W chwili, gdy piszę te słowa, być może niektórym szczęściarzom udało się dotrzeć do połowy Whamageddonu – wyzwania polegającego na unikaniu przeboju „Last Christmas” od 1 grudnia aż do Bożego Narodzenia. Komu uda się wytrwać ten czas bez aksamitnego głosu George’a Michaela, wygrywa.
Nie jest to łatwe zadanie, ponieważ hit duetu Wham! po czterdziestu latach wciąż przypomina, że nadchodzą Święta, i nawet gdy ktoś unika włączania komercyjnych stacji radiowych, ryzyko czyha na lodowisku, w galerii handlowej czy na okolicznościowym jarmarku. Do tego „Last Christmas” można ze sporym prawdopodobieństwem usłyszeć w miejscu publicznym zdecydowanie wcześniej niż 1 grudnia.
Jak bowiem zauważyła amerykańska publicystka Anne Helen Christensen, żyjemy w czasach „całorocznego święta”, gdy jedno płynnie przechodzi w drugie bez tradycyjnej przerwy na czas świecki, a dekoracje bożonarodzeniowe wskakują na sklepowe półki, ledwie znikną z nich dynie i znicze.
Fenomen gry Whamageddon, wymyślonej na forach internetowych w okolicach 2009 r., dobrze ilustruje mieszane uczucia, jakie wielu z nas żywi wobec komercyjnych świątecznych przebojów, równie nieśmiertelnych, co wszechobecnych. Usłyszenie tej samej melodii po raz tysięczny działa na nerwy, ale zarazem uderza we właściwą strunę.
Nostalgia radiowych list przebojów
Od świątecznej atmosfery – mam tu na myśli tę niereligijną, familijno-urlopową stronę Bożego Narodzenia – oczekujemy bowiem przede wszystkim nostalgii i poczucia powrotu do symbolicznego domu („Driving home for Christmas”, jak śpiewał Chris Rea). Dlatego tak często po raz kolejny słyszymy piosenki stare i starsze we współczesnych aranżacjach, gdy zaś powstają nowe – nadaje się im znajome brzmienie retro.
„All I want for Christmas” Mariah Carey z 1994 r., która może ścigać się z „Last Christmas” o tytuł najbardziej denerwującej, nawiązuje kompozycją i produkcją do czasów legendarnej soulowej wytwórni Motown, a świąteczna piosenka popowej sensacji ostatnich lat Sabriny Carpenter, „Santa doesn’t know you like I do”, mogłaby zostać nagrana dwadzieścia lat temu przez… Mariah Carey.
Klasyk Wham! czy o kilka lat późniejsza „Mistletoe and wine” Cliffa Richarda ociekają aranżacyjną słodyczą lat 80., złotych czasów list przebojów. Umiarkowane i eleganckie brzmienie retro, w sam raz na przedświąteczną kolację firmową, zapewniają zaś standardy w wykonaniu Lady Gagi czy Michaela Buble.
Wiele klasycznych angielskojęzycznych piosenek świątecznych, które słyszymy do dzisiaj, wywodzi się z czasów okołowojennych, od Wielkiego Kryzysu do lat 50., czyli złotej epoki radia i Hollywood. Znakomitym rokiem był dla tego gatunku 1934, kiedy to wodewilowy artysta Eddie Cantor zaśpiewał w radio „Santa Claus is coming to town”, a następnego dnia otrzymał zamówienie na 100 tys. zapisów nutowych.
Romantyczna melodia „Winter wonderland” Felixa Bernharda i Richarda B. Smitha (który napisał słowa podczas pobytu w sanatorium, gdzie leczył gruźlicę) doskonale pasowała do epoki uwodzicielskich głosów Guya Lombardo i Perry’ego Como. W podobnym czasie nowego impetu nabrała kariera „Jingle bells”, prawdopodobnie najbardziej znanej świeckiej piosenki bożonarodzeniowej (pierwotnie skomponowanej jednak przez Jamesa Lorda Pierponta na Święto Dziękczynienia).
W latach 30. i 40. swoje wersje nagrywali Benny Goodman, Glenn Miller i oczywiście Bing Crosby. Jego aksamitny głos zabrzmiał wreszcie w standardzie „White Christmas”, spopularyzowanym przez film „Gospoda świąteczna” z 1942 r. W 1949 r. na scenę wbiegł reniferek Rudolf, o którym śpiewał Gene Autry. Trochę krzepiące, trochę zabawne, z pewnością wzruszające – to te melodie stanowią kanon bożonarodzeniowych przebojów radiowych, które słyszymy w dziesiątkach coverów.
Łączy je z pewnością świecki charakter. Na pierwszym planie znajdziemy raczej urodę zimy i radość z przebywania wśród bliskich niż nawiązania do Nowego Testamentu. Być może niełatwe czasy, w których powstawały te melodie, sprzyjały gromadzeniu się wokół domowego ciepła – i to tę jakość starali się wyeksponować producenci muzyki pop również i później.
Żartobliwe, rockowe i energiczne
Osobną kategorię stanowią utwory o żartobliwym czy nieco łachmaniarskim charakterze, w których specjalizują się rockowcy: energiczny, zawzięty „Run, run, Rudolph” Chucka Berry’ego; klasyk z lat 70.: imprezowy, bałaganiarski „Merry Xmas everybody” wesołej kompanii Slade; czy sporo późniejszy, bogaty w dwuznaczne podteksty i śpiewany charakterystycznym falsetem „Christmas time (don’t let the bells end)” śmieszków z The Darkness.
Ramones w „Merry Christmas (I don’t want to fight tonight)” nawoływali do zakopania toporów wojennych, czemu cokolwiek przeczyły dantejskie sceny w teledysku. Ponury żart historia spłatała zaś naczelnemu dowcipnisiowi amerykańskiego rocka, „Weird Alowi” Yankovicowi, który w 1986 r., w środku zimnej wojny, nagrał „Christmas at Ground Zero”, piosenkę o świętowaniu po atomowej apokalipsie. Dziś piosenka ta uderza w zbyt czuły punkt – nazwa Ground Zero przyjęła się bowiem jako miejsce po wieżach World Trade Center.
Nie tylko Beatlesi
Beatlesi nie wydali żadnego wspólnego świątecznego singla, choć utrzymywali tradycję specjalnych, często dość eksperymentalnych wydawnictw okolicznościowych dla swoich fanklubów. Osobne przeboje stały się za to udziałem Johna Lennona, w postaci pokojowego protest songu „Happy Xmas (war is over)” oraz Paula McCartneya za sprawą skocznego „Wonderful Christmastime”.
Jednocześnie to ze świata rocka nadeszła jedna z najbardziej poruszających kompozycji z Bożym Narodzeniem w tle, „Fairytale of New York” The Pogues i Kirsty McColl. Opowieść barowa, kursująca między Nowym Jorkiem lat 40. a 80., miłością i wrogością pary o połamanych życiorysach czy wreszcie odpływająca w alkoholowy monolog, uderza w trudną strunę samotności, żalu czy straconych szans, która w czasie świętowania bliskości i więzi brzmi jeszcze bardziej dojmująco.
Pop po polsku, czyli smutne oczy karpia
Polski repertuar muzyczny w sezonie świątecznym prezentuje się nieco bardziej tradycyjnie. Jako słuchacze jesteśmy najwyraźniej przywiązani do klasycznych kolęd i pastorałek – dlatego telewizja podczas koncertów okolicznościowych, a radio od wigilijnego poranka nadaje doskonale znane, czcigodne kompozycje przypominające o Dzieciątku w betlejemskiej stajence, zazwyczaj w bezpiecznej, jazzowej lub folkowej aranżacji.
Doczekaliśmy się jednak również kanonu utworów o niereligijnym charakterze, z których szczególnym sentymentem darzony jest „Jeden dzień w roku” Czerwonych Gitar. Ta „świecka kolęda”, wykonana po raz pierwszy w 1966 r. w programie „Tele-Echo” wraz z kolędami bardziej tradycyjnymi, ujęła w kameralny sposób nastrój Wigilii, choć w tekście ani razu nie pada nazwa święta, o które chodzi. Podobnie z innymi „zimowymi” przebojami z epoki, jak dziarska, zawadiacka piosenka Skaldów o kuligu.
W bliższych nam czasach zrodziła się tradycja nagrywania piosenek świątecznych w konwencji radiowego popu. Najbardziej „amerykańskie” brzmienie udało się osiągnąć chyba Kayah w utworze „Ding dong”. Polską specyfiką okazały się także bożonarodzeniowe piosenki, których trwanie okazało się zdecydowanie dłuższe niż zespołów, które je nagrały.
To zapomniany, alternatywno-rockowy zespół Mancu, pamiętany dziś głównie za sprawą melancholijnej „Na twojej ulicy kolędnicy”, soulowe trio De Su, którego „Kto wie, czy za rogiem nie stoją anioł z Bogiem” zapętlają na listach przebojów centra handlowe, czy wreszcie rockowcy z zespołu Roan, który nie doczekał się wielkiej sławy w przeciwieństwie do piosenki „Ten zimowy czas”. Muzycy zaprosili do nagrań przyjaciół, m.in. Andrzeja Krzywego i Andrzeja Piaska Piasecznego, a przebój zapisał się w powszechnej świadomości wersem „spójrz, jakie smutne oczy ma karp”.
Skoro zaś o tej tradycyjnie polskiej wigilijnej rybie mowa, to doczekała się własnej polskiej muzycznej tradycji – utworu nagrywanego najpierw przez dziennikarzy radiowej Trójki, później zaś Radia 357 jako Przyjaciele Karpia.
Milion dolarów pod choinką
Świąteczny hit to przepis na nieśmiertelność, ale także marzenie każdego kompozytora z bardziej prozaicznych przyczyn. Intensywność piosenkowego przemiału w stacjach radiowych i podczas zakupów obiecuje corocznie solidne zarobki. Jaka może być to skala, uświadamiał bohater książki Nicka Hornby’ego „Był sobie chłopiec” (na jej podstawie nakręcono komedię romantyczną z Hugh Grantem).
Ten zdecydowanie dorosły mężczyzna nigdy w życiu nie musiał samodzielnie zarabiać pieniędzy, ponieważ żył z tantiem za jeden przebój świąteczny napisany przez swojego ojca. Czy to możliwe – jeśli wystarcza komuś skromny milion dolarów rocznie, to owszem. Co najmniej tyle bowiem, zgodnie z wyliczeniami Adama Arnolda z „Monthly Finance”, zarabia Mariah Carey co roku dzięki odtworzeniom „All I want for Christmas”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















