Kiedy się skończył Stephen King? Oto moja pochwała długotrwałych relacji

Istnieją w życiu każdego artysty etapy najwyższej kondensacji twórczych mocy. Ale i w życiu wielbiciela istnieją okresy najwyższej kondensacji intelektualnej i emocjonalnej chłonności. Co potem?
Czyta się kilka minut
Tomasz Stawiszyński // Fot. Karol Paciorek dla „TP”
Tomasz Stawiszyński // Fot. Karol Paciorek dla „TP”

„Metallica skończyła się na »Kill’Em All«” – głosi popularny dowcip, którego potencjał komiczny bierze się naturalnie stąd, że Metallica tak naprawdę skończyła się na „czarnym albumie”. Każdy to przecież wie. Z jednym drobnym wyjątkiem – ja mianowicie uważam, że Metallica się od „czarnego albumu” zaczęła. No dobrze, żartuję, ale, jak wiadomo, w każdym żarcie jest tylko odrobina żartu, a reszta to prawda. Rzeczywiście, „czarny album” uważam za arcydzieło. Być może dlatego, że ukazał się w 1991 r., kiedy miałem ledwie trzynaście lat i życie nabierało niespotykanej intensywności. Wprawdzie moją największą muzyczną miłością było wówczas Depeche Mode, ale – dzisiaj już mogę się do tego bezpiecznie przyznać, taką mam przynajmniej nadzieję – kiedy tylko usłyszałem „Wherever I May Roam”, „The Unforgiven” oraz „Sad But True”, zrozumiałem, że świat się jednak nie kończy na „Personal Jesus”. I pomimo wszelkich obowiązujących w depeszowskiej subkulturze tabuizacji zacząłem „czarnego albumu” słuchać regularnie. Rzecz jasna, zawsze w stosownym odosobnieniu, żeby mnie przypadkiem nikt nie przyłapał. Słuchali tej płyty po kryjomu również inni depesze, a jakże, choć oczywiście zwierzaliśmy się sobie z tego niechętnie, z rzadka i wyłącznie tym, których uważaliśmy za najbliższych przyjaciół.

Przypomniałem sobie to dictum o „Kill’Em All” całkiem niedawno, kiedy wziąłem do ręki „Im mroczniej, tym lepiej”, najnowszy zbiór opowiadań mojego ukochanego Stephena Kinga. Owszem, w trakcie lektury towarzyszyły mi zupełnie inne emocje niż w tym samym, co premiera „czarnego albumu”, roku 1991. Bo tak się składa, że właśnie owego lata – ku wyraźnej trwodze babci oraz ciotki, sprawujących nade mną wakacyjny nadzór – samowolnie zakupiłem powieść „Misery” w księgarni w Podkowie Leśnej. Nie ukrywam, znęcony złowrogo-krwawą okładką…

A potem już wszystko, jak w dobrym horrorze, wymknęło się spod kontroli. Ten pierwszy kontakt z prozą mistrza, muszę powiedzieć, wbił mnie w fotel. W sensie jak najbardziej dosłownym: na fotelu, szczęśliwie miękkim i wygodnym, łapczywie pochłonąłem „Misery” w trakcie jednego popołudnia, które bezwiednie zmieniło się w wieczór i noc. Od tego momentu zaczęła się moja wielka miłość do Kinga. W księgarniach i na bazarach fanatycznie polowałem na jego książki – wyobraźcie sobie, nie było wtedy internetu – a kiedy już zdobycz wpadała mi w ręce, każdą czytałem co najmniej kilka razy. Pamiętam też, jak w 1993 r. ukazało się trzytomowe wydanie Kingowskiego opus magnum, czyli „To”. Wracając z warszawskiego bazaru Volumen – na którym, dzięki obrotnym bukinistom, zdobyłem to cudo na kilka dni przed oficjalną premierą – o niczym innym, przysięgam, nie marzyłem, jak tylko o tym, żeby natychmiast zapaść na jakieś przeziębienie i bez zakłóceń (pod postacią szkoły) przeczytać całość jednym ciągiem. Słabe na to wprawdzie miałem widoki, bo wiosna była w rozkwicie, ale opatrzność okazała się przychylna i niedługo potem w tajemniczy sposób wystąpił u mnie pełen zestaw grypopodobnych objawów.

Nie potrafię wskazać, kiedy dokładnie te emocje zaczęły się normalizować, entuzjazm spłaszczać, a anankastyczny odruch, żeby biec po każdą kolejną książkę natychmiast, kiedy się tylko ukaże – ustępować kontrolowanej niespieszności. Oczywiście, Kinga niezmiennie uważałem za autora wybitnego, niezmiennie uwodziła mnie jego zdolność portretowania amerykańskiej prowincji, tworzenia pełnokrwistych bohaterów, a nade wszystko – dostrzegania grozy w codzienności, nie zaś w starych gotyckich zamczyskach czy innych zmurszałych kryptach. Coraz częściej jednak znajdowałem w jego obfitej twórczości także i ewidentnie słabe pozycje, na początku lat dwutysięcznych zaś miałem wrażenie, że znalazł się w poważnym twórczym kryzysie (to skądinąd prawda – w następstwie wypadku, któremu uległ w 1999 r.). Zresztą większość rzeczy, które wydał po naprawdę genialnym „Worku kości” (1998), nie wprawiało mnie już w takie ekstatyczne uniesienia jak kiedyś. Przyznaję – przez długi czas trochę na Kinga narzekałem, trochę marudziłem, w duchu i stylu podobnym, co wspomniane na początku narzekania na Metallikę. I co te wszechobecne, odwieczne narzekania wielbicieli takich czy innych muzyków, pisarzy, malarzy czy filozofów, którzy to twórcy, zdaniem wielbicieli, nieodmiennie i nieuchronnie na czymś się zawsze kończą. A potem, od owego momentu, X to „już więcej nie jest to samo”.

Cóż, bez wątpienia istnieją w życiu każdego piszącego, nagrywającego czy malującego etapy najwyższej kondensacji twórczych mocy. Ale i w życiach ich wielbicieli istnieją również okresy najwyższej kondensacji intelektualnej oraz emocjonalnej chłonności. To całkiem naturalne – z wiekiem afekty i zaangażowania blakną, inne sprawy wywołują w nas ekscytację, inne rzeczy, jeśli w ogóle, działają na nas obezwładniająco. I chociaż lektura „Im mroczniej, tym lepiej” nie dostarczyła mi ekstaz i przerażeń takich, jak kiedyś „Misery”, „To” albo „Czwarta po północy”, to zarazem uświadomiła – nie ona jedyna, nie pierwszy raz – wartość i wagę tych długotrwałych relacji, w których pogodnie akceptuje się własną i cudzą zmianę, także wtedy, kiedy się ona łączy ze stratą (a przecież nieuchronnie się łączy). Nie ujmuje to tym relacjom nic z wyjątkowości, nie gasi ognia dawnych wzlotów i zachwytów, lecz jedynie ustawia je w stosownych pozycjach względem zagadkowych prawideł tego świata.  

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 23/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Kiedy skończył się King