Ten sympatycznie nastroszony, wiecznym dzieckiem podszyty filmowiec i zarazem mistrz melancholijnej makabreski, 25 sierpnia skończy sześćdziesiąt sześć lat. Trzy dni później na otwarciu festiwalu w Wenecji pokazany zostanie film „Beetlejuice Beetlejuice”, czyli autorski sequel jego „Soku z żuka” (1988), częściowo z dawną obsadą. A w Pradze trwa wyśmienita wystawa „Tim Burton: Powroty”, która pozwala zanurzyć się w tym bizarnym uniwersum, od dziecięcych bazgrołów aż po nigdy niezrealizowane, za to świetnie udokumentowane projekty.

Marionetki i pędzelki
Martwe oko orzęsione nazwiskiem reżysera, czerwona strzałka zwinięta w psychodeliczną spiralę – taką grafiką firmowana jest zwykle owa niezwykła twórczość, która czasami wygląda, jakby powstawała na ostrym kwasie. Zapoczątkowały ją dziwaczne rysunki i prościutkie animacje, a dziś wieńczą wysokobudżetowe produkcje z dwoma kasowymi „Batmanami” na czele. Przez pół wieku zawartość tej wybuchowej paczuszki zmieniała się w gruncie rzeczy bardzo nieznacznie.

Jesteśmy ciągle w tym samym straszno-śmiesznym imaginarium, zaludnionym przez postacie ludzkie, półludzkie i całkiem nieludzkie, przez istoty żywe, na poły martwe albo w stanie pośmiertnej dekompozycji. Wypełniają ów makrokosmos ekstrawaganckie pomysły fabularne i cudaczne w swoim kształcie obiekty. Choć rysunki i lalki coraz częściej bywają zastąpione przez znanych aktorów, ci ostatni w rękach Burtona przypominają marionetki, sterowane (dodajmy: z szorstką czułością) przez nieco zwariowanego demiurga. Kamera zaś stała się przedłużeniem zaczarowanego ołówka czy pędzelka.
Dostajemy zatem kino o wiele bardziej wierzące w wykreowany obraz aniżeli w jakąkolwiek rozpoznawalną rzeczywistość. Jeśliby odwołać się do mocno już zmurszałej klasyfikacji, Burton w swej wizualnej ekstatyczności byłby późnym wnukiem Georges’a Mélièsa, a nie fabrykujących realizm braci Lumière. Konkretnych inspiracji znajdziemy u niego bez liku, by wymienić tylko japońskie filmy kaijū, przepełnione różnej maści nieziemskimi stworami (reżyser „Planety małp” i „Dumbo” uczy nas współodczuwania z tym, co „nieludzkie”, inne, zdeformowane, okaleczone) tudzież liczne tropy z historii sztuki. Od Edvarda Muncha przez Francisa Bacona po Dr. Seussa, aczkolwiek po wizycie w Pradze owa lista zdecydowanie nam się wydłuży.
Disney i kino grozy
Wystawa na każdym kroku przypomina, że to przede wszystkim niezwykle konsekwentny twórca multidyscyplinarny, który od najmłodszych lat za pomocą rozmaitych narzędzi szukał w swojej głowie ucieczki z nudnego, uporządkowanego świata kalifornijskich przedmieść. Od banalnych marzeń i wyobrażeń, od gładkich ludzi i pustych rytuałów. Jednocześnie potrafił z tego świata czerpać zachłannymi garściami, podobnie jak z różnych nurtów kultury wysokiej i popkultury. I niewielu jest obecnie filmowców, którzy z iście karnawałową fantazją potrafiliby zasypywać te sztuczne czasami przepaście między sztuką a rozrywką. Nawet jeśli w ostatnich latach, mniej więcej od „Alicji w Krainie Czarów” (2010) z Mią Wasikowską, efekty bywały dalekie od niegdysiejszych olśnień.
Począwszy od dzieciństwa, spędzonego w przeciętnej rodzinie, w bliskim sąsiedztwie Fabryki Snów, rysował tak, że dzisiaj zatroskani rodzice natychmiast zaprowadziliby go do psychiatry. Czuł się odmieńcem i swoją inność odreagowywał rysując makabryczne obrazki, najpierw nieruchome, a potem wprawiane w poklatkowy ruch. W głowonogach, potworach, zwierzoczłekoupiorach odnajdywał swoje nigdzie niedopasowane alter ego.
Niespokojny, iście punkowy duch nakręcał się w nim także za sprawą niskobudżetowego kina grozy, namiętnie oglądanego za młodu. Zwłaszcza tego z Vincentem Price’em, któremu poświęcił jedną z wczesnych krótkometrażówek i po latach dał rolę wynalazcy w filmie o nożycorękim monstrum. Niewiele brakowało, a zostałby wyrobnikiem u Disneya – ledwie półtoraminutowa animacja „Stalk of the Celery Monster” (1979), zrealizowana przez Burtona jeszcze na studiach w California Institute of the Arts, zapewniła mu przepustkę do pracy w słynnej wytwórni, z czego jednak rychło zrezygnował. Chciał robić kino w pełni autorskie, zarówno spod znaku „brzydkiej” animacji, jak i aktorskie, kręcone zrazu na taśmie 8 mm. Po latach będzie wracał pod disnejowskie skrzydła, aczkolwiek na zupełnie innych zasadach.
Batman i Wednesday
Prawdziwy pazur wysunął już w krótkim „Frankenweenie” (1984), gdzie zrozpaczony chłopiec ożywiał prądem zmarłego psa, czy w pełnometrażowym debiucie „Wielka przygoda Pee Wee Hermana” (1985), zwariowanej komedii, nieprzypominającej typowo familijnych produkcji. Lecz objawienie przyniósł dopiero wspomniany „Sok z żuka” (1988), tryskający kolorem i staroświeckimi efektami pastisz horrorów o nawiedzonym domu, z martwym małżeństwem i niesfornym bioegzorcystą na pierwszym planie.
Było więc kwestią czasu, aż tę przerysowaną i wcześniej starannie rozrysowaną przez Burtona menażerię uzupełnią postacie ściśle komiksowe. Legendarny „Batman” (1989) z Michaelem Keatonem, Jackiem Nicholsonem i Kim Basinger, który powrócił na ekrany trzy lata później w podobnym składzie, przepisywał estetykę komiksu na język kina noir, był jednak, jak to często u Burtona bywa, bardziej imponującym widowiskiem niż polemiką z mitem Gotham. Ale na pewno ustanowił wyrazisty punkt odniesienia dla kolejnych, bardziej wywrotowych adaptatorów i reformatorów tej mitologii. Z rysunkowego świata przybyła też ponura i bladolica Wednesday, członkini upiornej Rodziny Addamsów, w serialowej odsłonie nakręconej niedawno przez platformę Netflix. Burton wyreżyserował dla nich cztery odcinki z ośmiu, naznaczając je swoim wisielczym humorem i spotworniałym pięknem – oczywiście na tyle, na ile pozwalała mu filmowa franczyza.
Istna eksplozja wyobraźni nastąpiła u niego wiele lat wcześniej, w „Edwardzie Nożycorękim” (1990), w którym tytułowy dziwoląg zamieniał nudę pastelowego, równo przystrzyżonego miasteczka, wzorowanego na Burbank z lat 60., w mroczną baśń. Wszystkiego tam było za dużo – estetyzacji i brzydoty, romantyzmu i naiwnej grozy, satyry i absurdu, lecz właśnie kontrolowana nadmiarowość stały się wyznacznikiem tego, co u Burtona najlepsze. Pokazane na wystawie „kartki antyświąteczne” jego autorstwa mają w sobie podobną – anarchistyczną, antydrobnomieszczańską, niewierzącą w amerykański sen – przekorę, która sprawiła, że ten osobisty i ukochany przez artystę film z Johnnym Deppem w roli głównej zyskał ongiś status nieomal kultowy. Zwłaszcza wśród wyobcowanej młodzieży z pokolenia X.

Willy Wonka i Kapelusznik
Tu warto zaznaczyć, iż okryty dziś tabloidową sławą aktor zagrał w aż dziewięciu filmach amerykańskiego reżysera, doskonale wcielając nadwrażliwość, outsiderstwo lub szaleństwo jego postaci. Był wśród nich uzależniony od kina Ed Wood, fabrykant czekolady Willy Wonka, krwawy golibroda Sweeney Todd, obsesyjny tropiciel bezgłowych jeźdźców, Szalony Kapelusznik czy nawet animowany mąż gnijącej panny młodej, któremu Depp udzielił głosu. I poniekąd swojej twarzy.
Burton nie ukrywa, że od początku urzekła go fizjonomia Deppa, a konkretnie zdolność wyrażania emocji samą mimiką i spojrzeniem. Zafascynowany kinem niemym, zwłaszcza ekspresjonizmem niemieckim, cenił sobie odtwórców z wyrazistymi i plastycznymi twarzami, jak Helena Bonham Carter, do niedawna jego życiowa partnerka, czy nieżyjący już Christopher Lee. Szczególnie poszukiwał tej nadekspresji w aktorskich oczach, niczym Margaret Keane, charakterystyczna malarka portretowa, ograbiona ze swych osiągnięć przez męża. Poświęcone jej fenomenowi „Wielkie oczy” (2014) były zresztą drugą biografią w dorobku Burtona, po nagrodzonym dwoma Oscarami „Edzie Woodzie” (1994) i nie jest przypadkiem, że wybierał ten rodzaj bohaterów. Czyli artystów zbyt późno docenionych, wręcz kompulsywnych w swojej twórczej aktywności, pracujących w materii podrzędnej, uchodzącej za czysty kicz.
W końcu mogłaby to być i jego historia, twórcy nazbyt przystępnego jak na sztywno pojmowane kino autorskie i najczęściej zbyt ekscentrycznego jak na wielkie komercyjne sukcesy. Takiego, który równie często przestrzelał, co trafiał w masowe i krytyczne gusta.

Storyboardy i polaroidy
Z pewnością szczyty swoich światotwórczych możliwości osiągnął eksperymentując z lalkowym filmem animowanym – przy „Miasteczku Halloween” (1993) w reżyserii Henry’ego Selicka, filmu, którego Burton był pomysłodawcą, współscenarzystą i producentem, w „Gnijącej pannie młodej” (2005), zrealizowanej wspólnie z Mikiem Johnsonem, czy w rozszerzonej wersji „Frankenweeniego” (2012), zrobionej dla Disneya. „Odzyskanie” dla głównego nurtu kina tradycyjnej animacji poklatkowej i wprowadzenie jej w rejony coraz bardziej zdominowane przez komputerowe efekty nadawało filmom niepowtarzalny sznyt, a zawarta w nich hybrydowa monstrualność i groteskowe okrucieństwo rodem z Grand-Guignolu zyskiwały jeszcze większą finezję. Dodatkowo „Frankenweenie”, łączący „rzemieślniczą” poklatkowość z technologią 3D, tym się wyróżniał na tle hollywoodzkich produkcji dla dzieci, że był czarno-biały. I sięgał, co było nader wyczuwalne, do szczególnie bolesnych wspomnień z dzieciństwa reżysera. Pierwowzorem tytułowego, cudownie wskrzeszonego bohatera był bowiem ukochany pies o imieniu Pepe, wcześniej rzecz jasna upamiętniony na rysunkach.
Nie mogło ich zabraknąć na muzealnej prezentacji burtonowskiego świata. Zainicjowana w 2008 r. przez nowojorskie MoMA i powracająca do czeskiej stolicy po dziesięciu latach w nowej wzbogaconej odsłonie pod nazwą „The World of Tim Burton”, zdążyła objechać cały glob. Od Kuala Lumpur i Tajpej, przez Turyn, belgijskie Genk i Brühl, po São Paulo i miasto Meksyk, co świadczy o tym, że mamy do czynienia nie tylko z twórcą, ale wręcz marką czy ikoną kultury popularnej. Obecnie w Berlinie można zwiedzić „Tim Burton’s Labirynth”, wystawę typowo immersyjną, przeznaczoną bardziej dla dzieci. Słowem, trwa benefis autora „Soku z żuka”.

Lecz to właśnie w Pradze (a chwilę potem w Londynie) znajdziemy zbiór autentycznych „burtonaliów”, liczący ponad pół tysiąca rozmaitych artefaktów, pochodzących głównie z prywatnego archiwum reżysera. Są wśród nich rysunki, malunki, ilustracje do książek, storyboardy, polaroidy, instalacje i trójwymiarowe obiekty żywcem wzięte z jego kina. Możemy się z nich dowiedzieć, czym karmi się pamięć wizualna tego filmowca, a zarazem dlaczego i z jakimi artystycznymi konsekwencjami tak silnie zdominowała ona wszystkie jego filmy.
Cmentarz i gabinet
Praska wystawa pomyślana jest nowocześnie, wyłamuje się z muzealnej rutyny i nie mogło być inaczej w przypadku takiego bohatera. Ponoć pierwsze muzeum zobaczył dopiero jako nastolatek – wcześniej zdążył poznać jedynie gabinet figur woskowych w pobliskim Hollywood. Szacowne instytucje wystawiennicze długo kojarzyły mu się z cmentarzami i, jak głosi jego prywatna legenda, te prawdziwe nekropolie odwiedzał najchętniej w swoim introwertycznym dzieciństwie. Secesyjne, nasiąknięte wielką historią wnętrza Miejskiego Domu Reprezentacyjnego przy placu Republiki okazały się dla niego bardzo gościnne. Mimo że kuratorzy zagospodarowali raptem dwie sale, to gęstość i multimedialny, częściowo interaktywny charakter wystawy sprawiają, że można spędzić w tej rozwidlającej się króliczej norze nawet kilka godzin.

Na przykład oglądając wczesne animacje Burtona albo studiując jedyne w swoim rodzaju kolaże z planów filmowych, wykonywane własnoręcznie przez reżysera, który po zakończeniu produkcji obdarowywał nimi członków swojej ekipy (cóż za piękny gest!). Szczególną frajdę sprawiają białe kuliste kapsuły, do których zagląda się z różnych stron niczym do panoptykonów, a w środku znajdują się filmowo podświetlone fragmenty trójwymiarowej scenografii, rekwizyty i lalki z „Gnijącej panny młodej” czy „Marsjanie atakują!”.
To wszystko sprawia, że nie odhaczamy kolejnych gablot i etapów twórczości; swobodnie śledzimy wędrujące motywy tudzież sam proces tworzenia. Od pomysłu w postaci szkicu na serwetce bądź w szkolnym zeszycie, po dzieło zmaterializowane i wprawione w ruch, zazwyczaj wiele lat później. Warsztat pracy Burtona to także mieszczące się na tej ekspozycji jego artystycznie zabałaganione biurko, bardziej kojarzące się z pracownią rysownika niż gabinetem filmowca intelektualisty. I nic dziwnego. U tego stwórcy zawsze na początku było nie słowo (rzadko pisuje scenariusze do swoich filmów), ale pomysł na postać oraz kreska. Skądinąd zbliżona do „pokracznej” estetyki Andrzeja Dudzińskiego, znanej również z tych łamów.
Akademia pana Burtona
Kiedy patrzy się na zdjęcia z innych odwiedzanych przez wystawę miast, widać różnice w jej skali i pomysłowości. I chociażby ta w Pradze miała nie wybijać się jakoś szczególnie na ich tle, trzeba przyznać, że wyjątkowo dobrze wpasowuje się (po raz drugi) w historyczny klimat czeskiej stolicy. Nie jest to co prawda dawna „Praga magiczna”, a raczej „Praga ludyczna”, sądząc po tabunach weekendowych turystów przybyłych tu głównie dla taniego piwa. Jednak na każdym kroku miejsce przypomina (i nie tylko tandetnymi pamiątkami made in China), czym bywało drzewiej – siedzibą surrealistów, kubistów i ekspresjonistów, miastem alchemików, teatrów lalkowych i Franza Kafki.
Pewnie dlatego tak dobrze rezonuje z nim „gotycka” imaginacja Tima Burtona. I dlatego w jego aktorskim filmie „Osobliwy dom Pani Peregrine” (2016) chętnie dopatrywano się śladów kina Jana Švankmajera, mistrza czeskiej animacji z udziałem makabrycznych lalek, wyglądających tak, jakby zrobiono je ze szczątków ludzkich i zwierzęcych.
Gdybym miała wybrać jeden obiekt skupiający w sobie istotę tej rozbuchanej kreatywności, byłaby nim prosta instalacja z ludzkim mózgiem, opatrzonym ciekawskim okiem i zaplątanym w czarny drut. Mniej więcej to dzieje się w głowie Tima Burtona: nieustanne iskrzenie, które nie razi nikogo prądem. Zamiast tego ożywia wyobraźnię, przenicowuje i przeczarowuje świat, poszukując filmowego piękna tam, gdzie zwykle ludzkie oko wolałoby odwrócić wzrok. Czasami też, niestety, dzieje się to kosztem filmowej narracji, jej dynamiki i emocjonalnego ładunku. Bo nie da się ukryć, iż Burton światotwórca bije na głowę Burtona opowiadacza.
Stąd przeładowanie pomysłami nie zawsze idzie u niego w parze z emocjonalnym angażowaniem widza. Miejmy zatem nadzieję, że najnowszy film, który niedługo po weneckiej premierze trafi do kin, nie będzie zaledwie manieryczną powtórką, rozcieńczonym sokiem ze starego dobrego Burtona. I że tym razem, wzorem naszego Pana Kleksa, wysłał on swoje czarodziejskie oko tam, gdzie go dotychczas nie było. Albo że przynajmniej powróci na stare śmieci z właściwym sobie wdziękiem.
Swoją drogą ciekawe, jak wyglądałaby ekranizacja Brzechwowej „Akademii” w wykonaniu tego reżysera.

Wystawa „Tim Burton: Návraty”, Miejski Dom Reprezentacyjny (Obecní dům) w Pradze, czynna do 30 września.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















