Chałkoń i internetowe oszustwa

Ktoś niedawno napomknął zgryźliwie, że pisanie w poważnym czasopiśmie o takich błahostkach jak internetowe mody czy memy nie przystoi. Nie mogę się zgodzić.
Czyta się kilka minut
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara

Cały tydzień upłynął pod znakiem żartów o fikcyjnym pieczywie. W swobodnych rozmowach na żywo, w esemesach i na messengerze, rodzina, przyjaciele i współpracownicy wspominali o chałkoniu. Chałkoniu, czyli, przypomnijmy, kilkumetrowym koniu wykonanym z pieczywa, za którego pomysłowej i pracowitej autorce oczywiście nikt nie podziękował. Pewna strona, dodajmy, że całkowicie prawdziwa, wygenerowała obrazek z tym imponującym wypiekiem przy pomocy narzędzia opartego na sztucznej inteligencji. Oczywiście był to celowy żarcik, wykorzystujący popularny ostatnio, grubymi nićmi szyty format spamu: „nikt się ze mną nie przywita, bo pochodzę ze wsi”, „sama zrobiłam ten sweter, ale nikt mi nie podziękuje” (choć już fakt, że za tymi obrazkami najprawdopodobniej stoi sekta, a ich celem jest werbunek i wyłudzanie datków, jest zdecydowanie mniej zabawny).

Łatwo się żachnąć – to mało ważne sprawy, dziś chałkoń, jutro co innego. Ktoś niedawno napomknął zgryźliwie, że pisanie w poważnym czasopiśmie o takich błahostkach jak internetowe mody czy memy nie przystoi. Nie mogę się zgodzić; takie treści są składnikiem zupy życia codziennego i bywa, że nadają jej specyficzny posmak. Kiedy nie było jeszcze internetu, czujny autor mógł zwracać uwagę na poematy w toalecie (to dopiero niegodne), na to, co na targu powiedziała jedna pani drugiej pani i jakie krążą powiedzonka w mowie potocznej, na brzydkie, groszowe wydawnictwa, których nikt nie szanuje. Ignorując je czy uważając za niewarte zainteresowania „poważnego autora i równie poważnego czytelnika”, pomijamy coś, co nieraz stanowi o kolorycie swojego czasu i pozwala lepiej go zrozumieć. Archeolodzy sporo wiedzy też czerpią ze śmieci, a nawet z zawartości dawnych toalet. Nie ma co zatykać nosa.

I tak chałkoń – a raczej perfidne obrazki, którymi został zainspirowany – mówią coś ważnego o oszukiwaniu, budzeniu zaufania i pozorach. Komu bowiem nikt nie dziękuje, z kim nie chcą się witać? Z uosobieniem zdrowego rozsądku, skromności, trzeźwego myślenia i normalności, czyli rolnikami, pracownikami fizycznymi, gospodyniami (fikcyjnymi). To nie przypadek. Obrazki dzieci o smutnych oczach – to przedszkole wyłudzania. Prawdziwa sztuka to wkręcić kogoś, kto twierdzi, że nie da się go wystrychnąć na dudka, bo jest uzbrojony w potęgę chłopskiego rozumu. Najskuteczniejszy scam jest bowiem pisany dla wąskiej, ale doskonale zbadanej i wymierzonej grupy podatnych. Myślimy „ale to głupie”, a jednocześnie co roku tysiące ludzi wierzą w jakieś oszustwo. I niekoniecznie są to ludzie nieobyci w internecie.

Żyjemy, nie tylko w Polsce, w czasach ofensywy „zdroworozsądkowych” przekonań, choć pod tym hasłem najczęściej zazwyczaj zapewne rozumiemy swoje własne. Jednocześnie wśród naszego społeczeństwa trwa rys nieufności i liczenia na najgorsze, zatem trudno o gorsze piętno niż łatka naiwniaka, jelenia. Sporo krąży o tym powiedzeń: „nie urodziłem się wczoraj” (oburzone), „na jakim ty świecie żyjesz” (lekceważące), a ludziom, którzy np. nieświadomie podpisali niekorzystne dla siebie umowy, przypisuje się skrywane niecne pobudki albo „życzliwie” doradza, że „trzeba było myśleć”. Wielu ludzi bowiem sądzi, że są wystarczająco nieufni i zdroworozsądkowi, że nabierać to oni, ale nie ich. Nie uwierzyliby akwizytorowi w garniturze, gwieździe telewizji, profesorowi z Warszawy, bo ci mają pstro w głowie. Ale jak można się nie przywitać z prostym, rzetelnym, znającym pracę rąk, sztucznie wygenerowanym człowiekiem?!

Komunikat trafia w czuły punkt, w samo sedno dumy z chłopskiego rozumu. Widocznie naprawdę sprawni wyłudzacze i oszuści (czyli zaskakująco często ci, którzy celowo stosują ostentacyjnie durne metody) wiedzą o nas coś, z czego sami nie zdajemy sobie sprawy. Np. z tego, że bardzo chcemy, żeby ktoś nam powiedział: „człowieku, ty to masz łeb na karku i wiesz, co się w życiu liczy”, choćby był to wytwórca chałkoni. Pod tym względem obrazki wymuszające przywitania i podziękowania to jakiś straszliwy rodzaj majstersztyku (choć budzą też bardzo gwałtowne, negatywne reakcje wśród domniemanej grupy docelowej i użytkownicy zaczynają zachowywać się tak, jakby krzyczeli na telewizor albo upartego telemarketera, co niewątpliwie napełnia nadzieją). Przede wszystkim pokazują jednak ograniczenia „zdroworozsądkowego” spojrzenia na świat.

Uwaga chałkonie! // Fot. Olga Drenda

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 4/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Z wypiekami