Pomalutku, po cichutku z katalogu cech podziwianych wyparowała deklarowana niesprzedajność i nieprzekupność. Wydawałoby się, że to przepis na zdobycie murowanego zaufania w naszym społeczeństwie: przedstawiać się jako człowiek, który woli stracić, niż sprzedać duszę i mówić bądź robić coś wbrew sobie; który nie tańczy, jak mu zagrają. Chorągiewką być – to przecież wstyd, a już zwłaszcza dla pieniędzy. Takich ludzi podziwiali również i ci, których samych na podobne gesty stać by nie było.
Może jednak notowania takich wartości jak poczucie godności czy honoru ostatnio spadły, bo nasza przestrzeń publiczna stała się całkowicie nieodporna na urok tzw. griftu. Tak określa się charakterystyczną odmianę kanciarstwa, czyli celowe głoszenie tego, co się akurat w danej chwili opłaca, choćby jeszcze chwilę wcześniej swoją postawą – jako polityk, influencer, komentator – demonstrowało się coś zupełnie innego. To Kazikowy „wegetarianin, który wp… schabowe”, o ile okazałoby się, że zajadanie schabowych na wizji to obecnie treść bardziej pokupna – wtedy gotów będzie z dnia na dzień wyłonić się jako nowy człowiek.
Charakterystyczną cechą griftera jest to, że zazwyczaj sam nie wierzy w to, co mówi i robi, ale działa w przekonaniu, że nie ma takiego kłamstwa, w które ktoś by nie uwierzył. Są to zatem sprzedawcy kitu, ale także ludzie wyjątkowo łatwi do nabycia. Nic nie jest dla nich nieakceptowalne, obsceniczne, nie ma takich rzeczy, które nie przeszłyby im przez usta i nie istnieją dla nich dna zbyt głębokie, by na nie upaść.
Takie ruchy są szczególnie widoczne na platformach wideo, które pozwalają łatwo zarabiać na treściach. To zachęca do niespodziewanych wolt w tę stronę, z której czuć zapach klików i pieniędzy: utalentowana instruktorka makijażu nagle objawia się jako znawczyni tajemniczych „żeńskich i męskich energii”, sympatyczny doradca zdrowego żywienia wplata coraz częściej między przepisy toporną agitację polityczną, zdroworozsądkowy i wyważony dotychczas komentator zaczyna bez umiaru obrażać i oskarżać, zapomniana gwiazda nagle powraca – bez nowych piosenek, ale jako sojusznik oburzonych albo prorok niechybnej apokalipsy…
Odbiorcy zostali do pewnego stopnia wzięci z zaskoczenia. Przez wiele lat media społecznościowe przemawiały, przynajmniej czasami, głosem zwyczajnego człowieka. Nagrywanie siebie samego do kamery, zdjęcia z własnego domu, czasem teatralne demonstrowanie emocji publicznie przekonywało o autentyczności, a realne kariery ludzi takich jak my podtrzymywały przekonanie, że skoro już ktoś chce się podzielić swoją opinią, to musi mówić to, co naprawdę myśli. Media zwane niegdyś obywatelskimi, czyli blogi, profile, kanały wideo cieszyły się zaufaniem, bo sprawiały wrażenie niezależnych od partyjnych czy sponsorskich pieniędzy.
To dlatego nie zaszła jeszcze pełna ewolucja w kierunku „zawieszenia niewiary”, które publiczność od dawna stosuje, oglądając reality shows czy dokudramy: ich widzowie wiedzą doskonale, że to odgrywany format, który ma niezbyt udolnie imitować spontaniczność, i tego oczekują. W przypadku mediów, których atutem była zatarta granica między zawodowcem a amatorem, wciąż trwa proces przyzwyczajania się i rozpoznawania udawanej autentyczności.
W takich okolicznościach łatwo zrozumieć, dlaczego ktoś wierzy, że „tradycyjna pani domu”, która wygłasza mowy przeciwko pracującym zawodowo matkom w kuchni oświetlonej i zaaranżowanej jak studio telewizyjne i na profesjonalnie zmontowanych filmach, jest w istocie zwyczajną kobietą, która chce się tylko czymś spontanicznie podzielić, a nie sprytnie zarabiać na spektaklu oburzenia, który tworzy. Albo że ktoś naprawdę spotkał tych mitycznych dwudziestolatków, którzy odmawiają przyjścia do pracy, bo mają rano jogę.
Ale tylko do pewnego stopnia. Jest to bowiem również transakcja wiązana. Grifterzy oferują bowiem kuszący towar spod lady: uzależniające, choć nieco wstydliwe emocje. Nurzanie się w poczuciu krzywdy, prawo do gardzenia innymi, poczucie wyższości – i oni, i ich nabywcy wiedzą, jak przyjemnie jest dostarczać je sobie bez limitu. Dlatego nie przychodzi mi łatwo współczucie nabywcom kitu, choć jednocześnie wiem, że prawdopodobnie w każdym człowieku jest mała, brzydka plamka, która pod wpływem odpowiedniej sugestii potrafi rozlać się na całą duszę.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















