Reklama

Gra w szaleństwo

Gra w szaleństwo

14.06.2021
Czyta się kilka minut
U Lisy Appignanesi historia psychiatrii to opowieść o niebezpiecznej obsesji, aby wyleczyć wszystkie odkrywane i katalogowane na bieżąco choroby – szczególnie te występujące u kobiet.
Lisa Appignanesi. Londyn, Wielka Brytania, 2019 r. ANTONIO OLMOS / KRAKOWSKIE BIURO FESTIWALOWE
Ż

Żałuję, że depresja nie jest gatunkiem literackim. Gdyby była, napisałabym depresję i mogłabym zatytułować moją książkę F33” – pisze Dorota Kotas w najnowszym tomie prozy zatytułowanym „Cukry”. F33 to kod, który oznacza nawracające zaburzenia depresyjne w Międzynarodowej Statystycznej Klasyfikacji Chorób i Problemów Zdrowotnych ICD-10 wydanej przez WHO. Lista będzie obowiązywać do końca tego roku. 1 stycznia 2022 roku zastąpi ją ICD-11, czyli jedenasta już wersja dokumentu. Laureatka nagrody Conrada kilka stron dalej dodaje: „Inna możliwość kodu, która mogłaby być moim tematem, to F84.5: autism spectrum disorder”.

Dużo liter i cyfr, niektóre nawet z podpunktami. Dla większości osób pozostają one mało czytelne, dla części jednak są elementem codziennej egzystencji, a nawet tożsamości. Nie, depresja nie jest gatunkiem literackim. Więcej, to jedno z tych zjawisk, które wymykają się zdolności opisu. To doświadczenie, które wyprowadza człowieka poza granice świata i odbiera mu kawałek po kawałku samego siebie, wrzuca go w ciemną otchłań, gdzie trudno o adekwatne i koherentne zdania. A mimo to próbujemy ją opisać, posiłkując się choćby skonwencjonalizowanymi metaforami topograficznymi, jak „głęboki dół”. Jednak nawet w przypadku tak na pozór niewinnej frazy trzeba zachować szczególną ostrożność. Zawsze bowiem gdy krzyżujemy ze sobą pojęcia takie jak „umysł” i „zdrowie”, wchodzimy na wyjątkowo kruchą taflę języka.

Podobnie wygląda sprawa z innymi przypadłościami kwalifikowanymi jako zaburzenia psychiczne. „Nie jestem chora na autyzm, bo to nie choroba. Jestem osobą nieneurotypową. To oznacza, że mój mózg działa trochę inaczej” – pisze Kotas we wstępie do swojej książki.

Choroba czy nie? Od odpowiedzi na to pytanie zależy bardzo wiele. Jeśli tak, wrzucamy daną osobę w dyskurs medyczny. Powinna wtedy otrzymać specjalistyczną pomoc, nawet jeśli sama nie zdaje sobie sprawy z tej potrzeby (lub wyraźnie się temu sprzeciwia). A jeśli uznamy, że to jednak nie choroba, tylko odchylenie od ustandaryzowanych form życia? Wówczas musimy zmienić nasze założenia na temat emocjonalności jednostki i otworzyć się na inność. Wydaje się, że ta alternatywa nie wyczerpuje wszystkich możliwości i gubi szereg niezwykle ważnych niuansów.

Porządek rozumu

Paląca potrzeba subtelności w mówieniu o ludzkiej psychice stanowi sedno książki Lisy Appignanesi „Szalone, złe i smutne. Kobiety i psychiatrzy”. Brytyjska uczona i pisarka, idąc tropem najwybitniejszych filozofów, antropologów i historyków idei, stwierdza, że „każda choroba to subtelna gra między rozmaitymi perspektywami kulturowymi a twardą wiedzą z zakresu biologii” (przeł. Jan Dzierzgowski). Co więcej, elementy te nieustannie układają się w nowe konfiguracje, a na dodatek same ulegają zmianie. Mają na to wpływ pojawiające się w kolejnych dekadach nowe konteksty kulturowe i przemiany w sposobie definiowania człowieka oraz jego biologii w obrębie dyskursu naukowego.

Historyczny charakter samej kultury wydaje się czymś oczywistym, ale naukę traktujemy jako źródło wiedzy pewnej i uniwersalnej. Dzieje się tak dlatego, że dyskurs naukowy pełen jest mechanizmów maskujących historyczność oraz – co szczególnie istotne w przypadku psychologii, psychoanalizy i psychiatrii – polityczność.

Psychologia nieprzypadkowo narodziła się wraz z zachodnią nowoczesnością. W pewnym sensie – właśnie tak traktuje ją Appignanesi – stanowi papierek lakmusowy gwałtownych przemian w definiowaniu człowieka i jego roli społecznej w ostatnich dwustu latach. Można powiedzieć, że „Szalone, złe i smutne” podejmują wątek tam, gdzie Michel Foucault zawiesił go w „Historii szaleństwa w dobie klasycyzmu”.

Francuski uczony pokazał, jak między XVI a XVIII wiekiem europejska kultura przygotowywała grunt pod zupełnie nową koncepcję jednostki, przede wszystkim redefiniując granice jej ­normalności, a także powinności względem prawa i społeczeństwa. Początek nowożytności to zmierzch teologicznego monopolu epistemologicznego – kolejne prądy naukowe, kulturowe i polityczne powoli, ale konsekwentnie podmywały fundamenty starego porządku, który ostatecznie miał się zawalić wraz z nastaniem wieku XIX. Wtedy prym w tłumaczeniu świata przejęły kolejne gałęzie nauki wyrastające z oświeceniowego kłącza. Nawet ci, którzy z Foucaultem się generalnie nie zgadzają, przyznają, że metodologia jego badań podważyła naiwne przekonanie o progresywnym rozwoju naszej cywilizacji i prostej akumulacji wiedzy. Zastąpienie jednego paradygmatu strukturyzującego nasze percypowanie świata innym zawsze niesie ze sobą poważne, bolesne dla wielu konsekwencje. Nigdzie nie widać tego lepiej niż w zmianach postrzegania obłędu.

Gdy metafizyczne rozstrzygnięcia na temat świata i człowieka ostatecznie odrzucono jako nieprzekonujące lub niewystarczające, musiały pojawić się nowe, które nie zawsze potrafiły sprostać pokładanym w nich nadziejom. Skoro szaleństwo nie jest już bożym zrządzeniem, tajemniczą mieszanką daru i przekleństwa, to jaki jest jego sens? Jeżeli jednostkę definiuje już nie dusza, tylko umysł, to wszelka skaza na nim jest jednocześnie skazą na samym człowieczeństwie – skandalem podważającym sensowność nowego, racjonalnego porządku.

Dlatego początkowo szaleństwo było nie tyle problemem medycznym, ile moralnym. Wszelkiej maści dziwaków należało odizolować od zdrowego społeczeństwa, do którego, z definicji, nie należeli. Stopniowo jednak łagodzono ten pogląd. Pojawiły się wątpliwości: być może szaleństwo jest jedynie przypadłością, stanem przejściowym, tymczasową chorobą, która co prawda zawiesza nasze prawo do samostanowienia, ale nie na zawsze. A jeśli tak, to może da się tę chorobę wyleczyć? Czytaj: wyrugować z szaleńca wszystko, co nie mieści się w przyjmowanych w danej chwili standardach zdrowotnych.

Kto strzelił do króla?

Zdaniem Appignanesi symbolicznym punktem przełomowym w kwalifikowaniu szaleństwa był nieudany zamach na życie angielskiego monarchy Jerzego III z 1800 roku. W trakcie premiery „Wesela Figara” (oczywiście przypadkowy, ale ciekawy kontekst, że odbyło się to podczas tej opery) żołnierz James Hadfield strzelił do monarchy z pistoletu, ale chybił o kilka centymetrów. Podczas procesu adwokat Thomas Erskine argumentował, że obłęd może mieć różne, bardziej subtelne oblicza, niż się powszechnie uważa. Hadfield nie był „dziką bestią”, zachowywał się normalnie, czym zmylił wszystkich. A strzelił, gdyż cierpiał na urojenia, które fundamentalnie zaburzały jego osąd rzeczywistości.

Erskine odniósł sukces. Jego klient nie został stracony, a jedynie uznany za niepoczytalnego i odizolowany od świata. Skoro więc próba zamordowania króla może zostać uznana za efekt choroby psychicznej, to potencjalnie każdą zbrodnię da się wytłumaczyć aktywizacją mrocznych energii szaleństwa. Idąc dalej, być może każdy z nas, nie zdając sobie z tego sprawy, nosi tę energię w sobie? Od chwili, w której tego rodzaju argumenty przedostały się do oficjalnych dyskusji społecznych, każdy obywatel mógł zostać pacjentem nowej instytucji – szpitala psychiatrycznego.

Kazus ten okazał się przełomowy w angielskim systemie prawnym, później także europejskim. Podczas procesu dotknięto bowiem wyjątkowo drażliwego punktu, na którym opiera się nasza nowoczesność. Czy można wyjąć kogoś spod prawa? A jeśli tak, to w jakich okolicznościach i na jakich zasadach? Gdzie biegną granice jednostkowej wolności, a co za tym idzie: odpowiedzialności, gdzie zaś zaczyna się przestrzeń dla potencjalnej interwencji nowego, świeckiego państwa? Te pytania towarzyszą nam do dziś.

Można tę kwestię ująć mniej abstrakcyjnie, bardziej pragmatycznie. Przełom XVIII i XIX wieku to moment krytyczny dla europejskiej polityki. Władza i życie monarchów były zagrożone, a rewolucja pukała do bram pałaców nie tylko we Francji. Dużo bezpieczniej uznać więc zamachowca za szaleńca niż za przedstawiciela nowej, niebezpiecznej siły politycznej. Obłęd oficjalnie stał się poręcznym narzędziem społecznego wykluczenia i… dyscypliny.

Na nowych torach

Appignanesi w swojej najnowszej książce, podobnie zresztą jak w pozostałych tekstach, w tym w nietłumaczonych na polski powieściach, śledzi ten proces niezwykle uważnie. Z dużą podejrzliwością analizuje dane z kolejnych etapów ewolucji „medycyny umysłu”, jak sama nazywa tę dyscyplinę. Statystyki, początkowo skąpe, z każdą dekadą stają się obfitsze i bardziej precyzyjne. Ukazują mało znaną historię psychiatrii, odbiegającą od powszechnych wyobrażeń, często sformatowanych przez popkulturę.

Zgodnie z tytułem książki, kluczowy jest tu kontekst genderowy. Kolejne rozdziały oprócz ogólnego komentarza historycznego składają się przede wszystkim z wnikliwych studiów konkretnych przypadków: historii kobiet, które na przestrzeni kolejnych dekad zderzyły się z coraz mocniej krzepnącą instytucją psychiatrii. Płeć w oczywisty sposób determinowała zachowania lekarzy – do drugiej połowy XX wieku niemal wyłącznie mężczyzn – wobec pacjentów i pacjentek. Jednakże, co zaskakujące, organiczny mizoginizm oraz cały wachlarz narzędzi służących podtrzymywaniu patriarchalnego porządku nie są zbyt często widoczne w psychiatrycznych statystykach XIX wieku.

Być może dlatego, że w kontynentalnych praktykach, szczególnie w rewolucyjnej Francji, ciężar uwagi szybko przeniósł się z indywidualnych predyspozycji do choroby umysłu na społeczny kontekst jej genezy. Szaleństwo, podobnie jak inne przypadłości, miało brać się przede wszystkim ze złych warunków życia – zarówno materialnych, jak i symbolicznych. To rozpoznanie, skądinąd słuszne, zrodziło wiele brzemiennych w skutki pomysłów inżynierii społecznej, niemniej pchnęło naukę o ludzkim umyśle na nowe tory.

Kolejowa metafora jest tu o tyle wdzięczna, że to właśnie gwałtownie przyspieszający świat drugiej połowy XIX wieku był coraz częściej wskazywany jako źródło nowych chorób: neurastenii i histerii. Już w 1848 roku John Stuart Mill w kluczowym dla swojej epoki dziele – „Zasadach ekonomii społecznej” – pisał: „Praca jest albo fizyczna, albo umysłowa lub – by wytłumaczyć różnicę między nimi zrozumialej – jest pracą albo mięśni, albo nerwów” (przeł. Edward Taylor). Tak więc permanentne znerwicowanie wśród przedstawicieli tzw. branż kreatywnych nie jest wymysłem milenialsów, lecz zostało rozpoznane już przez pierwszych prawodawców ledwie raczkującego kapitalizmu.

To prowadzi do kolejnej kwestii, która przez ponad 150 lat nie straciła na aktualności. Początki nowoczesnego społeczeństwa, gdzie tradycyjne role płciowe – bardzo powoli, ale konsekwentnie – ulegały zatarciu, były szczególnie trudne właśnie dla kobiet. Już wtedy bowiem wyraźnie zarysowały się podwójne płciowe standardy. O ile od mężczyzn oczekiwano co najwyżej, aby pogodzili się z utratą monopolu w niektórych sferach życia, o tyle od kobiet wymagano, by realizując ambicje, nie porzucały wcześniejszych obowiązków. W przeświadczeniu konserwatywnie myślących prawodawców nowoczesnego społeczeństwa kobieta, która spełnia swoje marzenia, musi być jednocześnie wzorcową matką i idealną żoną.

Ten podstępnie opresyjny dyskurs do dziś przebija z najróżniejszych czasopism i portali, także tych deklaratywnie feministycznych, zasilając kapitalistyczny patriarchat. „Nic więc dziwnego, że kobiety albo brały się do czynu, albo kończyły na lekarskich kozetkach. Ucieczka w chorobę była lustrzanym odbiciem buntu. Emancypacja, feminizm i neurastenia lub bliźniaczka tej ostatniej, histeria, dojrzewały w tej samej glebie” – pisze Appignanesi (przeł. Jan Dzierzgowski).

Dla brytyjskiej pisarki najważniejsze są właśnie te punkty węzłowe, w których praktyki społeczne i medyczne okazują się skutkiem sprzężenia kultury i nauki. Kolejny przykład takiego splotu znajdziemy w koncepcjach Darwina. Autor „O powstawaniu gatunków”, kładąc podwaliny pod XX-wieczne nauki przyrodnicze, wprowadził pokutujące do dziś poglądy na temat rzekomo naturalnych różnic płciowych w funkcjonowaniu mózgu. Używając „naukowych” argumentów, przypisał kobietom szereg cech waloryzowanych podówczas niżej niż te „naturalnie” męskie: empatia, cierpliwość, zdolność do kompromisu. To ciekawe, że właśnie te cechy, nazywane dziś „kompetencjami miękkimi”, są tak pożądane na współczesnym rynku pracy.

Appignanesi w ciekawy sposób ukazuje, jak krętymi i nieoczywistymi drogami podążały kolejne pokolenia lekarzy umysłów. Powyższy stereotyp, który długo traktowany był jako oczywistość, stał się trampoliną dla zupełnie nowych pomysłów. Sigmund Freud, Carl Gustav Jung, Pierre Janet, Eugen Bleuler – wszyscy oni doszli do wniosku, że to właśnie owe „kobiece” atrybuty są kluczem do zrozumienia ludzkiej psychiki. Psychoanaliza, wedle której jesteśmy istotami kruchymi, a pojęcie „zdrowia psychicznego” jest problematyczne, otworzyła nowy rozdział w myśleniu o psychice człowieka.

To nie koniec historii

Wiek XX długo bazował na spuściźnie poprzednich epok. Na kolejny przełom trzeba było czekać aż do upowszechnienia się psychofarmakologii. Jak to już parę razy miało miejsce w historii, tym razem również uwierzono, że to nowe rozwiązanie na zawsze uzdrowi nasze umysły. Efekty nie dla wszystkich były jednak zadowalające, stąd narodził się nurt antypsychiatrii. Został on zapoczątkowany przez przeciwników chemicznej pacyfikacji jednostek, które nie mogły bądź nie chciały dopasować się do nowego, wspaniałego świata powszechnego dobrobytu i konsumpcji. Postaciami ikonicznymi dla tej odnogi rewolucji obyczajowej lat 60. i 70. stał się Wódz z „Lotu nad kukułczym gniazdem” Miloša Formana oraz bezimienna matka, która w piosence Rolling Stonesów „Mother’s Little Helper” potrzebuje „małego pomocnika”, aby przetrwać kolejny dzień jako idealna kobieta z amerykańskiego przedmieścia.

Obraz psychologii i psychiatrii, który wyłania się z opowieści Appignanesi, nie napawa optymizmem. Z jednej strony niebezpieczna obsesja, aby wyleczyć wszystkie na bieżąco katalogowane choroby, z drugiej nieustannie nawiedzający te dyscypliny konserwatywny duch, który przybiera różne maski, ale za cel prawie zawsze obiera sobie kobiety. Jednak ta historia patriarchatu, który co rusz potyka się o własne nogi, pełna jest nieoczywistych niuansów. Dlatego też nie da się z niej wyabstrahować jednej, zgrabnej tezy, łatwej do spożytkowania w bieżących sporach politycznych.

Appignanesi podkreśla, że oferta współczesnych lekarzy umysłów znów (wciąż?) adresowana jest przede wszystkim do kobiet, które dużo częściej niż mężczyźni korzystają z pomocy specjalistów. Łatwiej przez to wpisuje się je w ciasne i skrupulatnie aktualizowane definicje jednostek chorobowych. Dlatego autorka częściej opowiada się po stronie buntowniczek, szczególnie tych, które sprzeciwiają się rozwiązaniom farmakologicznym. Jednocześnie powstrzymuje się przed jednoznaczną oceną opisywanych w swojej książce zjawisk.

Historia psychiatrii nie jest zakończona, a jej kolejne rozdziały z pewnością rodzić się będą z tarcia między najróżniejszymi ideologiami. W świetle przeszłych, teraźniejszych, ale i przyszłych sporów oczywiste jest, że nie istnieje uniwersalny ani neutralny język opisu człowieka i rzeczywistości, którą wytwarza, że każda próba totalizacji ludzkiego doświadczenia jest niebezpieczna i dla wielu bolesna. Dlatego zamiast prostych diagnoz i jednoznacznych kwalifikacji potrzebujemy gęstych, pełnych subtelności opisów świata widzianego z innej niż nasza perspektywy. Nie ma do tego lepszego narzędzia niż literatura. ©℗

LISA APPIGNANESI (ur. 1946 jako Elżbieta Borensztejn w Łodzi) – pisarka i badaczka. Przewodnicząca Królewskiego Stowarzyszenia Literackiego, była prezeska brytyjskiego PEN Clubu. Autorka kilkudziesięciu książek, wielokrotnie nagradzana. Publikuje artykuły m.in. w „The Guardian”, „Observer” i „New York Review of Books”. W 2013 roku została odznaczona Orderem Imperium Brytyjskiego IV klasy za zasługi dla literatury. „Szalone, złe i smutne” zdobyły w 2009 roku British Medical Association Award. W języku polskim ukazała się również jej książka napisana z Johnem Forresterem pt. „Kobiety Freuda” (1992).

 

Na Festiwalu Conrada będziemy rozmawiać z LISĄ APPIGNANESI o psychologii, którą brytyjska pisarka postrzega jako pole bitewne. Toczy się na nim walka nie tylko o nasze zdrowie psychiczne, ale także o naszą wolność, która czasem – jak w przypadku hospitalizowanych w XIX i XX wieku kobiet – bywa bezwzględnie ograniczana w imię rzekomej troski o losy jednostki i społeczeństwa.

Spotkanie 18 października o godz. 16:00 poprowadzi Mira Marcinów. Zapraszamy na nasz profil na Facebooku.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Krytyk literacki, stale współpracuje z Tygodnikiem Powszechnym. Redaktor literacki Conrad Festival, doktorant na Wydziale Polonistyki UJ. Prowadzi podkast literacki „Book’s not dead”.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]