Memy z przebierańcami różnej maści, przyłączającymi się do procesji Bożego Ciała. Fotografie ołtarzy, zbudowanych pod sugestywnymi reklamami. To już coroczna czerwcowa codzienność w internecie. Warto zadać sobie pytanie, na ile świętowanie Bożego Ciała jest (wciąż jeszcze) wyrazem wiary ludu Bożego, a na ile (już jedynie) folklorem. Bo gdyby miało stać się pustym obrzędem, lepiej gdyby w ogóle zniknęło.
Pobożność ludowa to więcej niż folklor
Pytanie istotne, bo odnosi się nie tylko do uroczystości Bożego Ciała, ale do tzw. pobożności ludowej, której procesje są jednym z wyrazów. Nie chodzi bynajmniej o folklor czy ludowe zwyczaje. Owszem, pobożność ludowa może do nich nawiązywać, ale się w nich nie wyczerpuje. Nie jest pieśnią przeszłości, ale naszym głosem wiary – tu i teraz.
Nie chodzi więc o kobiety przebrane w ludowe stroje ani o powtarzanie starych nabożeństw i modlitw. W pobożności ludowej mieszczą się dziś, owszem, gorzkie żale, różaniec i odmawiane przy figurach litanie – ale również Ekstremalne Drogi Krzyżowe czy Marsze Trzech Króli. Każde pokolenie buduje własną pobożność ludową. Jest ona zawsze taka, jaki jest lud, który ją tworzy. Nowe pokolenia znajdują nowe sposoby odpowiadania Bogu i pozaliturgicznego oddawania Mu czci.
Z czasem sposoby te ulegają zużyciu. Przestają być czytelne. Jeśli nie wyrażają już wiary ludu, zastępowane są innymi. Nie ma w tym niczego złego. Przeciwnie – zmiany zachodzące w pobożności ludowej są dowodem, że wiara wciąż żyje, budzi w człowieku potrzebę mówienia własnym głosem, a nie tylko powtarzania słów przodków.
Dlatego właśnie pobożność ludowa powinna być obserwowana i poddawana refleksji. Warto stawiać pytania także o obchody Bożego Ciała: na ile nadal są naszym głosem, odpowiedzią i drogą.
Boże Ciało świętem miłości i jedności
Procesje Bożego Ciała są rodzajem teologicznej ikony wiary w realną obecność Chrystusa w Eucharystii. Jednocześnie, jako forma pobożności ludowej, różnić się będą w czasie i przestrzeni. Inaczej wyglądały sto lat temu, jeszcze inne będą za kolejnych sto lat. Inaczej wyglądają na wschodzie, inaczej na zachodzie Polski. Inaczej w wielkich miastach, inaczej na wsiach. W Krakowie współczesne kobiety wciąż noszą z dumą ludowe stroje odziedziczone po babciach. W Wielkopolsce nie nosiły ich nawet nasze prababcie.
Socjologiczne i teologiczne badania nad współczesną formą świętowania Bożego Ciała i zachodzącymi zmianami wciąż są, jak myślę, przed nami. Dziennikarz może jednak zapytać tych, którzy biorą udział w świętowaniu, co jest w nim dla nich ważne. A innych – dlaczego od niego uciekają.
– Od dzieciństwa to było dla mnie ważne święto – wspomina Anna. – Moja mama szykowała okna i ołtarze. Najpierw sypałam kwiatki, później nosiłam poduszki, sztandary, feretrony. Czasem mi się śni, że idzie procesja, a ja nie mam kupionych kwiatów. Sama też prowadziłam na procesję swoje dzieci, dekorowałam okna, robiłam ołtarze. Teraz jestem babcią i prowadzę wnuczkę do sypania kwiatów. Ale moje dzieci już tego nie robią. Dla mnie to przykry widok, że gdy idzie procesja, na boisku obok młodzi grają w piłkę, jakby nigdy nic. Owszem, modlę się, by trasa nie była długa i słońce za mocno nie prażyło, ale lubię to święto. I bardzo nie chcę, by było polityczne. Dla mnie jest wyrazem miłości i jedności.
Sentyment, wspomnienia z dzieciństwa, zwyczaj to argument częsty, choć nie jedyny. Równie ważne bywają też same przygotowania do procesji, które pozwalają się spotkać sąsiadom na innej płaszczyźnie i w innych okolicznościach – przy wymagającym współpracy zadaniu. Czasem to nawet ważniejsze przeżycie niż sama procesja.
Opowiada Hanna: – Ostatnie lata „wymydlam się” z procesji pod pretekstem budowania ołtarza. To fajna impreza. Zaczyna się dzień wcześniej. W naszej parafii każdy ołtarz robi inna wspólnota duszpasterska. Dobrze się znamy, spotykamy się razem i ustalamy, kto co robi, co gdzie ułożymy. Jeden wycina trawę, drugi skręca deski, inny jeździ po kwiaty i świeczniki. Zawsze ktoś przyniesie kawę i ciasto. Wiem, nie brzmi to podniośle, nasze Boże Ciało może nie jest bardzo rozmodlone, ale robimy coś wspólnie, na chwałę Bożą. To jest normalne, życiowe i dla mnie znacznie lepsze niż chodzenie i śpiewanie.

Sacrum i profanum Bożego Ciała
Najistotniejsze jednak, że wciąż nie gubimy istoty świętowania Bożego Ciała. Gdyby pozostawało ono jedynie w sferze zwyczaju czy wspólnototwórczego obrzędu, szybko groziłoby mu wypalenie, a za lat kilka czy kilkanaście straciłoby całkiem znaczenie. Tymczasem wiara tych, którzy trzymają się obrzędowości, wciąż wydaje się żywa.
– Boże Ciało i towarzysząca mu procesja jest w samym sercu mojego doświadczenia wiary – mówi Agnieszka. – Najlepiej oddają je słowa pieśni: „Zagrody nasze widzieć przychodzi i jak się Jego dzieciom powodzi”. Jest w tym święcie tyle bliskości z Jezusem, tyle czułej miłości do Niego, wdzięczności, że jest pośród nas... Jest też wspólnota i radość sąsiedzka. Gdy idę w procesji, widzę same znajome twarze. Pamiętam rok, gdy nasz sąsiad, architekt, zebrał cyfrowe zdjęcia mieszkańców parafii i zrobił z nich portret Jezusa. Bardzo to było wzruszające – Jego twarz, złożona z setek naszych małych twarzy. Bo przecież wszyscy jesteśmy w Chrystusie, a On jest w każdym z nas. Zawsze wzrusza mnie też, jak proboszcz, który jest po operacji biodra i kolana, z wielkim trudem, ale niezłomnie klęka przed Najświętszym Sakramentem. Boże Ciało to święto radosne i pełne miłości. Zawsze będę chodzić na procesje, no chyba że nadejdzie ciężka choroba albo kres życia.
W słowach, że „Jezus przychodzi do nas w odwiedziny”, wiele osób widzi teologiczną niespójność. Przecież Bóg obecny jest w naszym życiu zawsze i wszędzie. Tajemnica Jego wcielenia jest niczym innym, jak tajemnicą przepełnienia całego stworzenia Nim samym, tajemnicą ocalenia świata od przestrzeni „bez Boga”. Jako ludzie potrzebujemy jednak znaków. Odwiedzanie ulic z monstrancją niczego w realnej obecności Boga w świecie nie zmienia. Zmienia jednak nasze rozumienie tej tajemnicy, pozwalając doświadczyć jej wprost.
O duchowych przeżyciach, związanych z procesją Bożego Ciała, mówi też Iwona: – Doświadczam wtedy wspólnoty z Jezusem i ludźmi. Cudownie się w niej czuję. Jest spokojnie, modlitewnie, nikt się nie rozpycha, dla każdego jest miejsce, w parafii nie uprawia się polityki. Razem idziemy, śpiewamy, rozmawiamy i uśmiechamy się do siebie. Trochę jak droga do nieba. A może już w niebie? Prowadzi nas Jezus.
Agata wyznaje, że lubi procesje nie tylko ze względu na łączność z przeszłością, ale też jako refleksję nad tym, czy i jak niesiemy Jezusa innym. – To taka modlitwa połączona z wysiłkiem fizycznym, trochę jak na pielgrzymce. Mocno też wybrzmiewa Ewangelia czytana poza murami kościoła – przekonuje.
Procesja Bożego Ciała – demonstracja czy adoracja
Procesja jest też czasem adoracji, nawet jeśli wydaje się to trudne ze względu na tłumy i bogatą oprawę. Ale niektórym udaje się również w takich warunkach zachować wewnętrzną ciszę.
– Czas się dla mnie zatrzymuje – przekonuje Agnieszka. – Jezus to najważniejszy „powód”, dla którego idę. Skoro On idzie, idę i ja. Nie chodzi o żadną manifestację.
Podobnie odczuwa Aleksandra: – Na pewnym etapie życia bardzo ważna stała się dla mnie adoracja – wyznaje. – Całą procesję traktuję jak czas na nią. Dlatego staram się iść tuż za księdzem, żeby widzieć Pana Jezusa. To szczególnie ważne, bo w moim obecnym miejscu zamieszkania i sytuacji życiowej nie mam zbyt wielu okazji do adoracji, a brakuje mi jej bardzo mocno.
W patrzeniu na Jezusa w Najświętszym Sakramencie nie ma niczego, co byłoby przeciwne istocie Eucharystii, zawartej w słowach „bierzcie i jedzcie”. Karmienie się jest naszą codzienną koniecznością. A adoracja – momentem zatrzymania się i zachwytu nad tą pozornie prostą i powszechną czynnością. Czasem warto się nią zachwycić, uświadomić sobie, kto nas karmi – by w codzienności nie stracić z oczu sedna tajemnicy.

Boże Ciało: święto różnorodności postaw i zachowań
Edyta od lat zajmuje się fotografowaniem procesji Bożego Ciała. Ale nie patrzy na to wydarzenie tylko technicznie i zawodowo.
– Procesję przeżywam dwa razy. Ponownie, gdy już po wszystkim obrabiam i oglądam fotografie – mówi. – Lubię patrzeć na ludzi zaangażowanych tak, jak potrafią i chcą. Na mamy nerwowo biegające z reklamówkami napełnionymi płatkami kwiatów, żeby ich córkom nie zabrakło. Na babcie kucające, bo już nie dają rady uklęknąć. Na spacerowiczów, którzy przyszli, bo jest ładna pogoda. Lubię tę różnorodność postaw i zachowań, bo właśnie taki jest Kościół. Dla wszystkich. Dlatego wkurzają mnie ironiczne teksty i obrazki, które pojawiają się w okolicach Bożego Ciała, krytykujące tych, którzy na przykład nie klęczą, a kucają. Tacy jesteśmy, więc dlaczego na procesji mamy udawać?
Ks. Marek mówi, że trudno mu się skupić i modlić wśród kucających czy rozmawiających na głos ludzi. Irytuje go bezrefleksyjność uczestników procesji i traktowanie święta w kategoriach folklorystycznych. – Ale z drugiej strony widzę Jezusa, który idzie w tym tłumie – takim, jaki jest. Nie gorszy się. Idzie tam, gdzie my. My go przecież i tak nosimy w sobie, po komunii, po wyjściu z kościoła. Ale podczas procesji jest to zaznaczone w inny, wyraźny sposób. Moja mama opowiadała mi, że gdy byłem mały, trzymałem przed sobą oburącz butelkę z mlekiem i w ten sposób ćwiczyłem chodzenie. Uczyłem się chodzić, trzymając się pokarmu. Wraca mi ta myśl, kiedy niosę w czasie procesji monstrancję: uczę się chodzić, a On prowadzi, On mnie trzyma.
Wyczerpane symbole Bożego Ciała
Są w Bożym Ciele także takie elementy pobożności ludowej, które się wyczerpują, przestając być głosem współczesnego człowieka. Największe niezrozumienie budzi dziś zrywanie gałązek z brzóz przy ołtarzach – zwyczaj zabierania ich do domu zakorzeniony jest niemal w całej Polsce. Nasi przodkowie wierzyli, że przyniesione z procesji gałązki uchronią ich przed uderzeniem pioruna. Dziś to już tylko zabobon, w dodatku kojarzony z niszczeniem przyrody i wyrywaniem sobie nawzajem brzozowych witek.
Dla wielu osób problemem jest także oprawa procesji – jej poziom techniczny i estetyczny. Złe nagłośnienie, sprzęgające mikrofony, ołtarze robione z gotowych, drukowanych na plastiku, kiczowatych obrazków, łopatologiczne nawiązania do symboliki narodowej czy wprost politycznej – na te elementy, zniechęcające do procesji, zwraca uwagę wiele osób. Mimo tęsknoty za wspólnotowością i świadomości tego, co w procesji Bożego Ciała wydarza się na poziomie duchowym, nie chcemy uczestniczyć w wydarzeniu słabym na poziomie muzycznym czy plastycznym. Warto więc zadbać o dobry sprzęt, poszukać ciekawych pomysłów, znaleźć specjalistów. W dzisiejszym świecie nie jest to specjalnie trudne.
Tłum i kicz
Świat się zmienia, wraz z nim – także ludzie i ich pobożność. Jesteśmy przebodźcowani w codziennym życiu, otoczeni hałasem i tysiącami obrazów. W procesyjnym tłumie męczymy się, wiele osób stara się go unikać. Ludzie szukają pobożności, ale w ciszy, w kameralnym gronie, bez orkiestr i manifestacji.
– Dla mnie Boże Ciało to ważne święto – przyznaje Justyna. – Chętnie spędziłabym godzinę na adoracji Najświętszego Sakramentu, ale w tym dniu takich nie ma. Na procesję nie chodzę od dziesięciu lat. Nie lubię tłumów i przepychania się. Nie pomaga mi to w modlitwie. Nie umiem modlić się śpiewem, zwłaszcza w marszu, gdy każdy śpiewa w swoim rytmie. Z kolei iść tylko po to, by się pokazać, nie ma dla mnie sensu.
Katarzyna też unika procesji. – To zupełnie nie moja forma, głównie z powodu tłumu, nie do końca zainteresowanego Panem Jezusem. Być może ja źle rozumiem tę formę pobożności. W mojej parafii, dość dużej, ludzie podczas procesji gadają, śmieją się, rozmawiają przez telefon, jedzą lody. Taka fajna, piknikowa atmosfera. Tyle że w Bożym Ciele chyba nie o to chodzi.
Procesje Bożego Ciała pokazują, że pobożność eucharystyczna w Polsce z pewnością nie umiera. Być może będzie się zmieniać, wraz z nią także procesje. Może będą mniejsze i spokojniejsze? Może bardziej adoracyjne, a mniej demonstracyjne? Może szły będą w ciszy, przy spokojnym śpiewie, dziś bardziej odpowiednim dla sfery sacrum? Nie chodzi jednak o to, by zrywać z tradycją, ale by ją pogłębiać. Szukać sensu i istoty Bożego Ciała, nie tylko formy. Świat się nie zawali, jeśli zaczniemy je wyrażać własnym językiem. Przeciwnie: to będzie znak, że wiara jest w nas ciągle żywa.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















