„Ja, kapitan”: karawaną przez piekło

Na pytanie, co należałoby zrobić, aby Sahara i Morze Śródziemne nie stały się jednym wielkim cmentarzem, reżyser „Ja, kapitan” mówi „nie wiem”. Po prostu opowiada przykładową, mocno zagęszczoną, szarpiącą emocjami historię, bo tylko tyle jako filmowiec może zdziałać.
Czyta się kilka minut
Kadr z filmu pt.„Ja, kapitan” w reżyserii Matteo Garrone. // Fot. Aurora Films/ Materiały prasowe
Kadr z filmu pt.„Ja, kapitan” w reżyserii Matteo Garrone. // Fot. Aurora Films/ Materiały prasowe

Mówi się, że ten film kończy się tam, gdzie rozpoczynała się „Zielona granica” – opowiada jednak o zupełnie innym szlaku migracyjnym, tym wiodącym przez Morze Śródziemne, i skupia się na jego afrykańskim odcinku. W filmie Agnieszki Holland pojawiła się scena (być może życzeniowa, ale przecież możliwa), w której trzech nastolatków z Afryki, przedostawszy się na polską stronę, znajduje gościnne schronienie w podlaskim domu. I tam, po wspólnej kolacji, rapują po francusku z polskimi rówieśnikami. Wśród tych gości mógł być Seydou (Seydou Sarri) i Moussa (Moustapha Fall), gdyby wybrali inną trasę z Senegalu do swojej „ziemi obiecanej”. Też śpiewają i marzą o karierze w międzynarodowym show-biznesie. 

Tyle że Matteo Garrone wraz ze współscenarzystami, Massimem Ceccherinim i Massimem Gaudioso, relacjonują ich odyseję zupełnie innym niż polska reżyserka językiem. Albowiem „Ja, kapitan”, jakkolwiek niestosownie to zabrzmi, jest raczej angażującym kinem przygodowym aniżeli oskarżycielską interwencją humanitarną. W taki sposób daje swoją lekcję empatii i zarazem ostrzeżenie dla tych, co dopiero ruszają w drogę – o ile kiedykolwiek będzie im dane zobaczyć ten film w swojej ojczyźnie.

„Ja, kapitan” dostarcza w pierwszej kolejności fabularyzowanej i uatrakcyjnionej filmowo lekcji poglądowej, jak może wyglądać droga do Europy. I dlaczego ktoś decyduje się zostawić za sobą wszystko i jechać w nieznane. Charakterystyczne, że twórcy filmu zrazu nie przedstawiają afrykańskiej rzeczywistości w strasznie ciemnych barwach. Chłopaki uciekają od biedy, ciasnoty, braku perspektyw, lecz dopóki nie opuszczą macierzystego Dakaru, są przynajmniej u siebie. Otacza ich rodzinne ciepło, ojczysty język i swojska, pokazana z biglem kultura. Nie bardzo wiedzą, w co się pakują, kiedy przez pół roku odkładają po kryjomu zarobione pieniądze na daleką podróż i snują swoje fantazje rodem z telewizji czy internetu. Gdyby oczyma wyobraźni zobaczyli siebie w morderczej trasie, a potem (i nie byłby to scenariusz najgorszy) jako bezdomnych, ściganych czy sprzedających chińskie badziewie na ulicach zachodnich miast, być może zmieniliby plany. Namawia ich do tego miejscowy czarownik, wyjazd odradza pośrednik pierwszego kontaktu, ostrzega matka, kiedy wreszcie dowiaduje się o zamiarach Seydou i jego kuzyna.

„Ja, kapitan” to więc rzecz zarówno o determinacji, desperacji, jak i o naiwności. „Ahoj, przygodo!” chciałoby się razem z nimi zawołać, gdy ruszają autobusem przez Saharę, filmowaną bajecznie przez Paola Carnerę, z daleka wyglądającą niczym turystyczne safari. Zabawnie jest nawet wtedy, gdy chłopcy zmuszeni są ukryć resztki gotówki w intymnych częściach ciała. Lecz chwilę potem nie będzie już miejsca na awanturnicze perypetie dwóch czarnoskórych wyrostków w podróbkach znanych marek – scenarzyści zafundują im bolesne zderzenia z każdym możliwym ryzykiem.

Spiętrzenie horrorów bywa w filmie tak ogromne, że wywołuje pragnienie: „niechaj to wreszcie się zakończy, niech lepiej wracają do domu!”. Ale od pewnego momentu odwrotu nie ma i emigrancki los coraz bardziej sypie bohaterom piaskiem w oczy. Kiedy wędrują długą uchodźczą karawaną przez Mali, Niger, Libię, by przedostać się do upragnionych Włoch, na każdym kroku padają ofiarą oszustów, szantażystów czy lokalnych mafii przemytniczych. Zmusza się ich do zmiany tożsamości, są przetrzymywani w nielegalnych obozach, poddawani torturom, sprzedawani na targu niewolników. Mimo to, a może właśnie dlatego, Garrone tak łapczywie chwyta się nielicznych gestów solidarności czy troski o tych, którzy dzielą z Seydou podobny los. Zalękniony wyrostek staje się tu postacią wręcz heroiczną i w tym samym stopniu, co o jego przetrwanie, toczy się nieustanna walka o jego człowieczeństwo. I łatwo się domyślić, za jakimi sterami będzie musiał stanąć małoletni capitano. A włoski reżyser wie, jak podkręcić napięcie, byśmy trzymali kciuki za tytułowego bohatera aż do końca.

Ktoś powie, że Garrone również prezentuje perspektywę naiwną wobec tego, co eufemistycznie nazywa się dziś kryzysem uchodźczym i co w ojczyźnie reżysera jest problemem na ogromną skalę. Nie idźmy jednak śladem niektórych widzów „Zielonej granicy”, traktujących ją niczym łże-dokument. Tego rodzaju kino ma przede wszystkim uruchamiać wyobraźnię i wrażliwość, przytępione przez klikbajtowe nagłówki, propagandowe wrzutki, suche statystyki, przez kolejne anonimowe zwłoki. Na pytanie, co należałoby zrobić, ażeby Sahara i Morze Śródziemne nie stały się jednym wielkim cmentarzem, reżyser „Ja, kapitan” mówi „nie wiem”. Po prostu opowiada przykładową, mocno zagęszczoną, szarpiącą emocjami historię, bo tylko tyle jako filmowiec może zdziałać.

Tak, jest to jeszcze jeden film robiony „w sprawie” i wcale się tego nie wstydzi. Wybór takiego właśnie bohatera – ufnego, prostolinijnego, nieznającego życia – narzuca zarówno optykę, jak i styl. Mamy za nim podążać, przeżywać razem z nim, doświadczać emigranckiej gehenny, ale też od czasu do czasu oderwać się od ziemi. Chociaż „Ja, kapitan” nie ma tej onirycznej finezji, którą miał „Atlantyk” (2019) Mati Diop czy „Berlin Alexanderplatz” (2020) Burhana Qurbaniego, pozwala sobie na małe odloty. Nawet w dosłownym tego znaczeniu, jakkolwiek wizje lewitacji nad pustynią czy nad dakarskim domem Seydou mogą być niczym innym, jak obrazami zrodzonymi w malignie, wywołanej podróżnym wycieńczeniem. Nie zmienia to faktu, iż włoski film również nie udaje dosłownej rekonstrukcji i zdecydowanie woli konwencję brutalnej baśni, w czym zresztą twórca „Dogmana” zdążył się wyspecjalizować.

Częściej niż o chłopackiej brawurze oglądamy film o strachu, samotności i próbach ich przezwyciężenia w ekstremalnych okolicznościach. Zaś podejrzany dla niektórych filmowy rozmach, z jakim odbywa się ta podróż, służy nie olśniewaniu widza czy eksploatowaniu tematu, a prostej identyfikacji. Bardzo klasycznymi środkami daje odczuć na własnej skórze pustynny i morski bezkres, zagubienie w miejskiej dżungli, bezradność wobec przemocy, a do tego powolny upływ czasu i wielką niewiadomą na horyzoncie. Bo przecież tułaczy koszmar Seydou, którego historia jest kompilacją co najmniej kilku autentycznych losów, zdaje się nie mieć końca. Powstają nowe filmy, wzruszamy się na nich, stawiamy mądre diagnozy, a karawana idzie dalej.

„JA, KAPITAN”  („Io capitano”) – reż. Matteo Garrone. Prod. Włochy/Belgia/Francja 2023. Dystryb. Aurora Films. W kinach od 16 sierpnia.

Matteo Garrone to jeden z najważniejszych współczesnych włoskich reżyserów. Międzynarodowy rozgłos przyniosła mu „Gomorra” (2008, Grand Prix w Cannes) na podstawie reportażu Roberta Saviano. Potem było „Reality” (2012), „Pentameron” (2015), „Dogman” (2018) czy „Pinokio” (2019). Najnowszy film, „Ja, kapitan”, był nominowany do Oscara i obsypany wieloma nagrodami. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 33/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Karawaną przez piekło