Czy można wybaczyć reakcję haha, czyli dlaczego unikam mediów społecznościowych

Komentowanie w mediach społecznościowych sprzyja nadmiernej szczerości, która coraz częściej prowadzi do konfliktów i psucia relacji międzyludzkich.
Czyta się kilka minut
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara

Czasem najtrafniejsze obserwacje docierają do nas zupełnie mimochodem. „Nigdy nie powinniśmy byli wiedzieć tyle o sobie nawzajem”, powiedziała kiedyś nieznana mi zupełnie osoba w zasłyszanej ukradkiem rozmowie o rozłamach w rodzinie, i zgadzam się z tym rozpoznaniem. 

Jej zdaniem przyczyną tych rozłamów, czasem na śmierć i życie, był nadmiar ujawnianych informacji o światopoglądzie. Ujawnianych tak hojnie oczywiście w internecie, bo w bezpośrednim kontakcie jednak trzeba się nieco mitygować, żeby codzienność miała w miarę znośny smak. A komentowanie czy reagowanie w internecie ma w sobie coś z fałszowania pod prysznicem, gdy wydaje się, że nikt nie słyszy. 

Nadmiar informacji w internecie a niszczenie relacji międzyludzkich

Tyle że słyszy. Ta nadmierna wylewność wyróżnia się przede wszystkim tym, że niepożądana wiedza dociera do nas niebezpośrednio, niekiedy przypadkiem. Dlatego działa tak niszczycielsko. 

Jest to bowiem odpowiednik bycia świadkiem obgadywania lub złośliwego komentowania za czyimiś plecami. Tak dowiadujesz się przypadkiem, że ktoś oddaje się z pasją zawiści, radości z cudzego wypadku, życzeniom zguby czy innym uczuciom, które zapewne każdy miewa, ale lepiej pozwolić im przeminąć w skrytości ducha. 

Albo człowiek, którego kojarzysz, z którym być może będziesz kiedyś musiał współpracować, któremu będzie wypadało podać rękę, zostawia pod twoimi słowami złośliwą reakcję „ha, ha”. A czy da się utrzymywać pozory szacunku wobec kogoś, o kim wiesz, że nie szanuje ciebie?

Uruchamianie odtwarzacza...

Można oczywiście wyciągnąć to na światło dzienne, lecz zbyt duże to ryzyko, że efekt okaże się małostkowy i śmieszny, trudno więc rozbroić tę bombę. Pozostaje więc kultywowanie po kryjomu małych uprzedzeń i niechęci.

Media społecznościowe a koniec neutralnej uprzejmości

Przyznaję, że to ostatecznie zniechęciło mnie do obecności w mediach społecznościowych: ta zbyt duża szansa, że dowiem się o kimś czegoś, czego wiedzieć nie chciałam. Zapewne nie ma czegoś takiego, jak zła czy zbędna wiedza, ale czasem staje się ona przeszkodą dla zwykłych, umiarkowanych społecznych relacji.

Jeszcze przed epoką komputerów osobistych sygnały tego zjawiska zauważył socjolog Richard Sennett, diagnozując koniec „człowieka publicznego”. Jego zdaniem poszukiwanie bliskości i szczerości przyniosło zarazem niespodziewany skutek uboczny we wzroście nieufności. Gdy każda sfera życia społecznego staje się potencjalnie osobistą, a personalnej urazy nie tłumi konwenans ani dyskrecja, ludzie ciążą w stronę najwęziej rozumianego podobieństwa, szukając bezskutecznie wystarczająco takich, jak oni sami. 

A czasem wystarczyłaby zwyczajna neutralna uprzejmość.

Różnice światopoglądowe w związkach i rodzinach

Podobno w ciągu pół wieku w USA podwoiła się liczba osób, które uważają związki „międzypartyjne” za niedopuszczalny mezalians, zupełnie tak, jakby przekonania nie były rzeczą nabytą, a niemal elementem DNA. 

Ze starej literatury reportażowej czy pamiętnikarskiej przypominam sobie historie o udanych małżeństwach między wierzącą żoną a mężem – zaprzysięgłym ateuszem, którzy się ze sobą jakoś dogadywali. Cóż, mieli ważniejsze sprawy na głowie niż debaty światopoglądowe, a do tego zapewne też gotowość do ustępstw i machnięcia ręką, że „niech już będzie” (co prawdopodobnie dzisiaj uchodzi, niestety, za wyraz zbyt małych ambicji).

Nie ma co oczywiście malować jakiegoś idealnego obrazka powszechnej zgody, ale może odrobina pragmatyzmu, podpowiadającego, by trzymać czasem język za zębami, nie jest zła. Koniec końców najważniejsza jest ostatecznie weryfikacja w tak zwanym praniu, gdy często okazuje się, że opinie i sądy nie mają najmniejszego znaczenia względem tego, co robimy.

Prywatność poglądów jako świadomy wybór

Duże wrażenie zrobiła na mnie niegdyś osoba, która zaciekle broniła swojego prawa do nieujawniania informacji o tym, na kogo zamierza głosować, nawet najbliższym domownikom, kwitując to krótko: nos w sos. Nie chodziło tutaj o upór dla samego uporu czy o dążenie do utrzymywania jakichś obłudnych pozorów ogólnej zgody, ale o uszanowanie faktu, że myśli i przekonania mogą należeć do sfery prywatnej, w niej ewoluować, a czasem umierać śmiercią naturalną. 

Sama również – oczywiście przy pełnej świadomości, że ludzie często nie mogą wytrzymać bez przypisywania komuś przekonań na wyrost – mam nadzieję takim człowiekiem pozostać.

Nie haha! // Fot. Olga Drenda

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 06/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Czy można wybaczyć „ha, ha”