Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Niech salon zawyje

Niech salon zawyje

10.05.2017
Czyta się kilka minut
Komisja konkursowa zdecydowała, że Jan Klata przestanie być dyrektorem Starego Teatru w Krakowie. To głupia decyzja.
Jan Klata podczas konferencji zapowiadającej nowy sezon w Narodowym Starym Teatrze im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie, 29.09.2016 r. / Fot. Damian Klamka/EASTNEWS
T

To się nie mogło tak skończyć, ale musiało. 

Nie mogło, bo jakość Starego Teatru pod dyrekcją Jana Klaty była niepodważalna dla każdego, kto nie ulega ideologicznemu zaczadzeniu i chodzi do teatru dla teatru, choćby i politycznego (czemu nie?). Można by się przeczepić do tego lub owego, ale chodziłoby wtedy o skalę zastrzeżeń, która jest niedostępna innym polskim teatrom. Świetny zespół, świetne spektakle? Mało!

Musiało, bo, jak było widać po składzie komisji konkursowej, decydującej o wyborze dyrektora Starego na nową kadencję, nie wybierano po prostu nowego dyrektora. Szukano wyboru „zamiast Klaty”. 

Bo Klata od czasu głupiej, lecz pamiętnej awantury, sprowokowanej przez krakowską prawicę podczas spektaklu „Do Damaszku” w jego reżyserii, stał się dla Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego ledwie blotką w rozgrywkach z własnym elektoratem. W prorządowych mediach stał się zbyt czytelnym symbolem „lewactwa” i pedagogiki wstydu, by mu odpuszczać z jakichś błahych powodów, szczególnie artystycznych. No i te typowe dla rządu chore ambicje: pozostawienie Klaty na stanowisku dyrektora ktoś mógłby uznać za słabość, albo i – nie daj Boże – przegraną. „Niech salon zawyje, znaczy się dobrze jest!”. I zawył.

Słusznie teraz oburzają się ci, których druga strona frontu naszej „wojny kulturowej” zwie „salonem” ku swemu lepszemu, bo wyklętemu samopoczuciu, ale przecież Klata obrywał za swoją niezależność również od swoich właśnie i tzw. „środowiska teatralnego”, najdalszego przecież od gustów ministra Glińskiego. To nie była obsesyjna krytyka, jak ta ideologiczno-prawicowa, ale nie mniej ślepa, jak wtedy, gdy w tym całym jej fantastycznym imaginarium, gdzie „radykalny”, znaczy tyle, że „słuszny” uznała, że zwolnienie chorwackiego reżysera Frljića podczas prób do „Nie-Boskiej” było fundamentem zdrady, wręcz apostazji! Długo by o tym pisać i na pewno zrobi to wkrótce na łamach „Tygodnika Powszechnego” Dariusz Kosiński.

Nowy dyrektor Starego Teatru to mój kolega. Został najlepszym wyborem komisji i obawiam się, że dość sprytnym, bo o Marku Mikosie nie sposób złego słowa powiedzieć. Prócz tego, które nie jest o nim: ministerstwo i komisja zabiły Stary Teatr.


CZYTAJ TAKŻE:

Felietony Jana Klaty >>>

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego”, dziennikarz, publicysta, autor wywiadów, kierownik działu Kultura. W „Tygodniku” od 1988 r., Współtwórca telewizyjnych cykli wywiadów „Rozmowy na...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Ojtam, ojtam zaraz zabili Stary Teatr, nie zabili go komuniści, to i teraz się ostanie. Zmieni się władza nastaną nowe (stare) porządki. Teatr był i się ostanie.Jeśli ten pan Klata taki dobry to niech za własne pieniądze sili się na niezależność, na swoim wzorem Jandy. Brakuje nam teatrów prywatnych mniemam, że jest na nie zapotrzebowanie - ciemny lud to kupi. Tak sobie przy okazji kombinuję, te państwowe placówki kultury wysokiej, za nasze ciężko zarabiane pieniądze są utrzymywane. Statystycznie najwięcej do nich dokłada szary Kowalski zarabiający cirka 2 tysiaki na miesiąc, sam w teatry, filharmonie nie chodzi, nie to że za głupi na fundowany nam tam repertuar, zwyczajnie go na to nie stać. W teatrach za to bywają i to z pompą niejednokrotnie, ludziska paniska aby się pokazać i zafunkcjonować, mniejsza o to na co idą, ważne by być, pogadać, zaistnieć, tacy koneserzy z „abo wypada”. Władza płaci i wymaga, taka jest prawda czasu i ekranu, nie ma co się tym specjalnie przejmować.

Temu nie. Apolityczność lub przynajmniej polityczny pluralizm to jest raczej standardowy wymóg wobec instytucji utrzymywanych z pieniędzy publicznych: szkół, instytutów naukowych, filharmonii itp. Uzasadnienia wymaga teza, że akurat teatr powinien być wyjątkiem. Ewentualnie należałoby wymyślić w miarę sprawiedliwy mechanizm rozdawania konfitur - może na wzór finansowania z budżetu partii, skoro teatry mają być partyjnymi trybunami? A jak artysta nie chce być zależny, to (przepraszam za tautologię) niech się odważy być niezależny. Najpierw finansowo.

Szanowny Pan de facto neguje możliwość mecenatu państwa w dziedzinie kultury. Zakłamując przy tym rzeczywistość - apolityczność filharmonii jako standardowy wymóg??... Z księżyca pan to bierze?.. Do tego ta bajka o apolityczności - poprosimy o jej precyzyjną definicję, a ja postaram się wykazać (bez trudu) Szanownemu, że to, co dla jednych apolityczne dla innych takim nie jest, i vice versa oczywiście. Tymczasem, choćby tu i teraz, gołym okiem widzimy, że kultura bywa bardzo wyraźnie polityczna, no a co najmniej upolityczniona. I tak było od zawsze, a w teatrze co najmniej od czasów greckich. Z Panem Bogiem.

Tak jak bezstronność, na przykład. Poproszę o precyzyjną definicję tego pojęcia, a ja bez trudu wykażę, że to co jednemu wydaje się bezstronnością, dla kogoś innego takim nie jest. Co nie znaczy, że nie można ocenić KONKRETNEGO zachowania sędziego, nauczyciela, ministra czy innego urzędnika państwowego, dyrektora państwowej instytucji itp. jako zgodnego lub nie z zasadą apolityczności. Oczywiście rozumianą w znaczeniu "miękkim", nie jako nieposiadanie poglądów lub krycie się z nimi, ale jako powstrzymywanie się od wykorzystywania powierzonego stanowiska dla ich promowania bądź (co sugerowałem) przynajmniej dopuszczenia politycznego wielogłosu na "swoim" terenie. W przeciwnym razie nie mają sensu także pretensje o wywalenie dyrektora państwowego teatru z posady z przyczyn (załóżmy) wyłącznie politycznych. A potrzeba lepszych? Mecenas płaci, mecenas wymaga - i tyle na ten temat. To chciał Pan powiedzieć, obalając bajkę o apolityczności? Co do filharmonii, można jeszcze odkopać artykuły o incydencie w warszawskiej FN, kiedy część wysoce kulturalnej publiczności wybuczała i wygwizdała wiceminister kultury za deklarację, że narodowe wartości, które reprezentuje Chopin, są priorytetem dla rządu (cytuję to, co zapamiętałą Dorota Szwarcman z Wyborczej). Przy okazji dowiedzieliśmy się od pani Doroty i innych publicystów, że wbrew ich własnym opiniom sprzed 30 sierpnia 2016 buczenie podczas oficjalnych uroczystości na gościa zaproszonego do przemówienia niekoniecznie jest przejawem chamstwa i zbydlęcenia lecz może być właściwym i kulturalnym środkiem protestu - w omawianym przypadku przeciwko upolitycznieniu kultury. Nawiązując do Pańskiej gołębiej metafory, tym razem postarałem się jak pastuch krowie.

Aksjologia??... to właśnie ocena KONKRETNEGO zachowania ..itede może być zupełnie odmienna w zależności od punktu widzenia czy intencji oceniającego. Obalając bajkę przywołałem przykład greckich klasyków i ich dzieł, i tyle. "Mecenas płaci..." - ja nie uważam, że mecenasem jest rządząca partia, to po pierwsze proszę Pana. Mecenasem jest państwo, a kultura - niezależna. Po drugie, Pańska zasada 'płaci i wymaga' może mieć zastosowanie na przykład w burdelu, niekoniecznie w teatrze - ale najwyraźniej Pan zrównuje te instytucje w kontekście mecenatu. A to już nie błąd, to głupota. Co do filharmonii zrozumiałem, że domaga się Sz. P. apolityczności także od publiki. Bez komentarza. Przykład DSz jest zupełnie nie na temat. Z Panem Bogiem.

A mimo to tworzył niezły teatr i to w czasach uznawanych przez wielu za barbarzyńskie. Ciekawe, że w tych - jako się rzekło - czasach barbarzyńskich elita posługiwała się językiem Shakespeara a dzisiejsza elita ( a przynajmniej jej znacząca, wpływowa część ) posługuje się językiem Frjlica, co przejawia się owacją na stojąco po jego spektaklach. Współczuję panu Klacie, ponieważ - jak wiele na to wskazuje - rzeczywiście tworzył teatr wartościowy. Coś zawiodło. Może zabrakło panu Klacie zdolności komunikacyjnych albo odrobiny pokory. Bo to jest tak, że przed pracodawcą i sponsorem nie trzeba padać na kolana ale ukłonić się i pozdrowić to już wypada. Głupotą natomiast jest szydzenie z pracodawcy i sponsora. Tego by wymagała kultura ( osobista ).

Jasne, jasne, buchnąć w mankiet, pod nogi rzucić ze trzy róże, napisać odę do Prezesa. dobry program szanowny pan przedstawił.

Skoro tacy prości ludzie jak ja potrafią i często się posługują słowami "proszę" i "dziękuję" to dlaczego nie mieliby ich stosować ludzie kierujący instytucjami użyteczności publicznej ? Przypuszczam, że Shakespear nie pluł na rękę człowieka, który utrzymywał jego teatr.

Jest kolejnym załganiem rzeczywistości twierdzenie, że to Kaczyński z Glińskim utrzymują na przykład TS w Krakowie - dajże Pan sobie spokój z tą prymitywną demagogią. To jedynie państwowi urzędnicy, w dodatku dopuszczający się narodowej zdrady, wiarołomni wobec konstytucji, partyjniaccy bandyci, chuligani zwyczajni. Nie tylko ręce winny być oplute.

Dzięki panu dowiedziałem się właśnie, że prezes Kaczyński nie jest właścicielem Teatru Starego w Krakowie. Ufff. A teraz nieco poważniej. Tak się jakoś poukładało, że formacja najważniejszego Prezesa III RP dysponuje środkami na kulturę i warto o tym pamiętać, a zwłaszcza powinien pamiętać ten komu zależy na pozyskaniu tych środków. Przy całej mojej sympatii dla licznego grona artystów i dziennikarzy, którzy niekoniecznie podzielają moje poglądy warto tu przypomnieć, że instytucje publiczne mają inny stan prawny jak instytucje prywatne. Dlatego też dość śmiesznie prezentuje się - dajmy na to - dziennikarz radiowej Trójki, który sprzeciwia się wszelkim zmianom w redakcji, tak jakby to był jego prywatny folwark. Podobnie zresztą ma się sprawa z Muzeum II Wojny Światowej. Natomiast każdy ma prawo krzyczeć: "Ręce precz od redaktora Mucharskiego", ponieważ redaktor Mucharski nie jest formalnie związany z panem Prezesem (i chyba też nieformalnie nie jest związany ).

Pierwsze na temat interesującego rozróżnienia dwóch rodzajów ślepej krytyki. Niby ślepa to ślepa - będąca ekspresją uprzedzeń, a nie jakkolwiek sensowną wypowiedzią na temat krytykowanej rzeczy, a jednak ta prawicowa jest gorsza, bo "obsesyjna". Czy to znaczy, że zdaniem Red. Nacz. krytyka lewicowa, odnosząca sie do własnego "fantastycznego imaginarium" zamiast do rzeczywistości, obsesyjna nie jest? W znaczeniu nadawanym temu pojęciu przez psychiatrię zapewne nie, ale czemu odmawiać jej właściwej nazwy: halucynacyjna, urojeniowa. Druga uwaga dotyczy wyboru kolegi Red. Nacz., o którym "nie można złego słowa powiedzieć". Rozumiem, że o jego kwalifikacjach też nie, bo to byłoby bardzo poważne "coś". Czemu dokonanie takiego wyboru miałoby być zbrodnią porównywalną z zabójstwem? I dlaczego odrywać to od osobistego wyboru zainteresowanego? Tak naprawdę, wcale nie chcę zarzucać Red. Nacz. hipokryzji. Dobrze, że ideologiczne zaślepienie (oczywiście w jego lepszej, lewicowej odmianie) natrafia u niego na opór bardziej po ludzku zrozumiałego poczucia koleżeństwa. Jest nadzieja, Redaktorze, że kiedyś Pan oceni Stary Teatr pod nową dyrekcją na podstawie tego, co w tym teatrze pokażą.

Czytam komentarze do zmiany na stanowisku dyrektora Starego Teatru i nie mogę się nadziwić tym, którzy nic zdrożnego w tym co się stało nie widzą. Dla zobrazowania mojego punktu widzenia użyję porównania, dla wielu pewnie absurdalnego, ale może im sfera bardziej odległa, tym lepiej. Weźmy narodową drużynę piłkarską, bardzo dobrą, w dodatku odnoszącą ostatnio wymierne sukcesy. Poza tym trener jest doświadczony, osiągał sukcesy również z klubami, w których wcześniej pracował. Ma pełne poparcie zespołu, nie tylko piłkarzy, cała reszta sztabu jest w pełni zaangażowana. Owszem, można się przyczepić, że nie wszystkim kibicom odpowiada w pełni styl gry drużyny - czasami zbyt odważny, gdy można było spokojnie pograć na 0:0, ale gra jest ciekawa, dużo się na boisku dzieje, a stadion na każdym meczu pęka w szwach. Co robi prezes PZPN? Zmienia trenera. Od dzisiaj selekcjonerem będzie... były dziennikarz sportowy, ostatnio dyrektor klubu bokserskiego z Radomska, zwolniony rok temu. Kilka lat wcześniej przez rok zastępca kierownika drużyny w pierwszoligowym klubie... A jego asystentem będzie były piłkarz, który wyjechał z Polski w wieku juniora i podobno trenował kluby z III ligi na Węgrzech (to przecież utytułowany kraj, pamiętacie czasy Puskasa?), a największe uznanie zdobył jako trener żeńskiej drużyny. Jak myślicie? Jaka byłaby reakcja kibiców, niezależnie od ich poglądów politycznych? Czy naprawdę połowa byłaby zdania, że przecież prezes miał prawo zmienić trenera, a nowy selekcjoner na pewno zna się na piłce, bo pisał o niej kilkanaście lat temu i wciąż chodzi na mecze? Czy też może jednomyślnie oceniliby to jako skończony absurd i z oburzeniem mówili o niebezpiecznych eksperymentach za publiczne pieniądze? Z innej beczki - ministra Glińskiego ujął ponoć dobry program, jaki zaproponował dla Starego Teatru Marek Mikos. Jak dobrze się w niego wczytamy, to jednym z punktów jest zwiększenie wykorzystania sal teatralnych i organizacja np. nocnego kabaretu. Boję się jednak, że jeżeli kogoś oburzyło kilka słów o władzy wygłoszonych przez Juliusza Chrząstowskiego w czasie na wpół improwizowanej sceny z "Wroga Ludu", to po jednym wieczorze kabaretowym z udziałem tego (znakomitego zresztą) aktora koncepcja może ulec zmianie. I tutaj, nie wiem czemu, cisną mi się do głowy słowa Stanisława Anioła z serialu Alternatywy 4: "nie bedzie kabaretu, bedzie chór!".

To nie piłka nożna, gdzie oczekiwania narodu wobec drużyny są oczywiste i wiemy, jak zmierzyć stopień ich spełnienia. Gdzie międzynarodowe sukcesy zespołu? Gdzie zaproszenia z liczących się scen świata? Jeśli dotychczasowe miejsca pracy Gielety (bo do niego pan pije) to "Radomsko", to jak nazwać teatry, w których reżyserował Jan Klata? Na wszelki wypadek zaznaczam, że nie zadaję tych pytań serio (bo Klatę cenię i chciałbym, żeby nie odmawiał ewentualnym zaproszeniom nowej dyrekcji), a jedynie dla unaocznienia, że zapędził się Pan w swojej piłkarskiej metaforze za daleko i strzela Pan z pola karnego. Zresztą nawet najwybitniejszy reżyser nie musi być kompetentnym dyrektorem teatru, a jeśli chce robić teatr polityczny, to powinien takiego stanowiska unikać. Z poczucia przyzwoitości. Podobnie przedstawiciel państwa-mecenasa, czyli minister kultury, nie powinien obsadzać tej funkcji kandydatem równie politycznym, tyle że z miłej sobie opcji, ale chyba w tym przypadku trudno postawić taki zarzut. Na koniec uwaga nie do Pana, tylko do coraz bardziej nerwowego dyskutanta eddiepolo, który uzasadniając prawo artysty do nieskrępowanego wykorzystywania powierzonej sobie sceny do partykularnych celów politycznych powołał się na teatr grecki. Pomijam już wątpliwości co do politycznej natury tragedii, a i o komedii trudno powiedzieć, ze kiedykolwiek była narzędziem kontestowania władzy. Natomiast o repertuarze ateńskiego teatru, obsadzie głównych ról, a nawet o przydzieleniu funkcji producenta (choregosa) decydował szef kolegium archontów. Czyli tak jakby prezydent, premier i prezes SN w jednej osobie. Pozdrawiam.

To jasne, że nie ma analogii między piłką nożną a teatrem. Ale w każdej dziedzinie, przyjmując kogoś do pracy, mamy zazwyczaj do wyboru pomiędzy ludźmi, którzy udowodnili swoje kompetencje zawodowe w danym zakresie i tymi, którzy takiego dowodu w swoim CV nie mają. Co absolutnie nie oznacza, że ci drudzy nie dadzą rady na zupełnie dla nich nowym stanowisku, ale ryzyko niepowodzenia jest daleko większe. Co do tego, że p. Klata był dobrym dyrektorem teatru, pod koniec jego kadencji nie miały wątpliwości nawet osoby, które nie poparły jego kandydatury - poruczam wywiad z panią Zwinogrodzką sprzed kilku miesięcy. I nie był jedynym z siedmiorga kandydatów w drugiej rundzie, którzy kompetencje do efektywnego zarządzania teatrem potwierdzili swoim życiorysem zawodowym. Wybrano osoby, które funkcji tej rangi w polskim teatrze nigdy nie sprawowały, swoich kwalifikacji w tym zakresie nie dość, że nie potwierdziły, to nawet nie zweryfikowały. Dlaczego, gdyby rzecz dotyczyła piłki nożnej wszyscy ocenili by to jednoznacznie, a w przypadku teatru nikt nie widzi problemu? Z punktu widzenia logiki jest to bardzo odważna, a biorąc pod uwagę, że nie mówimy o pierwszym lepszym teatrze, wręcz desperacka decyzja. Dla mnie dziwna o tyle, że p. Klata pokazał, że z czasem dojrzał do roli dyrektora teatru narodowego. Czy na pewno tworzy on teatr polityczny, czy też przyklejono mu na siłę tę łatkę? Można mu zarzucać, że próbował współpracy z Frljiciem, a można powiedzieć, że właśnie miał odwagę wycofać się z projektu, który okazał się zdecydowanie zbyt kontrowersyjny. Oczekiwałbym od teatru z przymiotnikiem "narodowy" właśnie, że nie będzie unikał on ważnych tematów społecznych czy politycznych (co nie znaczy, że do nich ma się repertuar ograniczać, ale też nikt chyba takiego zarzutu i dzisiaj nie jest w stanie postawić). A że są osoby, które pytania natury uniwersalnej traktują jak atak skierowany bezpośrednio na siebie lub swoje ideały? Niestety, to już jest poziom takich argumentów, że właściwie każdemu, najbardziej niewinnemu przedstawieniu możemy zarzucić urażanie czyiś uczuć przykładając tę samą miarę.

A co do życiorysów p. Klaty i Gielety i ich rozpoznawalności zagranicą - no comments. Są osoby, które zaintrygowane tym nieznanym w Polsce diamentem zadały sobie trud sprawdzenia scen, którymi chwali się w życiorysie p. Gieleta. Za ładnie brzmiącymi z angielska nazwami kryją się m.in. teatr specjalizujący się w 45-minutowych przedstawieniach wystawianych "do kotleta" w porze lunchu... A jak już się odszuka te instytucje, znaleźć wśród wymienionych na stronach twórców nazwisko Gieleta jest niezwykle ciężko.

Jan Klata "między innymi" reżyserował talk-show w drugorzędnej telewizji. I miał zero recenzji w New York Timesie (o Gielecie coś tam kiedyś napomknęli), za to o przedstawieniu Klaty pisały Izwiestia. Co z tego wynika? W zasadzie nic i chyba nic więcej w tej dyskusji nie osiągniemy. Do następnego razu.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]