Reklama

Ładowanie...

Literackie cuda

Literackie cuda

22.08.2022
Czyta się kilka minut
Dzięki nominowanym w tym roku tłumaczom, i to zarówno w ponownych przekładach klasyki, jak i powieściach pojawiających się w polszczyźnie po raz pierwszy, możemy z uwagą śledzić nie tylko fabuły, ale też to, co dzieje się w samym języku.
C

Czytelnicy, których medialny rozgłos wokół książki i popularne nagrody raczej odstraszają, niż przyciągają, mieli uzasadnione powody, by do powieści Mariekego Lucasa Rijnevelda podchodzić jak do jeża. Do tego wszystko w niej jest jakby znane i zgrane: traumatyczne przeżycia z dzieciństwa, życie na wsi, religijne zasady, odkrywanie seksualności i śmierci, zmagania z dojrzewającym ciałem... A jednak „Niepokój przychodzi o zmierzchu” nie jest kolejnym fabularnym wypracowaniem na zadany temat. Rijneveld unika poetyki nadmiaru, ale nie wpada też w pułapkę przesadnej narracyjnej surowości. W tej powieści wszystko jest na swoim miejscu, mimo iż ukazany tu świat został do cna rozregulowany. Na swoim miejscu są przede wszystkim zdania i pojedyncze słowa: Jerzy Koch ocalił w polszczyźnie zdumiewająco subtelne językowe napięcie, jakim tchnie powieść Rijnevelda. Pozwolił nam wsłuchać się w głos bohaterki – to wcale nie tak częsty literacki cud.

Jakże lubimy ponowione przekłady klasyki! Możemy wtedy z czystym sumieniem porzucić gonitwę za fabułą – przecież znamy ją, w tym wypadku nie tylko z wcześniejszego tłumaczenia czy oryginału, ale i z Homera – by skupić się na pracy, jaką wykonał tłumacz. A „Ulisses” Jamesa Joyce’a to powieść wręcz stworzona do tego typu perwersyjnej rozrywki (mam na myśli zarówno tłumaczenie, jak i lekturę). Wpadamy w istną językową kipiel, kadłub trzeszczy, toniemy, przepadamy bez wieści, zawsze mając jednak w zanadrzu ratunkowy gest w postaci zamknięcia książki – gest, którego nie chcemy wykonać, bo za sterami stoi Maciej Świerkocki, a my już po paru stronach bezgranicznie mu ufamy, więc śmiało ruszamy w narkotyczną podróż po rubieżach języka, brniemy dalej, zmyślona zaś i jak nigdy prawdziwa rzeka Liffey wyrzuca naszą łajbę na głęboką wodę.

Powieść Györgyego Konráda to z pozoru najmniej efektowna z pozycji nominowanych w kategorii Przekład. Streszczona jako historia pracownika opieki społecznej, który mniej lub bardziej sumiennie wykonuje swoje obowiązki, aż w końcu wprowadza się do mieszkania jednego z podopiecznych, brzmi jak późna imitacja Franza Kafki. Trop ten nie musi być zresztą do końca błędny: analiza aparatu władzy i administracji jest tu najwyższej próby, a obraz zamkniętej przestrzeni godny autora „Procesu”. Konrád przemawia jednak zupełnie innym głosem – pełnym goryczy i sarkazmu, namiętnie powracającym do pewnych słów i spostrzeżeń, drobiazgowo opisującym poszczególne elementy na poły realnego, na poły sennego uniwersum. Na pierwszy plan wychodzi zatem język, w jakim ten świat jest konstruowany i opowiadany. Dzięki Karolinie Wilamowskiej nie trafimy w „Kuratorze” na żadną fałszywą nutę: wierzymy w każde nieszczęście, w każdą rozpacz i w każdą klęskę.

Kto by pomyślał, że w takich czasach dostaniemy pełen polski przekład „Opowieści kanterberyjskich”? I to nie przekład zbiorowy, z przytłaczającym aparatem krytycznym, owoc jakiegoś akademickiego grantu, lecz dzieło jednego zapaleńca, gotowe do czytania, do czytania właśnie przeznaczone, może nawet do tańca i do różańca, tak rubaszne i poważne zarazem. Na pewno zaś zachęcające do głośnego czytania i słuchania: tłumacz bowiem, Jarek Zawadzki, postanowił wciągnąć nas w wartki rytm Chaucerowskiego wiersza, a nade wszystko zadbać o to, żebyśmy ów wiersz zrozumieli, a wraz z nim – całe bogactwo średniowiecznego świata ustnych opowieści. Perypetie możnych i ubogich, zwierząt i ludzi, kłótnie i bójki, agonie i miłostki – XIV-wieczny autor odmalowuje ów świat śmiałą kreską, a współczesny tłumacz równie śmiałą kreską nam go udostępnia.

Dzieciństwo, młodość, dorosłość: te trzy etapy życia tworzą kompozycyjny porządek „Trylogii kopenhaskiej” Tove ­Ditlevsen. Pierwszy naznaczony jest biedą, drugi – odkrywaniem literatury, trzeci – uzależnieniem od farmaceutyków. A, są jeszcze miłość, choroba i śmierć. I to byłoby właściwie wszystko – gdyby nie poczucie, że w ten sposób nie powiedziało się o tej książce niemal nic. To bowiem jeden z tych utworów, o których wielkości decyduje jakieś je ne sais quoi: szczerość, ton, dobór scen, narracyjne przemilczenia, bolesna pustka, w jaką niepostrzeżenie wpadamy na każdej stronie tej literackiej spowiedzi. Rodzi to – uzasadnione – podejrzenia, że najważniejsze rozgrywa się w języku: niekoniecznie efektownym, dziwnym czy bogatym, lecz raczej trafnym i oszczędnym, jakby przytłumionym, chwilami zdławionym, zawsze głęboko rezonującym. Taka jest właśnie proza Tove Ditlevsen w czujnym tłumaczeniu Iwony Zimnickiej.©

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]