Reklama

Gramatyka i widzenie rzeczy

Gramatyka i widzenie rzeczy

11.09.2017
Czyta się kilka minut
Spolszczenia utworów Flauberta może się podjąć tylko ktoś, kto wszystkie niuanse gramatyczne (a nawet interpunkcyjne) słyszy i traktuje z podobną pieczołowitością, co sam autor.
Catherine Rouvel i Jean-Pierre Léaud w serialu telewizyjnym „Szkoła uczuć” według powieści Gustava Flauberta, 1973. GEORGES GALMICHE / AFP / EAST NEWS
F

Flaubert pisał „Szkołę uczuć” przez 56 miesięcy, zaczerniając około pięciu tysięcy kartek brulionów. W czasie tych żmudnych przygotowań sporządził niezliczoną liczbę notatek, sięgając do artykułów prasowych z epoki – zwłaszcza z roku 1848, kiedy Francja na powrót stawała się republiką, i z roku 1851, kiedy okazało się, że stała się nią tylko na chwilę.

Gdyby ktoś na podstawie tych danych spodziewał się wielotomowego historycznego fresku z mnóstwem wydarzeń i politycznych coups de théâtre, poważnie by się mylił. Nie taki był cel Flauberta. Na dobrą sprawę, gdyby chciał, wydarzenia mógłby odtworzyć z pamięci: kiedy pisał swoją powieść, dzieliło go od nich ledwie kilkanaście lat. „Szkoła uczuć” nie spełnia więc warunku z najbardziej rozpowszechnionej definicji powieści historycznej – powinna to być opowieść o wydarzeniach sprzed narodzin autora. Jeśli Flaubert sięga po gazety z połowy wieku, to czyni to głównie po to, by – swoim zwyczajem – szukać w nich komunałów i językowych śladów ludzkiej głupoty. Pisząc o roku 1848, sięga głównie do czasopism prawicowych; o sytuacji trzy lata późniejszej opowiada raczej z perspektywy lewicy. Wsłuchuje się w głos przegranych.

Ale przegranym jest u Flauberta niemal każdy. Kto czytał „Panią Bovary”, pamięta tragedię właściwie wszystkich głównych bohaterów. Nawet ostatnie zdanie powieści – „Właśnie dostał krzyż Legii” – informujące o triumfie aptekarza Homais’go, oznacza klęskę uczciwości i przyzwoitości. W „Szkole uczuć” Flaubert jest chyba jeszcze bardziej bezlitosny. Ostrze jego ironii nie oszczędza nikogo, od Fryderyka i pani Arnoux po postaci, których nie zdążymy nawet dobrze poznać, a już wiemy, że poznać ich byśmy nie chcieli. A jeśli już kogoś polubimy, takiego dajmy na to Dussardiera, to oczywiście musimy przyglądać się jego życiowym porażkom.

Bohaterów Flauberta można jednak nazwać antybohaterami również w sensie czysto literackim: rzadko kiedy posiadają wyraziste rysy, czy to fizyczne, czy to psychologiczne, raczej poddają się biegowi wydarzeń, niż stają się ich podmiotem. Nie sposób się z nimi utożsamić – nie tylko dlatego, że budzą głównie naszą odrazę i współczucie, ale dlatego, że nie pozwala nam na to Flaubertowska narracja. Wycofanie tradycyjnego narratora wszechwiedzącego nie oznacza w „Szkole uczuć” opowiadania z perspektywy postaci – czytelnik raczej patrzy jej przez ramię, jak w XX-wiecznej prozie Faulknera czy Camusa. Bo też z literaturo- znawczej perspektywy Flaubertowi bliżej do nich niż do Balzaka czy Stendhala.

Tak, chcąc przekonać do wielkości tej książki, trudno uniknąć wchodzenia w teoretyczne, techniczne czy gramatyczne szczegóły. Właśnie tam bowiem rozgrywają się rzeczy najciekawsze – tam rozgrywa się właściwa akcja „Szkoły uczuć”. Proust powie o Flaubercie, że użyciem gramatyki odnowił nasze widzenie rzeczy. Czym dokładnie? Użyciem czasu przeszłego niedokonanego, trybu przypuszczającego, spójnika i średnika. To nie żarty. Delikatne rozchwierutanie skostniałej od dobrych dwóch stuleci francuskiej składni to już nie byle co. Zaprzęgnięcie jej na usługi wszechobecnej ironii – to istny pisarski majstersztyk.

Dlatego spolszczenia tych utworów może się podjąć tylko ktoś, kto wszystkie te niuanse usłyszy i podejdzie do nich z podobną pieczołowitością, jak sam autor. W rozmowie z Zofią Zaleską tłumacz „Szkoły uczuć” zwraca uwagę, że „w przypadku tłumaczenia tekstów Flauberta oddanie sensu to zdecydowanie za mało, trzeba starać się oddać piękno tej prozy, a ono kryje się w technice – w rytmie i melodii zdania, w liczbie sylab, w użyciu spójników, powtórzeniach, czasach gramatycznych itd.”. Wcześniejszym tłumaczom tej powieści – Tadeuszowi Jakubowiczowi i Anieli Micińskiej – trudno zarzucić jakieś poważne błędy, a w każdym razie nie ma ich zbyt wiele. Ale dopiero w przekładzie Ryszarda Engelkinga – któremu zawdzięczamy też nowe tłumaczenie „Pani Bovary”, jak również doskonałe przekłady Baudelaire’a, Rétifa de La Bretonne’a czy „Ewy jutra” Villiersa de L’Isle-Adam – niektóre fragmenty powieści brzmią jak poematy prozą, inne zaś obnażają głupotę bohaterów, wkładając w ich usta stek frazesów. Bo głupotę lepiej słychać, niż widać. ©

Gustave Flaubert, „Szkoła uczuć”, przeł. Ryszard Engelking, Sic!, Warszawa 2016

TOMASZ SWOBODA (ur. 1977) jest tłumaczem i krytykiem przekładu, autorem książek „To jeszcze nie koniec?” i „Historie oka. Bataille, Leiris, Artaud, Blanchot”. Tłumaczył na polski m.in. Baudelaire’a, Sartre’a, Barthes’a, Derridę, Foucaulta. Laureat Nagrody „Literatury na Świecie”.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]