Natrafiłam na badanie, według którego w 2012 r. przeciętny człowiek był w stanie patrzeć w ekran bez rozpraszania się przez 75 sekund, 10 lat później zaś przez 47. Nie miałam odwagi sprawdzić, jak sprawy miewają się u mnie, widocznie w pesymistycznym przeczuciu, że nie najlepiej. Nie muszę zresztą pewnie nawet mierzyć, bo widzę, co się dzieje.
To, że wzmaga się wciąż nawałnica rozproszeń, które sabotują ludzką pracę i odpoczynek, to banalna konstatacja, mówią o tym wszyscy, którzy mają cokolwiek wspólnego z obcowaniem z informacją. Wyjątkowo przykrym zjawiskiem, które temu towarzyszy, jest oddalenie się od rzeczy, które się naprawdę lubi.
I tracenie czasu miewa swoją gradację; przez wiele lat, gdy miałam ochotę pomigać się od obowiązków, wybierałam rzeczy ciekawe i pożyteczne, powiedzmy: czytanie starych artykułów albo choćby wsiąkanie w „królicze nory” Wikipedii. Dzisiaj coraz częściej orientuję się ze smutkiem, że szkoda mi czasu na takie twórcze i przydatne tracenie czasu, gdyż zajmują mnie rzeczy tak wysokiej rangi, jak czekanie na wiadomość, obawianie się, czy przypadkiem nie przyszła wiadomość lub sprawdzanie po raz kolejny, czy nie przyszła, a w międzyczasie co najwyżej sprawdzanie nagromadzonych powiadomień, których unikam w czasie pracy. Obijanie się straciło czar wagarów dla dorosłych, a stało się doświadczeniem przypominającym permanentne czekanie na autobus czy w poczekalni u lekarza.
Dzisiejszy świat ograbia z otwierających głowę doświadczeń, premiując te beztreściowe. Trwanie w głupim napięciu z obawy, że zajmując się czymś interesującym, przegapimy moment, gdy niebo spada nam na głowę, odbiera potencjalną satysfakcję z poczytania książki, obejrzenia filmu. Konieczność wyrażenia gotowej opinii wyprzedza przyjemność zastanawiania się. Impuls nazwania kogoś idiotą jest szybszy niż dopuszczenie do siebie poczucia miłej niespodzianki płynącej z poszerzenia sobie horyzontów.
Oczywiście jest to w znacznym stopniu wina posiadacza głowy, gdy zaniedba swoją silną wolę – choć trzeba przyznać, że w obecnych warunkach wola ta powinna stać się chyba wręcz żelbetowa. To jednak tyle demontaż odporności psychicznej, ile wciągnięcie się w szantaż przez efektywność (dużo i szybko – tak; dobrze – po co?).
Przypominałam ostatnio niezależnie różnym znajomym, jak odświeżająca i krzepiąca jest lektura książek Antoniego Kępińskiego. Przede wszystkim dlatego, że w przeciwieństwie do wielu publikacji z dziedziny współczesnej popularnej humanistyki są pisane własnymi słowami, a nie przy pomocy pokracznych kalk z akademickiej angielszczyzny i w stylu równie pozbawionym właściwości, co wyroby z generatorów tekstu.
Kiedyś zapisałam sobie gdzieś ku pamięci, że przyczyną najgorszego zmęczenia są „nuda i pośpiech”, zdumiona, jak słuszne pozostaje to twierdzenie, choć minęło ponad pół wieku. Teraz przypomniały mi się dla odmiany słowa, że „przyjemność życia w dużej mierze wiąże się z wysiłkiem, jakiego życie stale wymaga”. Lubię ten cytat, bo podkreśla zależność tych dwóch zjawisk od siebie, a nie czyni bezsensownego idola z czystego mozołu, co zdarza się dziś ludziom licytującym się z zapałem godnym lepszej sprawy na liczbę przepracowanych godzin. Żeby chciało się starać, trzeba poczuć, że warto, z kolei sam wysiłek bez przyjemności wynikającej z tego, że coś się nam udało, jest głupio-purytańską sztuką dla sztuki.
Aby jednak dotrzeć do tego punktu, trzeba być może przekroczyć trudną barierę: zmierzyć się z wątpliwościami, że coś nie jest efektywne, pożyteczne, „jakościowe”. Ostatnio np. wybrałam, dokładnie z tej przyczyny, lekturę znalezionych przypadkiem sporów krytyków literackich sprzed lat, poświęconych tematom całkowicie nieaktualnym, książkom, które mnie mało obchodzą, i przydatnych mi z dzisiejszej perspektywy absolutnie po nic.
Autorzy ci konstruowali piętrowe, zawikłane zdania, jakie zawsze lubiłam i które trzeba na wszelki wypadek czytać trzy razy, a do tego nie kładli kawy na ławę, zakładając, że bystry czytelnik najwyżej sobie doczyta. To było doświadczenie przyjemności życia jak u Kępińskiego i chyba wiem, dlaczego: to radość wiedzieć, że ktoś od nas wymaga dlatego, że szanuje nasze kompetencje.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















