Kard. Gerhard Müller bardzo się zdenerwował, że on, były szef Kongregacji Nauki Wiary, dostał tyle samo czasu na wypowiedź w trakcie pierwszej plenarnej sesji Synodu o synodalności, co każdy świecki uczestnik tego zgromadzenia. I że pozostali biskupi i arcybiskupi też nie mieli więcej czasu na swoje wystąpienia. Jeszcze większym skandalem dla kościelnych konserwatystów, których wyrazicielem kard. Müller jest nie od dzisiaj, było to, że podczas zatwierdzania synodalnych dokumentów głos każdego świeckiego liczył się tak samo, jak głos biskupa.
Czy można w ciągu kilku lat zmienić sposób funkcjonowania ogólnoświatowej instytucji, która kształtowała się ponad półtora tysiąclecia i została szczelnie obudowana sakralnym uzasadnieniem? Brzmi to jak pytanie retoryczne. Ale jednak – próbą takiej właśnie zmiany jest najważniejsze chyba dzieło pontyfikatu papieża Franciszka, czyli Synod o synodalności. Mówiąc wprost: chodzi o to, czy w Kościele katolickim nadal będą równi i równiejsi, ci, którzy rządzą i nauczają i ci (te), którzy (które) powinni zasadniczo słuchać, czy też na poważnie weźmiemy słowa Jezusa, że jeden jest Mistrz i Nauczyciel, a my wszyscy jesteśmy siostrami i braćmi (por. Mt 23, 7-10).
Ale przez ponad półtora tysiąca lat było inaczej. Inaczej ukształtowane zostało prawo, teologia i mentalność. I warto mieć w pamięci ten szeroki historyczny kontekst, gdy podejmuje się jakąkolwiek próbę oceny rezultatów synodalnego procesu. Proces ten wchodzi w swoją finalną fazę. W październiku odbędzie się drugie, ostatnie Zgromadzenie Plenarne Synodu, dla którego Watykan opublikował właśnie dokument roboczy, który ma być podstawą dyskusji.
Papież zdawał sobie sprawę, że rozmontowanie „piramidalnej” struktury katolicyzmu nie uda się od razu, dlatego zainspirował dość skomplikowany (i w katolickim Kościele dotąd rzadko spotykany) proces: konsultacji na różnych poziomach kościelnej struktury, zbierania opinii, centralnego formułowania wniosków na podstawie zebranych głosów, poddania tych wniosków pod ponowną ocenę „na dole” i ponowną syntezę dokonaną „na górze”. Dlatego cały proces został rozpisany na kilka lat i dlatego zaplanowano dwie sesje plenarne. Skomplikowane? Ryzykowne? Niedoskonałe? Zapewne. Ale jak inaczej sprawić, by wpływ na ewentualną reformę Kościoła miało jak najwięcej wierzących?
Synodalność po polsku i po niemiecku
Proces synodalny rozpoczął się w 2021 r., gdy Sekretariat Synodu sformułował listę pytań do rozważenia na najbardziej fundamentalnym szczeblu Kościoła – w parafiach i innych wspólnotach podstawowych. Odpowiedzi udzielane przez „zwykłych” wiernych zostały opracowywane w syntezach diecezjalnych, te zaś w krajowych i regionalnych. Na tej podstawie Sekretariat Synodu sformułował listę kilkunastu pytań, które były podstawą dyskusji na zeszłorocznym pierwszym Zgromadzeniu Plenarnym. Przegłosowany tam rezultat wspólnego namysłu został z powrotem rozesłany do konsultacji do Kościołów lokalnych. Komentarze zebrane przez krajowe Konferencje Episkopatów, wsparte pracą pięciu Grup Roboczych utworzonych przez Sekretariat Synodu, zostały zgromadzone w opublikowanym właśnie dokumencie.
Śledzenie zarówno treści tekstów powstających na wszystkich etapach, jak i tego, jak w różnych rejonach świata sam ów proces przebiegał, jest bardzo pouczające. Nie można przeoczyć różnic, jakie w podejściu do idei synodalności ujawniły się w różnych środowiskach i różnych Kościołach lokalnych. Najbardziej zaawansowany w synodalnym nawróceniu okazał się Kościół niemiecki. Niemcy rozpoczęli swoją „drogę synodalną” jeszcze zanim papież zwołał ogólnokościelny Synod, od początku też w znacznie większym stopniu włączali w prace osoby świeckie i w największym stopniu byli gotowi na wprowadzenie daleko idących zmian strukturalnych w funkcjonowaniu Kościoła – m. in. do dopuszczenia osób świeckich do rad, które miałyby możliwość ostatecznego podejmowania decyzji odnośnie do życia wspólnoty.
W innych Kościołach lokalnych, m.in. w Polsce, idea synodalności spotykała się z dużo większą rezerwą. Hierarchowie w większości wspierali watykańską inicjatywę tylko w minimalnym stopniu, a niewiele osób świeckich angażowało się w proces synodalny. Często zaś niemieckie propozycje reform i szybko wprowadzone rozwiązania używane były jako „straszak” przed groźbą rozmycia katolickiej tożsamości w procesie synodalnym.
Różnice pomiędzy Kościołami ujawniły się najpierw w przesłanych przed pierwszym zgromadzeniem plenarnym syntezach krajowych konsultacji synodalych. Niektóre z nich (nie tylko niemiecka) zawierały postulaty śmiałych zmian, na przykład udziału świeckich przy wyborze biskupów czy udzielania święceń diakonatu kobietom (i rozważenia dopuszczenia ich także do święceń prezbiteratu), albo pełnego włączenia w życie sakramentalne także ludzi żyjących w trwałych związkach tej samej płci. Były też syntezy znacznie ostrożniejsze, ograniczające się zasadniczo do pomysłów, jak zmniejszyć klerykalny dystans pomiędzy wspólnotami a ich duszpasterzami.

Przełamany monopol biskupów
Pierwsze plenarne zgromadzenie Synodu rozczarowało zwolenników radykalnych zmian doktrynalną ostrożnością. Najpoważniejsze teologicznie postulaty dotyczące święcenia kobiet, wobec różnicy zdań pomiędzy uczestnikami rzymskiej sesji, zostały odesłane do węższej grupy studyjnej, która miała przedstawić teologiczny raport następnemu, tegorocznemu zgromadzeniu.
Największe znaczenie ubiegłorocznej sesji polegało więc na tym, że pełnoprawnymi uczestnikami z prawem głosu były także osoby świeckie. Dopuszczenie świeckich do głosowania przełamało bowiem monopol biskupów na podejmowanie w Kościele decyzji. Wzbudziło tym samym opór środowisk konserwatywnych, których wyrazicielem był kard. Gerhard Müller: stwierdził on publicznie, iż rzymskie zgromadzenie straciło tym samym status Synodu.
Konserwatystom (m.in. abp. Stanisławowi Gądeckiemu) nie spodobała się też metoda prowadzenia obrad synodalnych – tzw. „rozmowa w Duchu Świętym”. Polega ona na wzajemnym słuchaniu i dzieleniu się (głównie w małych grupach) swoim doświadczeniem i sposobem rozumienia wiary, bez podejmowania polemik, przerywanym krótkimi momentami kontemplacyjnej ciszy. To doświadczenie okazało się jednak pozytywnie przyjęte i bardzo inspirujące dla większości uczestników synodu – i wiele Kościołów lokalnych postanowiło szerzej wprowadzać tę metodę w swoje życie wspólnotowe.
Warto w tym miejscu zauważyć pewien paradoks, który pojawia się w procesie reformowania katolicyzmu w kierunku większej synodalności. Dopuszczenie świeckich do głosowania na synodzie było decyzją papieża. Wprowadzenie takiej a nie innej metody obrad zależało od watykańskiego Sekretariatu Synodu. Obie decyzje były więc podjęte nie oddolnie, a odgórnie. Innymi słowy – Kościół katolicki jest na tyle scentralizowaną instytucją, że inicjatywę w procesie decentralizacji posiada (musi posiadać?) jego „centrala”.
Polska synteza
Podobnych paradoksalnych napięć w procesie synodalnym pojawia się więcej, a niektóre z nich ujawniły się wyraźnie w opublikowanym dokumencie roboczym. Z jednej strony już sam proces, który doprowadził do jego powstania, jest ogromną zmianą w sposobie funkcjonowania Kościoła. Nie było dotąd tak szeroko zakrojonego przepływu informacji i opinii pomiędzy „górą” a „dołami” kościelnej instytucji – i to przepływu dokonującego się w obie strony. Z pewnością w wielu lokalnych wspólnotach uruchomiło to konkretne procesy – możliwość wypowiedzenia własnego zdania bez obawy bycia oskarżonym o nieprawomyślność i odrzuconym wspiera doświadczenie własnej podmiotowości i sprawstwa, co wzmacnia zaangażowanie.
Z drugiej strony są miejsca, w których takie procesy cały czas funkcjonują na marginesie kościelnego życia. Przykładem jest choćby Polska. W konsultacjach synodalnych przed pierwszym Zgromadzeniem Plenarnym uczestniczyło niewiele osób i wspólnot. Jeszcze mniej było zaangażowanych w drugi etap tych konsultacji – pomiędzy pierwszą a drugą sesją plenarną. Dość powiedzieć, że nawet biuro prasowe rzecznika KEP miało trudności z ustaleniem, nie tylko, jak powstała polska synteza owego drugiego etapu konsultacji i co w niej jest, ale czy w ogóle została wysłana do Watykanu (niedawno synteza ta została opublikowana na stronach episkopatu, ale nadal trudno ustalić, jak powstawała i kto naprawdę jest jej autorem).
Można zaryzykować hipotezę, że właśnie różnice w zaangażowaniu w proces synodalny, jakie występują pomiędzy Kościołami lokalnymi oraz często sprzeczne postawy wobec samej idei synodalności i niezgodne oceny kluczowych teologicznych zagadnień są przyczyną tego, że treść dokumentu przygotowawczego do finalnej plenarnej sesji Synodu jest rozczarowująca. Z jednej strony znajdujemy w „Instrumentum Laboris” wiele fragmentów, które prezentują i uzasadniają teologicznie wizję Kościoła, w którym wszyscy słuchają Ducha Świętego i siebie nawzajem, w którym nikt nie jest wykluczony i marginalizowany oraz każda osoba może odnaleźć własne pole odpowiedzialności i ma realny wpływ na kształt wspólnoty.
Zasadniczy problem polega jednak na tym, że fragmenty, które podejmują kwestie, jak ową piękną synodalną wizję wcielić w konkret codziennego życia, są bardzo zachowawcze. Autorzy dokumentu roboczego wydają się nie zauważać, że synodalna duchowość musi się wcielić w konkretne struktury, zaś obecne struktury katolickich wspólnot nie powstały w oparciu o synodalnego ducha i mogą być poważną przeszkodą dla synodalności.
Diakonat kobiet i wybór biskupa
Tak na przykład mówi się o włączeniu kobiet we wszelkie procesy decyzyjne – ale dyskusja nad diakonatem kobiet została explicite z obrad Synodu wykluczona i przekazana do dalszego teologicznego badania przez Dykasterię Nauki Wiary. Decyzja ta nie uwzględnia zdania pierwszego plenarnego Zgromadzenia – w jego dokumencie końcowym postulowano, by takie teologiczne opracowanie tematu zostało zrobione w ciągu roku i przedstawione na drugiej plenarnej sesji Synodu. Temat diakonatu kobiet nie jest nowy, intensywny namysł nad nim towarzyszy całemu kilkuletniemu procesowi synodalnemu – grupa specjalistów mogła bez problemu przygotować w ciągu roku kompletne teologiczne „dossier” dla uczestników Synodu. Postanowienie Sekretariatu Synodu, by nie wnosić tematu diakonatu kobiet pod obrady drugiej sesji plenarnej, jest rozstrzygnięciem politycznym (niezgodnym z decyzją całego synodalnego zgromadzenia).
Kolejnym kluczowym zagadnieniem, któremu poświęcono sporo miejsca, jest konieczność uwzględniania głosu wszystkich członków wspólnoty przy podejmowaniu decyzji. Dokument roboczy postuluje, by na wszystkich poziomach kościelnej instytucji obowiązkowo tworzyć ciała doradcze, w których skład wchodziliby także ludzie świeccy – i to wybierani przez wspólnotę, a nie mianowani przez hierarchów. Tekst „Instrumentum Laboris” wyraźnie jednak zaznacza, że ostateczne rozstrzygnięcia pozostają w gestii hierarchów. Zresztą Watykan kilkukrotnie zdecydowanie krytykował niemiecką Drogę Synodalną właśnie za to, że dopuszczała świeckich do podejmowania ostatecznych decyzji.
Skoro jednak watykański dokument roboczy utrzymuje decyzyjny monopol hierarchów, to dla synodalnego funkcjonowania Kościoła kluczowy staje się sposób, w jaki biskupi i prezbiterzy uzyskują swój urząd. I tu czeka nas kolejne rozczarowanie. Dokument roboczy sporo miejsca poświęca transparentności kościelnych procesów decyzyjnych, podając wiele konkretnych i szczegółowych przykładów. Zupełnym milczeniem pomija jednak zarówno obecny całkowity brak transparentności procedur wyłaniania kandydatów na biskupów, jak i dalszą kwestię, czy wspólnoty kościelne mogą mieć jakikolwiek wpływ na obsadzanie hierarchicznych stanowisk – a przecież postulat, by świeccy brali udział w wyborach proboszczów i biskupów, pojawiał się w wielu lokalnych syntezach synodalnych.
Czy zwycięży lęk?
Tu oczywiście warto postawić pytanie, czy taka a nie inna postać tekstu „Instrumentum Laboris” wynika z treści nadesłanych do Watykanu odpowiedzi sformułowanych przez krajowe Konferencje Episkopatów, czy jest decyzją podjętą w samym Watykanie (na przykład ze względu na niemożliwe do pogodzenia rozbieżności pomiędzy głosami z różnych stron katolickiego świata).
Z polskiej perspektywy może się wydawać, że właściwa jest odpowiedź pierwsza. Treść przedstawionego przez Watykan dokumentu roboczego współbrzmi bowiem z tym, co zawarte jest w polskiej syntezie. Zawiera ona sporo ciekawych, konkretnych propozycji, jak można by włączać szersze grono osób w aktywny udział w życiu wspólnoty i jak formować osoby odpowiedzialne w synodalnym duchu. Przedstawia jednak tylko takie propozycje, które mieszczą się w obecnej strukturalnej i doktrynalnej katolickiej matrycy, wprost przestrzegając przed zmianami na tym poziomie katolickiej tożsamości.
Gdyby lokalne syntezy o treści podobnej do polskiej stanowiły większość głosów z Kościołów lokalnych i treść watykańskiego dokumentu roboczego odzwierciedlałaby tę dominującą tendencję, mielibyśmy do czynienia z klarownym przejawem synodalności. Kwestia jest jednak znacznie bardziej skomplikowana. Po pierwsze owe lokalne syntezy są znacznie bardziej zróżnicowane. Po drugie zaś, jak pokazuje przykład Polski, niekoniecznie są one zebraniem głosów ludzi – mogą być po prostu rezultatem pracy jakichś węższych kręgów skupionych wokół danej Konferencji Episkopatu. Można zatem postawić hipotezę, że Sekretariat Synodu podjął decyzję, by nie wnosić pod obrady Zgromadzenia Plenarnego najbardziej kontrowersyjnych – choć zarazem kluczowych teologicznie – kwestii, obawiając się, że osiągnięcie na październikowej sesji wspólnego stanowiska nie byłoby niestety możliwe.
Tak czy inaczej, trzeba jasno stwierdzić, że dokument roboczy Synodu o Synodalności jest bardzo śmiały w sferze synodalnej duchowości i bardzo zachowawczy odnośnie do kwestii, jak owa duchowość miałaby się zrealizować w konkrecie życia. Ta wewnętrzna sprzeczność treści dokumentu może – wbrew intencjom inicjatorów Synodu – zrodzić nowe problemy. Po pierwsze, jeśli konkretne kościelne struktury nie będą umożliwiać realizacji duchowej wizji, może to doprowadzić albo do wielu napięć wewnątrz kościelnych wspólnot, albo do tego, że ludzie będą realizować swoją duchowość poza kościelnymi strukturami.
Ta druga opcja – pozakościelnego realizowania synodalnej duchowości – jest dziś tym łatwiejsza, że współcześnie poza Kościołem można znaleźć bardzo wiele konkretnych form społecznej organizacji bardziej odpowiadającej duchowej wizji synodalności niż to, co wspólnotom katolickim umożliwia prawo kanoniczne.
Zapotrzebowanie na odwagę
Paradoks polega na tym, że pierwotne chrześcijańskie wspólnoty były w większości znacznie mniej zhierarchizowane niż obecna postać katolicyzmu – a żyły w społeczeństwie o znacznie większych nierównościach społecznych, niż istnieją dzisiaj. Później Kościół upodobnił się do feudalnego społeczeństwa. A potem to niekatolickie przestrzenie społeczne zaczęły się zmieniać w kierunku, który bardziej odpowiada duchowi synodalności niż aktualny kształt katolickiej wspólnoty. Dlatego w obecnej sytuacji kulturowej Kościół, nadal tak klerykalnie zhierarchizowany, jaki rysuje się na kartach synodalnego dokumentu, nie będzie (wbrew intencjom autorów tego tekstu) prorockim znakiem prawdziwie wspólnotowej natury człowieka.
Cała nadzieja w tym, że „Instrumentum Laboris” jest właśnie – tylko – tekstem roboczym. Istnieje zatem szansa, że uczestnicy październikowego plenarnego zgromadzenia Synodu okażą się odważniejsi niż autorzy opublikowanego dziś dokumentu i podejmą pominięte w nim tematy, a może i sformułują konkretne propozycje wskazujące, jak synodalna duchowość słuchania i współodpowiedzialności mogłaby się realizować także na poziomie strukturalnym kościelnej wspólnoty.
Tylko taki Kościół – bardzo różny od postaci, którą dziś znamy jako dominujący kształt sklerykalizowanego katolicyzmu – miałby być prorockim znakiem nadziei we współczesnym świecie, pełnym konfliktów i podziałów, osamotnienia, nierówności i niesprawiedliwości.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















