Kino świąteczne, czyli za co kochamy Kevina

Intuicyjnie rozumiemy, co czyni kino „świątecznym”. Przecież w tym samym trybie definiujemy „wyjątkowość” samych świąt. Bez względu na to, na którym krańcu spektrum chrześcijańskiej wiary jesteśmy.
Czyta się kilka minut
Macaulay Culkin w filmi "Kevin sam w domu", reż. Chris Columbus, 1990 r. // materiały prasowe Polsat
Macaulay Culkin w filmi "Kevin sam w domu", reż. Chris Columbus, 1990 r. // materiały prasowe Polsat

Boże Narodzenie za pasem, pora na świąteczne bingo. W domowym zaciszu punkty nalicza się zazwyczaj za pytania retoryczne („A te pierogi to kupne?”), ewentualnie za biegłość w prowokacjach („Kiedyś to żadnego wege nie było”). W mediach królują nierozstrzygalne dylematy. Wigilia pracująca czy wolna? Mariah Carey czy George Michael? Komercjalizacja świąt symbolem sekularyzacji czy może dźwignią gospodarki?

O ile święta Bożego Narodzenia łączą nas w corocznych rytuałach, o tyle kino świąteczne wcale nie jest machiną uniformizacji gustów. Niby wszyscy czekamy, aż Kevin McCallister zamieni domek na przedmieściach w warowną twierdzę, a John McClane roztrzaska „Szklaną pułapkę” na milion kawałków. Lecz – okazuje się – ilu ludzi, tyle filmowo-świątecznych obrządków.

Po co nam filmy świąteczne

Święty Mikołaj rozbija swój zaprzęg na plaży niedaleko Miami. W obliczu dezercji reniferów oraz buntu elfów, w sukurs ruszają mu kontrolowane telepatycznie dzieci. Wspólnie oglądają „Calineczkę” Barry’ego Mahona, jedno z arcydzieł złego smaku, a za chór grecki robią Tomek Sawyer w hawajskiej koszuli oraz Huckleberry Finn z tresowanym szopem praczem na ramieniu. W filmie „Santa Claus and the Ice Cream Bunny” (napisanym, wyprodukowanym, wyreżyserowanym i zmontowanym przez Richarda Winera, który, jak mniemam, nie istnieje) znajdziemy jeszcze faceta przebranego za goryla oraz Królika Wielkanocnego o smaku lodów waniliowych. 

Nikogo pewnie nie zdziwi, że jest to również pełnometrażowa reklama parku rozrywki Pirates World (bez apostrofu, czyli z błędem w nazwie) i że w niektórych wersjach filmu „Calineczkę” zastępuje nakręcona przez właścicieli parku wariacja na temat „Jasia i Magicznej Fasoli”. Dzieci, nie bierzcie narkotyków. W Boże Narodzenie dostaniecie je za darmo.

„Santa Claus and the Ice Cream Bunny” może być jednym z najgorszych filmów, jakie widziałem w życiu, a przypomnę tylko, że jestem na bieżąco z polskim kinem na Netfliksie. Z drugiej strony – oto moc Bożego Narodzenia w pełnej krasie! – pozostaje celnym metakomentarzem do samej idei filmu świątecznego. Układa się w kalejdoskop rzeczy wyciągniętych z kolektywnej podświadomości, melanż gatunków, poetyk, estetycznych koncepcji, a także ilustrowany przegląd „alternatywnych” bożonarodzeniowych narracji. Nie da się go obronić, opowiedzieć ani oglądać. Podobnie jak święta, trzeba go poczuć i przeżyć.  

Jak na rytuał filmowy obciążony tyloma sensami i tak pojemną symboliką, filmy świąteczne wydają się jedną z najmniej istotnych sfer kina. Jasne, otaczamy je kultem, smagamy bacikiem ironii innowierców, zastanawiamy się, czy ten albo inny twórca złapał w siatkę „ducha świąt” i krzyczymy, gdy telewizja zdejmuje z ramówki „Kevina”. O świątecznych filmach rozmawiamy jednak bez większej ekscytacji, bo funkcjonują i obok świąt, i obok kina. Nawet jeśli – oderwane od bożonarodzeniowego kontekstu – bywają arcydziełami.

Święta, czyli co?

Nie będę bronił tezy, że brak podobieństw to zawsze jakieś podobieństwo. Ale co poradzić, skoro „kino świąteczne” wymyka się wszelkim uogólnieniom i bywa twardszym orzechem do zgryzienia niż francuska Nowa Fala albo późny Krzysztof Zanussi. Gdyby jednym z kryteriów definicji była data premiery, w kanonie nie znalazłby się ani „Cud na 34. Ulicy” George’a Seatona (wprowadzony do kin w maju 1942), ani „Ja Cię kocham, a ty śpisz” Jona Turtletauba (kwiecień 1995), ani nawet „Gremliny rozrabiają!” (czerwiec 1984). Producenci większości filmów świątecznych uznali bowiem, że do kina chodzi się zazwyczaj późną wiosną i latem.

Jeśli przyjmiemy, że decyduje marketing, listę trzeba odchudzić o dziesiątki tytułów, które uznajemy dziś za bożonarodzeniową klasykę – od „Powrotu Batmana” Tima Burtona, przez „Garsonierę” Billy’ego Wildera, po… „Oczy szeroko zamknięte” Stanleya Kubricka, które zyskały drugie życie w popkulturze dzięki przekornej „świątecznej” interpretacji.

Kryterium gatunkowe to również droga donikąd. Zwykliśmy utożsamiać czas Bożego Narodzenia ze slapstickowymi szaleństwami („Świąteczna gorączka” Briana Levanta), komediami romantycznymi („To właśnie miłość” Richarda Curtisa, „Holiday” Nancy Myers czy rodzime „Listy do M” Mitji Okorna), dramatami rodzinnymi („Rodzinny dom wariatów” Thomasa Bezuchy), a także z filmami od lat pięciu do stu pięciu („101 dalmatyczyków” Stephena Hereka). 

Po drugiej stronie tęczy leży jednak królestwo świątecznych horrorów („Czarne święta” Boba Clarka, „Cicha noc, śmierci noc” Charlesa E. Selliera, „Terrifier 3” Damiana Leone), thrillerów („Better Watch Out” Chrisa Peckovera, „Dzień Bestii” Aleksa De La Iglesii) oraz filmów, które rozsadzają każdą szufladkę. Jeden z nich, kultowy „Pierniczek okrutniczek” w reżyserii Charlesa Banda, wchodzi właśnie do polskich kin. Tak, jest tak dobry, jak sugeruje tytuł. 

Może chodzi zatem o akcję osadzoną w okolicach Bożego Narodzenia? Jasne, Bruce Willis, walczący z terrorystami w przepoconym podkoszulku, uznawany jest powszechnie za symbol świąt, ale morderczy yuppie Patrick Bateman z „American Psycho” – już niekoniecznie. Todd Haynes gra „kolędniczym” motywem w tytule filmu „Carol”, zaś tłem burzliwego lesbijskiego romansu czyni przedświąteczny Nowy Jork lat 50. Na listach najlepszych świątecznych filmów produkcja ląduje jednak z tuzinem zastrzeżeń – zwykle rozchodzi się o niewielką fabularną wagę bożonarodzeniowych motywów.

Święta jako integralny element opowieści, katalizator fabuły albo mechanizm narracyjny? Znów – więcej pytań niż odpowiedzi. Gdyby chciwi terroryści zajęli budynek Nakatomi Plaza na Wielkanoc albo 4 lipca, „Szklana pułapka” wciąż byłaby świetnym filmem. Straciłaby jednak sporo komediowej energii (McClane nie nasunąłby martwemu zbirowi czapki Świętego Mikołaja na czoło i nie zostawił karteczki z napisem „Teraz to ja mam karabin maszynowy, ho, ho, ho”), a katartyczny finał rozegrany w rytm szlagieru „Let It Snow” Vaughna Monroe trzeba byłoby zastąpić sceną o mniejszej sile rażenia.

Świąteczne filmy cieszą się wystarczającą estymą, byśmy regularnie do nich wracali, lecz niewystarczającą, by rozkładać je na czynniki pierwsze przy wigilijnym stole, demaskować mity, przerzucać się anegdotami z produkcji. Mało kto wie, że Rudolf Czerwononosy Renifer mówił kobiecym głosem. Albo że „To właśnie miłość” zostało złożone z dwóch różnych filmów, „Świąt Charliego Browna” (tego z „Fistaszków”) nie byłoby bez finansowego wsparcia Coca-Coli, a „Prezentu pod choinkę” – bez opowiadań publikowanych w amerykańskim „Playboyu”.

Za film świąteczny uznaje się dla przykładu „Szczęki 4. Zemstę”. Wiecie, dlaczego jedną z najbardziej kuriozalnych ról w swojej karierze zagrał w nim Michael Caine? „Nie widziałem filmu. Podobno to straszne gówno. Widziałem natomiast dom, który kupiłem za swoją gażę. I jest wspaniały” – wyjaśnił.

Boże Narodzenie nie istnieje

Niemożność ustalenia jednej definicji rymuje się z współczesną, niejednorodną naturą samych świat. Bez względu na to, czy myślimy o nich jako o chrześcijańskim rytuale skradzionym przez kapitalizm, czy opisujemy je językiem filozofii, mówimy o Bożym Narodzeniu jak o stanie wyjątkowym, w którym zmieniają się kulturalne, ekonomiczne i społeczne reguły; w którym zmieniamy się my, a co za tym idzie – nowych znaczeń nabierają hołubione przez nas dzieła.

Tradycja tzw. Holiday Specials, czyli świątecznych odcinków popularnych seriali bądź filmów, jest kapitalną metaforą tej optyki. Raz do roku ich bohaterowie – od kultowych postaci ze świata „Gwiezdnych wojen”, przez gwiazdy superbohaterskich uniwersów, po Sherlocka Holmesa, Doktora Who i rezydentów „Downton Abbey” – przerywają program i wskakują na chwilę do kina wewnątrz kina. Najczęściej po to, by przypomnieć o kultywowanych przy świątecznym stole wartościach, takich jak empatia, solidarność, równość czy miłość.

„Tradycja związana z Bożym Narodzeniem rozciąga perspektywę miłości poza człowieka i obejmuje nią cały świat. Swoje role do zagrania mają w niej choćby zwierzęta. To wymiar, który w dobie kryzysu klimatycznego i rozmaitych zagrożeń przypomina ważną prawdę o tym, że jesteśmy częściami większej całości i o tę całość powinniśmy się troszczyć. W końcu Boże Narodzenie jest również przesłaniem nadziei, wskazuje na światło, które przychodzi na ogarnięty ciemnościami świat. Wszelka celebra świąteczna, która daje radość, budzi nadzieję, łączy, hamuje gniew, przynosi pokój, wiąże się z troską, uważnością itp. jest, moim zdaniem, w pełni zgodna z duchem Bożego Narodzenia” – pisze epistemolog Marcin Bogusławski z Uniwersytetu Łódzkiego.

Kino świątecznego eskapizmu bywa narzędziem budowy podobnej afirmacyjnej filozofii. Psychologowie podkreślają, że ta „ucieczka”, podobnie jak ubieranie choinki czy śpiewanie kolęd, ma wymiar rytualny. I że nie musi mieć nic wspólnego z faktycznym stosunkiem do Bożego Narodzenia jako święta chrześcijańskiego albo „wydarzenia kulturalnego”. Tłumaczyłoby to powszechną słabość do artystycznej subwersji w tym okresie; do horrorów, satyr czy filmów, które przekonują, że wystarczy podrapać w celofan w reniferki, by odkryć brud i rdzę. „Bombki wiszą na choinkach, wieńce na drzwiach, a wisielcy na rurach pod sufitem jak Ameryka długa i szeroka” – pisał w „The Sunset Limited” Cormac McCarthy.

Dobre filmy świąteczne, przynajmniej w moim słowniku, opowiadają o nadziei i odkupieniu. Ich scenarzyści prowadzą bohaterów, nawet tych najgorszych, krętą ścieżką do prawdy. „Zły Mikołaj” z filmu Terry’ego Zwigoffa poznaje wagę i znaczenie poświęcenia. Mały Kevin przyjmuje do wiadomości, że nad życzeniem samotności warto zastanowić się dwa razy. Z kolei profesor z „Przesilenia zimowego” uczy się, jak zostawić za sobą przeszłość. Wszystkie te filmy są więc w pewnym sensie remiksem klasycznej „Opowieści wigilijnej” i opowiadają o procesie moralnej reedukacji.

Te straszne święta

Jeden z pierwszych filmów świątecznych w historii, „Boże Narodzenie w lesie” w reżyserii Władysława Starewicza z 1912 roku, powstał z udziałem aktorów-insektów. Starewicz, pionier animacji lalkarskiej, entomolog oraz słynny „treser owadów”, nakręcił go w konwencji baśni. I jak to w baśniach bywa, przenika go metafizyczna groza. Mówimy w końcu w świecie, który istnieje obok nas, choć pozostaje niedostrzegalny gołym okiem.

Tego rodzaju recepcja z oczywistych względów stała się udziałem współczesnych kinofilów, którzy uznają kolędujące insekty za stwory dziwaczne i niepokojące. Narracje łączące świąteczną nadzieję z grozą istnieją jednak w rozmaitych kulturach. Weźmy Jólakötturinna, czarnego jak sadza kota o płonących oczach z islandzkiego folkloru, który pożerał dzieci paradujące w trakcie świąt Bożego Narodzenia w znoszonych ubraniach. Albo bawarsko-austriackiego Krampusa, ducha świąt i potwora w koziej skórze, który zabierał krnąbrne dzieciaki prosto do piekła.

W świecie gwałtownej konsumpcji podobne symbole interpretuje się głównie jako wyraz strachu przez sekularyzacją świąt. Jednak większość mroczniejszych filmów, na przykład świetny „The Lodge” Severina Fiali i Veroniki Franz o kobiecie maltretowanej przez własnych pasierbów w domku na odludziu, lub thriller „P2” Franka Khalfouna o dziewczynie terroryzowanej na podziemnym parkingu przez psychopatycznego ochroniarza, to przede wszystkim metaforyczne obrazy samotności. Przypominają nam, że święta, jakkolwiek banalnie to brzmi, powinny być przestrzenią spotkania z drugim człowiekiem. „Dla jednych korzenie Świąt sięgać będą Boga; dla innych, jak dla mnie, wiązać się będą z wartościami świeckimi. To, jak zmieniała się nasza w ważnym wymiarze chrześcijańska kultura i samo chrześcijaństwo, pozwoliło zobaczyć laickie oblicze idei miłości, braterstwa, pokoju. Chrześcijaństwo dokonało samoprzekroczenia w stronę tego, co niereligijne” – pisze dalej Bogusławski.

I być może w tym kolektywnym doświadczeniu, w tej komunii wrażliwości tkwi cały sekret. Bez względu na to, czy w kinie szukamy cierpkiego barszczyku czy słodkiej kutii, do stołu siadamy wspólnie. Zaś siłą bożonarodzeniowych evergreenów pozostaje ich eskapistyczny powab. Rozdarci pomiędzy wiarą i sceptycyzmem, nadzieją i rezygnacją, radością i smutkiem, bez naruszania kruchej tradycji i pogrzmiewania na reguły wolnego rynku, możemy poszukać dokładnie tych emocji, których potrzebujemy. A gdy cud Bożych narodzin już się zdarzy, z niekłamaną frajdą możemy wrócić do bingo. 

„Kevina” na którym dają? 


ŚWIĘTY MIKOŁAJ I LODOWY KRÓLIK (1972)

Reż. Richard Winer (prawdopodobnie pseudonim)

Wysokooktanowe paliwo waszych koszmarów. W tym filmie jest wszystko: Święty Mikołaj na Florydzie, „Calineczka” w telewizorze, waniliowy zając wielkanocny, kontrolowane telepatycznie dzieci, Tom Sawyer w hawajskiej koszuli i Huckleberry Finn z podręcznym szopem praczem. Ludziom o mocnych nerwach polecamy też poprzednią część – „Święty Mikołaj podbija Marsa”. 

 

GRUMPY CAT: NIEWESOŁYCH ŚWIĄT (2014)

Reż. Tim Hill

Ho ho NO! Mem zamieniony w kino, czyli ostateczne sprzężenie zwrotne popkultury. Słynny zgryźliwy kocur (choć tak naprawdę to kotka) czeka na adopcję z firmowym, sarkastycznym wyrazem pyszczka. Kiedy ostatecznie trafia pod opiekę 12-letniej dziewczynki, zamienia życie domowników w piekło. Czy kiedyś doceni magię świąt?

 

TERRIFIER 3 (2024)

Reż. Damien Leone

Klaun Art, najbardziej sadystyczny bohater popkultury, woli Halloween od Bożego Narodzenia. Dźgać, strzelać, miażdżyć i szlachtować może jednak każdego dnia w roku. „Terrifier 3” to festiwal obrzydliwości, test cierpliwości i ostateczny dowód na to, że świętym Mikołajom w galeriach handlowych nie można ufać.  

 

 


RARE EXPORTS: OPOWIEŚĆ WIGILIJNA (2010)

Reż. Jalmari Helander

Święty Mikołaj ma dla was rózgę. W „Rare Exports”, kapitalnym fińskim komedio-horrorze, Boże Narodzenie jest okazją do refleksji nad miejscem Pana w naszych sercach oraz nad liczbą kości w ludzkim ciele. Oglądajcie z namysłem. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 51-52/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Wszystko dla wszystkich