkiestruje wokół tego znaleziska pracę ekipy. W taki właśnie na wpół intuicyjny sposób powstawało „Jak daleko stąd, jak blisko”, a potem „Lawa” (1989), czyli posługujące się wizualnym skrótem filmowe eseje – gatunek trudny i ryzykowny, w rodzimym kinie po dziś dzień rzadko uprawiany. W książce „Pamiętam, że było gorąco” rozmawiający z Konwickim dziennikarze, Katarzyna Bielas i Jacek Szczerba, trafnie zauważają, że „Jak daleko…” wygląda tak, jakby reżyser sfilmował swą nieistniejącą powieść. Zgęszczenie literackich obsesji zyskało na ekranie kształt strumienia świadomości, naśladującego pracę pamięci i marzeń sennych. Co ciekawe, żadnej ze swych powieści Konwicki nigdy nie sfilmował.
Romantyczność
W „Lawie” najważniejszy polski dramat romantyczny również przesączył przez siebie i doświadczenia swojej generacji. „Holou- bek stał się osobistym wysłannikiem Konwickiego w inne czasy” – zanotował w dwutygodniku „Film” Krzysztof Mętrak, mając na myśli postać Gustawa/Konrada i Poety zagranych przez tego samego aktora. Reżyser początkowo myślał nawet o użyciu techniki wideo i wprowadzeniu „Dziadów” w kontekst stanu wojennego, ale wytrzymał parcie chwili. Po latach oddychał z ulgą: pomimo rozmaitych uwspółcześniających zabiegów, takich jak wkopiowanie do filmu zdjęć z Auschwitz czy widoku z celi na Pałac Kultury, udało mu się uniknąć utożsamienia symbolicznego „czterdzieści i cztery” z osobą Jana Pawła II czy Lecha Wałęsy. Przede wszystkim czuł wyraźne powinowactwo z samym Mickiewiczem, nie tylko z racji miejsca urodzenia. Uważał, że wieszcz miał „smykałkę filmową”, i próbował to udowodnić na ekranie.
Podobny autorski filtr zastosował wcześniej przy ekranizacji „Doliny Issy” (1982), która była swobodną wariacją wokół powieści Czesława Miłosza. Śmiała interpretacja litewskiego krajana nie spotkała się z aprobatą poety. Dla reżysera równie ważna, co logika wspomnień, była logika osobistej refleksji. Wileńszczyzna i dzieciństwo, krajobrazy i nastroje pochwycone w serii zmysłowych obrazów korespondowały z pejzażem współczesnym, nadającym dystans Miłoszowej nostalgii. Jednak po 30 latach to właśnie owe ulotne, sensualne obrazy działają najbardziej. Dość przypomnieć intrygujący akt z samobójczynią (Anna Dymna) prowadzącą po lesie białego konia. Znajdzie on swoje miejsce w historii polskiego kina obok takich scen jak somnambuliczny taniec w finale „Salta” czy porażająca mimo upływu lat polsko-żydowska rozmowa bohatera „Zaduszek” ze starym Goldapfelem.
Kino zaduszne – tak najkrócej można by opisać twórczość reżysera filmowych „Dziadów”. „Naszła mnie chęć, żeby wyruszyć w jakąś przeszłość, która jest właściwie przyszłością. Żeby idąc przed siebie, a jakby wstecz, spotkać jeszcze raz tych, których nigdy nie spotkam, a również tych, których nigdy nie spotkałem” – mówił ustami Andrzeja Łapickiego we wstępie do „Jak daleko stąd, jak blisko”. W tle słychać cmentarne zawodzenia pochodzące ze ścieżki dźwiękowej autorstwa Zygmunta Koniecznego, który naznaczył swą muzyczną frazą również „Dolinę Issy” i „Lawę”. Właściwie we wszystkich swoich filmach Konwicki próbował porozumieć się z duchami. Ów dar przypisywał nawet swemu legendarnemu kotu Iwanowi, który wedle relacji świadków również „miał łączność z zaświatami”.
Hołd
Kiedy pojawiał się we własnej osobie w „Kronice wypadków miłosnych” Wajdy, albo gdy ujawniał na moment swą fizyczną obecność na planie „Doliny Issy” czy „Lawy”, był w tym wyraz jakiejś organicznej przynależności do wykreowanego w filmie świata. Niedawno Konwicki raz jeszcze przemknął przez ekran niczym duch – tym razem gościnnie, w spektaklu telewizyjnym „Bezdech” w reżyserii Andrzeja Barta. Główny bohater, grany przez Bogusława Lindę skrachowany inteligent, spotyka na jednej z warszawskich ulic starszego pana w wojskowej kurtce. Niegdysiejszemu reżyserowi z ambicjami nie trzeba przypominać, kim jest ten pan. Bohater natychmiast składa hołd swemu mistrzowi, wspominając jego filmy i całując go staroświecko w rękę. Nic dodać, nic ująć.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Krytyczka filmowa „Tygodnika Powszechnego”. Pisuje także do pisma „EKRANy”, „Kino” i miesięcznika psychologicznego „Charaktery”. Jest współautorką takich publikacji, jak: „Panorama kina...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]