Maestra Cate Blanchett

Kiedy pojawia się na ekranie, piekło zamarza. Nie chodzi nawet o fizyczny wizerunek, kojarzący się z Królową Śniegu – w łączeniu inteligencji i instynktu, kreatywności i rzemiosła, talentu i charyzmy ta aktorzyca nie ma sobie równych.
Czyta się kilka minut
Cate Blanchett na festiwalu filmowym w San Sebastian. 21 września 2024 r. // Fot. Carlos Alvarez / Getty Images
Cate Blanchett na festiwalu filmowym w San Sebastian. 21 września 2024 r. // Fot. Carlos Alvarez / Getty Images

Czy Cate Blanchett jest najlepszą aktorką naszych czasów? Darujmy sobie niemierzalne, za to jakże klikalne klasyfikacje. Z pewnością zasługiwałaby na miejsce w ścisłej czołówce, obok Meryl Streep i Frances McDormand, bijąc je ostatnio na głowę swoim pracoholizmem.

Za chwilę na toruńskim festiwalu Camerimage będzie przewodniczyć międzynarodowemu jury, w tamtejszym Centrum Sztuki Współczesnej otworzy się trzynastoekranowa instalacja z nią w roli głównej, zaś na Apple TV wzbudza poznawczy niepokój w serialu „Sprostowanie” Alfonsa Cuaróna. 

Mistrzyni akcentów

Patrząc na jej najwybitniejsze dokonania rzec by się chciało, iż w ekranowej doskonałości Blanchett jest coś zgoła nieludzkiego. Androidalnego albo elfickiego, co dostrzegł Peter Jackson, powierzając jej rolę Galadrieli – szpiczaste uszy i diadem zakładała we wszystkich sześciu adaptacjach tolkienowskiej sagi o Śródziemiu. 

Swoim wystudiowanym chłodem i posągową fizjonomią może kojarzyć się z północnogermańskimi boginiami. I choć w żyłach Australijki płynie inna krew (angielska, francuska, szkocka), to coś jest na rzeczy – idealnie sprawdziła się niedawno w mówionej z akcentem i lekko przerysowanej roli kanclerki Niemiec w politycznej komedii „Rumours” Guya Maddina i Evana Johnsona. Szlifowała ten akcent jako Żydówka z powojennego Berlina w „Dobrym Niemcu” (2006) Stevena Soderbergha, a w języku Goethego mówiła częściowo w filmie „Tár” (2022) Todda Fielda, grając pierwszą dyrygentkę w historii berlińskiej orkiestry. 

To zresztą mistrzyni akcentów, wziętych z rozmaitych epok, narodowości, klas społecznych, od autentycznych postaci. „Majestatyczna”, „androgyniczna”, „bez wieku” – wszystkie te chwytliwe określenia znajdowały wielokrotny i dosłowny wyraz w jej dorobku.

Królowa kostiumu 

Liczby też mówią za siebie, bo mając 55 lat, Blanchett zdążyła zagrać w kinie i telewizji około setki ról, otrzymując za nie ponad dwieście nagród. „Kimże jest ta niezwykła istota?” – zastanawiał się trzy dekady wcześniej Geoffrey Rush, inny wielki aktor z Antypodów, widząc młodszą koleżankę na deskach australijskiego National Institute of Dramatic Art. 

Ponoć nawet w momentach jej scenicznego „nicnierobienia” przenikały się ze sobą w sposób cudownie migotliwy dwie cechy: pewność i wrażliwość. Ten sam Rush, po spotkaniu z nią na planie „Elizabeth” (1998) Shekhara Kapura, słusznie przepowiadał, iż angielska monarchini już zawsze będzie mieć twarz Cate Blanchett. Zwłaszcza że zdobywszy za tę rolę pierwszą z aż ośmiu nominacji do Oscara, dekadę później zagrała dojrzalsze (i też nominowane) wcielenie Elżbiety Pierwszej.

Również za sprawą tych ról kategoria „kina kostiumowego” nabierała szerszego sensu. Widzieliśmy, jak pod ciężarem monarszych szat ciało kobiety robi się coraz bardziej fantomowe, jak się powoli unieważnia zaszyte w królewskich gorsetach i zakute w zbroi. Zaś metamorfoza krotochwilnej dziewczyny w potężną Królową Dziewicę, odgrywającą swoje dziejowe role aż po całkowite stopienie się z nimi, ostatecznie utorowały Blanchett drogę z Sydney i Londynu do Hollywoodu.

Ikona kina

Tam powitano ją jak swoją, dopatrując się podobieństwa do dawnych gwiazd kina, na przykład do słynnych hitchcockowskich blondynek. Choć za swój wygląd szufladkowane były do kategorii niebezpiecznych femmes fatales, to mistrz suspensu ze szczególną rozkoszą redukował je do roli ofiar, kontrolowanych i często karanych za swoją seksualną władzę. 

Emanująca starym hollywoodzkim glamourem Blanchett przez lata będzie obsadzana w rolach niby podobnych, zazwyczaj „po warunkach” i w zgodzie ze sprawdzonym emploi. Aczkolwiek jej odtwórczy geniusz oraz powiew nowych czasów, z dużo większą świadomością genderową, sprawią, że będą to zupełnie inne kobiety. Wewnętrznie popękane i zarazem pełnokrwiste, wymykające się stereotypowym portretom. Przedsmak tego dała Blanchett już w „Aviatorze” (2004) Martina Scorsesego, gdzie bezszwowo przeistoczyła się w legendę kina Katharine Hepburn, zdobywając pierwszą statuetkę Amerykańskiej Akademii. 

I chociaż pisano, że „ikona zagrała ikonę”, to nie tyle aktorską personę z lat 30. oglądamy na ekranie (a i zewnętrzne podobieństwo mogło być dyskusyjne), co żywą osobę, rozwibrowaną najróżniejszymi emocjami. Podrobiony akcent, dorysowane piegi, wyuczone manieryzmy i umiejętności sportowe stanowiły jedynie część tej roli, intuicyjnie szukającej autentyczności na granicy kreacji i mimikry.

Queer Carol

Udało się też pochwycić, nie tylko za sprawą charakterystycznych męskich stylówek, biseksualny rys przedwojennej aktorki. Blanchett, która karierę filmową rozpoczęła grając na wakacjach przypadkową rólkę cheerleaderki w egipskiej komedii o bokserach zatytułowanej „Kaboria” (1990), wraz z wiekiem i aktorską dojrzałością coraz lepiej odnajduje się w wyrafinowanych rolach queerowych. Bądź po prostu męskich. 

W „I’m Not There. Gdzie indziej jestem” (2007) Todd Haynes obsadził ją w jednym z sześciu wcieleń postaci wzorowanej na Bobie Dylanie. Scena londyńskiej konferencji prasowej, z bohaterem zmęczonym, wyobcowanym, mocno sarkastycznym, zachwycała „bezwysiłkowym” efektem – jakby to prawdziwy Dylan performował sam siebie. 

Z kolei niemiecki artysta Julian Rosefeldt w filmowej instalacji „Manifesto” (2015) powierzył Blanchett wszystkie trzynaście głównych ról, by uczynić z niej twarz głośnych programów ideologicznych i artystycznych XX w., a jednocześnie pokazać, do ilu przeobrażeń jest zdolna. Była więc robotnicą, choreografką, naukowczynią, maklerką czy bezdomnym mężczyzną i już za chwilę zobaczymy te wcielenia na wystawie w Toruniu.

Ukoronowaniem ról typowo queerowych była oczywiście kreacja w melodramacie „Carol” (2015) Todda Haynesa. Widać w niej tragiczne rozdarcie bohaterki, ale i ową aktorską dwoistość, jaka zarysowała się ongiś w australijskich rolach teatralnych. Tym razem oglądamy perfekcyjną panią domu z nowojorskiej klasy wyższej lat 50., w momencie, gdy wali się jej świat, bo zakochała się w dużo młodszej sprzedawczyni i aspirującej fotografce. 

To jej oczami patrzymy na dojrzałą Carol, stąd też owo fetyszyzujące spojrzenie, w którym odbija się zrazu ikoniczna Blanchett. Czyli kobieta wystylizowana i powściągliwa, ubrana w doskonale skrojone garsonki i takież pozory. Z czasem jednak chłodna uwodzicielka zamienia się w czułą kochankę, topniejącą pod wpływem zakazanego uczucia. I gotową przyjąć na siebie gigantyczne koszty swojej transgresji. Scena finałowego spotkania dwóch kobiet, zwłaszcza milcząca wymiana spojrzeń, to zaiste mistrzostwo aktorskiego minimalizmu.

Prymuska

Absolutną, wręcz nadludzką mistrzynią była również w roli Lydii Tár ze wspomnianego filmu Fielda. Chciałoby się rzec: maestrą, jakkolwiek sama bohaterka odrzuca to słowo, bowiem rozbiwszy batutą szklany sufit w renomowanej orkiestrze nie potrzebuje żadnego potwierdzenia. Ta wybuchowa mieszanka perfekcji, pasji, pychy i perwersji została stworzona w scenariuszu z myślą o Blanchett właśnie. 

Anegdota głosi, że kiedy jadący autem Field usłyszał telefoniczną odmowę od jej agentki (Cate miała wtedy inne plany na najbliższe trzy lata), stracił panowanie nad kierownicą i skasował pojazd. Nic dziwnego: trudno wyobrazić sobie inną aktorkę w roli tak wieloznacznej, w dodatku tak bezczelnie polemizującej i z rolami płciowymi, i z polityczną poprawnością. Mało która też byłaby aż taką prymuską, ucząc się niemieckiego, dyrygentury, gry na fortepianie (od węgierskiej pianistki Emese Virág) tudzież „intelektualnej” modulacji głosu (z archiwalnych nagrań Susan Sontag).

Chociaż jej bohaterka (jako artystka, szefowa, partnerka, lesbijka) co chwila przekracza rozmaite granice, Blanchett potrafi, i to znacznie bardziej niż scenarzysta, ją wybronić, a nawet dodać jej humorystyczny rys. Pozwala zobaczyć w niej domniemanego przemocowca płci żeńskiej, lecz także nawiedzaną przez duchy i tajemnicze głosy ofiarę własnych ambicji. Albo i świata niegotowego na zmianę tradycyjnych ról i karzącego kobietę dużo surowiej za jej przekroczenia.

Bankrutka w chanelowskim żakiecie

To zresztą częsty motyw przewijający się w losach jej bohaterek: degradacja, publiczny ostracyzm, skazanie na wieczną niesławę. Dlatego uznana, wiodąca idealne życie dokumentalistka z nowego serialu „Sprostowanie” musi skonfrontować się z najgorszą wersją siebie, opisaną w książce, która ma ją zniszczyć za realne bądź przypisywane jej występki z przeszłości. 

A może to jedynie fikcja literacka odwracająca, w imię ślepej zemsty, stereotypy związane z płcią? Najbardziej bezlitośnie obszedł się ze swą bohaterką Woody Allen w „Blue Jasmine” (2013), albowiem groteskowa mitomanka, która straciła wszystko ujawniając finansowe szwindle niewiernego męża, to chyba najtragiczniejsza postać w dorobku Blanchett. Mimo tego bankrutka w chanelowskim żakiecie, jadąca na prochach i procentach, raz jeszcze okazuje się budzącą współczucie ofiarą. Bo wprowadzając się do swojej siostry, tej mającej „gorsze geny”, i rozpaczliwie próbując odbudować społeczny status, wpada w kolejne pułapki swoich aspiracji, aż do samozatracenia.

I nie tylko grane przez Blanchett luksusowe kobiety doświadczają infamii i strącenia z piedestału. W „Notatkach o skandalu” (2006) Richarda Eyre'a gra londyńską nauczycielkę, żonę i matkę wykreowaną przez media na potwora z powodu jej romansu z piętnastolatkiem. Niewątpliwie naruszyła tabu i zasłużyła na potępienie, aczkolwiek staje się ono szczególnie dotkliwe, gdy przychodzi z najbardziej wrażliwych stron – od bliskiej rodziny i od starszej przyjaciółki, która dla własnych perwersyjnych celów próbowała wykorzystać jej zaufanie i słabość. 

Blanchett, uwolniona na chwilę ze swego perfekcyjnego i często dość monolitycznego wizerunku, potrafi wykrzesać z nas empatię dla zmysłowej i pogubionej w swoich namiętnościach kobiety, która, podobnie jak Carol, Tár, Jasmine, ostatecznie musi przyjąć odpowiedzialność za siebie. 

Głęboki głos

Swoją drogą, te obyczajowe skandale, z jakimi mierzą się (zasłużenie czy nie) jej postacie, nijak się mają do biografii Blanchett, prawie nieobecnej w tabloidach. Chyba że w związku z kolejną kreacją na czerwonym dywanie, jednakowoż aktorka występująca niegdyś w wielu reklamach luksusowych marek coraz częściej krytykuje publicznie celebrycką rozrzutność. Nie tak dawno, orędując za zrównoważoną modą, wystąpiła w szykownym topie zrobionym… ze starych łyżek, od bardzo niszowej projektantki.         

Być może w samej aparycji i sposobie bycia Blanchett jest coś, co nagminnie każe ją obsadzać w rolach kobiet pod pręgierzem. Każe wyglądać, błyszczeć, dominować, odnosić sukcesy, po czym obarcza ją winą, wyprowadza z równowagi, rzuca na kolana i odziera ze wszystkiego. 

Pewnie też ze względu na głęboki, niski głos angażuje się ją w trybie domyślnym, zapominając o jej rozległych możliwościach. Dubbingowała zresztą i postacie z kreskówek (w sequelach „Jak wytresować smoka”), i tajemniczą kobietę w scenie orgii z „Oczu szeroko zamkniętych”. Obok tego zaś stworzyła całą kolekcję ról niejako na autopilocie: ekscentrycznej i ambitnej designerki zaginionej w „Gdzie jesteś, Bernadette?”, Phyllis Schlafly, czyli tradwife, która stała się konserwatywną aktywistką polityczną w serialu „Mrs. America” (2020), lub drapieżnej dziennikarki telewizyjnej w „Nie patrz w górę” (2021). Wybitna aktorka ostatnio gra zdecydowanie za dużo i zbyt rzadko wyłamuje się ze schematów. Dlatego wydaje się, że sztuczna inteligencja nie miałaby żadnego problemu, by wygenerować modelową rolę dla Cate Blanchett.

Dziewczyna pracująca

Przynajmniej, gdyby AI poszła kluczem wyłącznie oscarowym, bowiem po drodze są jeszcze przepyszne komercyjne ekscesy w rodzaju królowej elfów czy Heli z komiksowego „Thora: Ragnaroka” (2017) Taiki Waititiego. Jednakże flirty z kulturą popularną nie zawsze służą boskiej Cate, a było ich całkiem sporo, od horrorów i westernów po przygody Indiany Jonesa czy ewidentne obsadowe nieporozumienie w niedawnym „Borderlands”, opartym na znanej grze komputerowej. 

Zanim rozpoczęła naukę aktorstwa, studiowała w Australii sztuki piękne oraz ekonomię. Dlatego gwiazda, która w swej filmografii potrafi zmieścić obok siebie wysokoartystyczną „Tár” i superbohaterskiego „Thora” z prawie dziesięciocyfrowym wynikiem kasowym, a na dodatek publicznie zabiera głos na temat płacowych nierówności na planach filmowych, powinna dbać nie tylko o rachunek ekonomiczny, ale także o ekonomikę własnej aktywności.  

Chciałoby się więcej Cate Blanchett w wydaniu mniej oczywistym, niekoniecznie tej większej niż życie czy bawiącej się takowym wizerunkiem niczym w „Zaułku koszmarów” Guillerma del Toro. Odnajdziemy ją na przykład u Jima Jarmuscha w czarno-białej nowelce „Kuzynki” z filmu „Kawa i papierosy” (2005). 

Oto w hotelowym lobby siedzą naprzeciw siebie dwie kobiety, sławna i szykowna blondynka oraz wyluzowana rockandrollowa brunetka. Tak naprawdę przy dymku i podwójnym espresso spotykają się po latach dwa różne światy, warstwy społeczne, temperamenty. Tudzież dwa modele aktorstwa. I mimo że scenka trwa zaledwie kilkanaście minut, łatwo zapomnieć, że w kadrze pojawia się ta sama aktorka. 

Choć przecież wcale nie potrzebuje ona ciemnej peruki, by przeistoczyć się w kogoś całkiem innego, czemu Blanchett dała dowód w mało znanym australijskim dramacie „Płotka” Rowana Woodsa, z tego samego roku. W zwyczajnych trampkach, z przekłutym nosem, gdzieś pomiędzy hollywoodzkim „Aviatorem” a „Babel” Alejandra Gonzáleza Iñárritu, gra dziewczynę pracującą w wypożyczalni kaset wideo, która chciałaby otworzyć własny biznes, ale ciągnie się za nią heroinowa przeszłość. Ta nieheroiczna rola w bardzo średnim filmie także mówi coś o aktorskim potencjale. Ze świecą szukać innych takich zapadających w pamięć filmowych płotek.   

Ognik w spojrzeniu

Tymczasem w ekranowej karierze rozpiętej między trzema kontynentami, pomiędzy rolami nieustraszonych dziennikarek, umierających staruszek, wrednych macoch, twardogłowych zakonnic i zawodowych przestępczyń, Blanchett znajduje czas, by występować na scenie (w ojczyźnie czy na Broadwayu), angażować się społecznie i robić o tym filmy (miniserial „Bezpaństwowcy”, 2020).  

Z mężem Andrew Uptonem w latach 2008–2013 pełniła szefostwo artystyczne w Sydney Theatre Company, współprowadzi niezależne studio produkcyjne Dirty Films i traktowana jest w Australii jak dobro narodowe. Kiedy ogląda się dziś „Oscara i Lucindę” Gillian Armstrong, nakręcone zanim jeszcze Blanchett założyła koronę i ruszyła na podbój świata, w roli zamożnej XIX-wiecznej awanturnicy o miedzianych włosach czuje się zapowiedź późniejszych przepysznych wcieleń. 

Oprócz warsztatu uwagę zwraca niespokojny ognik w jej spojrzeniu – oby nigdy nie zgasł ani nie stał się własną podróbką w następnych filmowych odsłonach. A że będzie to za chwilę ponowny występ u Jarmuscha („Father, Mother, Sister, Brother”), miejmy nadzieję, że wszechstronna maestra wyłączy na moment swojego autopilota.   


 

materiały prasowe

Galadriela 

Dziś trudno wyobrazić sobie ekranizację „Władcy Pierścieni” i „Hobbita” J.R.R. Tolkiena bez Cate Blanchett w roli czarodziejki z królewskiego rodu elfów. Jako jedyna zagrała we wszystkich sześciu częściach sagi. Choć pierwsza z trylogii, sfilmowana w latach 2001-2003, zarobiła w sumie trzy miliardy dolarów, aktorka skarżyła się niedawno w jednym z programów telewizyjnych, że – podobnie jak wielu innych aktorów – nie partycypowała w konsumpcji tego tortu. 

Jasmine/Jeanette  

Po „Blue Jasmine” (2013) Woody'ego Allena otrzymała drugiego w swojej karierze Oscara, za rolę pierwszoplanową. Żeby zagrać zdegradowaną żonę finansowego oszusta, aktorka naśladowała sposób ekspresji małżonki prawdziwego „wilka z Wall Street”. Po części było to również współczesne wcielenie Blanche DuBois z „Tramwaju zwanego pożądaniem” Tennesse‘ego Williamsa, czyli postaci, którą Blanchett grywała wcześniej na scenie.    

 

Lydia Tár/Linda Tarr

Wcielając się w pionierską dyrygentkę, Blanchett zajmuje niemal sto procent czasu ekranowego. Zarys scenariusza, a pewnie też i wiarygodność roli sprawiły, że doszukiwano się podobieństw do realnych postaci. Krytykowano też fakt, iż to kobieta dopuszcza się w filmie nadużyć władzy. Ze strony twórców było w tym jednak prowokacyjne zaproszenie do dyskusji – zwłaszcza że sama Blanchett znana jest z zaangażowania w politykę równościową i akcję #metoo.    

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 46/2024