Cud w Monte San Savino

W numerze 10/1993 „Tygodnika Powszechnego” Piotr Mucharski opublikował swój debiutancki tekst. Przyszły redaktor naczelny pisma został po tym wezwany do gabinetu Krzysztofa Kozłowskiego, gdzie usłyszał: „Martwimy się o twoją dziennikarską przyszłość”. Przypominamy teraz ten tekst.
Czyta się kilka minut
Piotr Mucharski w swoim gabinecie w redakcji Tygodnika Powszechnego na Wiślnej 12. Kraków, 4 marca 2011 r. // Fot. Grażyna Makara
Piotr Mucharski w swoim gabinecie w redakcji Tygodnika Powszechnego na Wiślnej 12. Kraków, 4 marca 2011 r. // Fot. Grażyna Makara

Zurych

Ta historia zaczyna się gdzieś w początkach lat osiemdziesiątych. Pewnego wieczora w kancelarii Ulricha Meierhansa w Zurychu zadzwonił telefon. Kobiecy głos po drugiej stronie długiego, długiego telefonicznego kabla wyjaśniał, że dzwoni z Los Angeles, ze szpitala: na oddziale onkologicznym leży pacjent, jego dni są policzone. Ów pacjent, którego nazwisko i imię nic nie mówiły mecenasowi, miał – zdaje się – nieuregulowane rachunki ze światem doczesnym. Przed śmiercią pragnął jednej tylko rzeczy – spotkać się z mecenasem Meierhansem.

Dodajmy od razu: mecenas nie jest światową sławą, nie jest człowiekiem, za którym po świecie rozdzwaniają się telefony. Jeżeli układał komuś testament, to nie musiał szukać klienta poza Zurychem. Jeśli udzielał porady prawnej, to przyjmował klienta w swej kancelarii. Wiadomo – Szwajcaria. Więc odłożył słuchawkę.

Następnego wieczora telefon zadzwonił znowu.

– Nie, to nie pomyłka – mówił głos po drugiej stronie. – To na pewno chodzi o pana. Niech pan przyleci do Los Angeles, tu umiera człowiek i chce się z panem spotkać przed śmiercią.

– Amerykanin?

– Amerykanin – odpowiedział głos i raz jeszcze powtórzył nazwisko pacjenta, ale nie po to, by mecenasa przekonywać, jakby wiedział, że to nazwisko i tak mu nic nie powie. Nie dla nazwiska pacjenta miał lecieć mecenas Meierhans do Los Angeles. Miał tam lecieć, bo na oddziale onkologicznym umierał człowiek i chciał przed śmiercią koniecznie z nim porozmawiać.

Dodajmy od razu: mecenas Ulrich Meierhans z Zurychu nie jest chyba typowym Szwajcarem. Owszem, lubi, gdy rzeczy kręcą się jak w zegarku, i gubi się, gdy wyłączają światła na skrzyżowaniu, albo gdy stojącą przy stole lampę odchyli się od pionu – chwyta się wtedy blatu i bledną mu oczy. Tak, jest Szwajcarem i to niemieckojęzycznym. Ale gdy opowiada o życiu, o szczęściu, gdy tłumaczy, że to, co najpiękniejsze, samo pcha się w ręce, że nasz dobry los sam nas znajdzie i że trzeba świat lepić z gliny, która sama czepia się naszych rąk – o, wtedy mecenas Meierhans wygląda jak szaleniec boży.

Nie jest zatem typowym Szwajcarem. Wsiadł więc w samolot i poleciał do Los Angeles.

Los Angeles

Człowieka, który go tam przywołał, nie rozpoznał od razu. Podobnie jak jego nazwisko, tak i jego twarz nic mecenasowi nie mówiła. Rzecz wyjaśniała się powoli. Ów człowiek, którego personalia z pewnych powodów nie będą tu ujawnione, odwiedził kiedyś kancelarię mecenasa. To było kilka lat wcześniej. Zapowiedział się, przyszedł, usiadł w fotelu i prosił o udzielenie porady prawnej. Chodziło o założenie fundacji dobroczynnej. Rozmowa trwała parę chwil. Przedłużyła się nieco, bo niepostrzeżenie zaczęli wymieniać uwagi „o życiu”. Wreszcie klient chciał płacić. Meierhans ocknął się i bezradnie rozłożył ręce – zapomniał włączyć swój taksometr, ten praktyczny wynalazek, który mechanicznie przeliczał czas.

– Nic pan nie płaci – powiedział – miło się nam rozmawiało.

I tyle – pożegnali się na kilka lat. Tych parę chwil wystarczyło, by pacjent szpitala w Los Angeles chciał go uczynić powiernikiem swojej sprawy. Ten człowiek, którego nazwisko nie może tu być ujawnione, zostawiał po sobie grube miliony dolarów. Chciał je przeznaczyć na fundację pomocy samotnym i opuszczonym dzieciom. Fundacja ruszyłaby za 50 lat, a pieczę nad nią mieliby sprawować jezuici. Misją mecenasa Meierhansa jest zainwestowanie tych pieniędzy w jakiś godziwy interes, tak by pomnożone przez 50 lat stały się godną podstawą kapitału fundacji.

Omawiali tę sprawę przez parę dni, wracając od czasu do czasu do przerwanej przed kilku laty rozmowy. Mecenas siedział przy szpitalnym łóżku i słuchał – albo sam mówił o Bogu, duszy, cierpieniu i innych trudnych sprawach, które jakoś dziwnie ich łączyły, choć powinny dzielić. Mecenas Meierhans bowiem niespecjalnie wierzył w Boga, a już na pewno nie wierzył w tych, którzy stoją między nim a wiecznością: Kościół, jezuitów etc.

Przyjął jednak powierzoną mu misję, załatwił, co trzeba, i wrócił do Europy. Z generałem jezuitów porozumiał się łatwo, zdziwił się tylko jego życzeniem, by fundacja objęła opieką nie tylko katolickie dzieci. Poprosił, by byli gotowi za 50 lat.

Ulrich Meierhans nie miał na razie żadnego pomysłu na zainwestowanie powierzonej mu sumy.

Italia

Niedługo po powrocie z Ameryki wpadło mu do ręki jakieś pismo z ofertą pewnego włoskiego architekta z Toskanii. Za niezbyt wygórowane pieniądze odnawiał on wiejskie domy, opuszczone „casy”, jakich wiele stoi wśród wzgórz Chianti. Klient wybierał dom i konsultował projekt renowacji. Po paru latach odbierał gotowy letni apartament, zaledwie o siedem godzin jazdy samochodem z Zurychu. Meierhans wybrał dom w okolicach Monte San Savino, niedaleko zamku Gargonza, gdzie zamieszkiwał kiedyś Petrarca.

Monte San Savino leży w pół drogi między Arezzo i Sieną, na jednym z niezliczonych toskańskich wzgórz. Wokół brzuchatego rynku plączą się uliczki, a stojące ramię w ramię kamienice opiera- ją się o obronny mur. Monte San Savino, jak tuziny innych rozsiadłych na wzgórzach Toskanii miasteczek, udaje pępek świata i powiedzmy z całym przekonaniem: w pewnym sensie nim jest.

Parę tysięcy mieszkańców, renesansowy ratusz projektu Andrei Sansovina, jeden święty, Giulio Salvadori – to ciekawostki płytsze niż szczera duma mieszkańców. Właśnie podczas przechadzki z tutejszym „ministrem” kultury (zresztą krewnym świętego) mecenas zagadnął o dziwny budynek, położony nieco poniżej rynku, tuż koło mikroskopijnej dzielnicy żydowskiej. Budynek tak rozległy i nieforemny, że aż trudny do zauważenia w ciasnocie tutejszych uliczek. Trzeba długo kluczyć, by spostrzec, że zamykają się wokół jego bryły, jakby w sercu labiryntu ktoś postawił labirynt. Okazało się, że to klasztor sióstr benedyktynek w stanie likwidacji. Kaplicę pozbawiono już sakralnych funkcji, z cel i refektarza wywieziono meble. Po piętrach, które aż trudno było policzyć, krzątało się kilka roześmianych staruszek w habitach. Nadzorowały przeprowadzkę do swej wiejskiej posiadłości – położonej tuż za miastem, wśród oliwek i winorośli.

Obejrzawszy piętro za piętrem puste cele, piwnice z kamiennymi cysternami, wieżę, refektarz (do którego prowadziła z kuchni ,,wytupana” w kamiennej posadzce, na ukos przez korytarz, ścieżka, odcisk stuleci) – obejrzawszy to wszystko, mecenas pomyślał, że kształt świata trzeba lepić z gliny, która sama klei się do naszych rąk, i postanowił, że kupi ten klasztor. Siostry były zdumione i szczęśliwe. Wszyscy byli zdumieni.

Meierhans wymyślił, że odbuduje ten klasztor i uczyni zeń miejsce duchowego odpoczynku i skupienia. Kocha Włochy i zdaje się sądzi, że nigdzie materialne z duchowym nie przenika się tak harmonijnie jak tutaj. Nie ma zamiaru odbierać bogatym ich bogactwa, sądzi, że duch pomieszkujący w kulturze i religii nie zagląda ludziom w kieszeń. Wymarzył więc sobie świecki monastyr z salą koncertową, biblioteką, taśmoteką, galerią, który zarobi na siebie i przyniesie profity powierzonej mu fundacji. Sądzi, że ten pomysł spodobałby się bardzo przyjacielowi z Los Angeles.

Szybko załatwił wszystkie formalności. Prace adaptacyjne ruszyły i dziś, gdy przemierza labirynt anonimowych sal, rozpala się jego wyobraźnia: tu są pokoje gości, tu biblioteka, tu przybytek dla rozkochanych w smaku Chianti smakoszy, tu ekumeniczne miejsce skupienia. Neapolitańscy robotnicy kładą tynki.

Polski wątek

Rok temu mecenas Ulrich Meierhans siedział w fotelu przed telewizorem. Na jednym z kanałów zobaczył dziwny film. Film o mieście leżącym gdzieś poza czasem, pełnym egzotycznych, zapatrzonych w pustą przestrzeń ludzi. Sparaliżowany cygański muzyk trzymał skrzypce jak wiolonczelę i grał nieprawdopodobne pasaże, siwobrody człowiek w kapeluszu i czarnej pelerynie stał pod ratuszową wieżą i mówił o poezji i nocnym życiu. Mignęło jeszcze parę twarzy, a potem pojawił się młody człowiek mocujący się z wielkim płótnem na blejtramie. Zataszczył to płótno do ciemnego kościoła i stanął pod ołtarzem. W ołtarzu tłoczyły się złote figury świętych i omdlewająca Panna Maria. Młody człowiek pokazał swój obraz, na którym widniał wbity w spaloną mrozem ziemię krzyż. Na krzyżu wisiało owinięte w fioletową płachtę Ciało Bożego Syna.

Mecenas tknięty nagle błyskiem intuicji zanotował szybko, kalecząc pewnie zgłoski: Kraków, Tadeusz Boruta. Był pewien, że jeżeli w kaplicy starego klasztoru mają zawisnąć obrazy, to jedynym człowiekiem, który mógłby je namalować, jest ten człowiek z kraju, w którym mecenas nigdy nie gościł. A gdy patrzył na zawinięte w fiolet Ciało, przypominał sobie rozmowy w szpitalu w Los Angeles, o Bogu zakrytym, o zapomnianym Bogu cierpiących i opuszczonych.

Tadeusz Boruta zdziwił się nieco, gdy telefon z biura LOT-u w Warszawie poinformował go, że jest pilnie poszukiwany przez gościa ze Szwajcarii. Dzień później państwo Meierhansowie zjawili się w Nowej Hucie. Streszczona powyżej historia nie należy do tych, które przytrafiają się co dzień, więc opowiedziana w przedpokoju brzmiała niewiarygodnie, opowiedziana przy kolacji też nie lepiej. Dopiero gdy nadeszły bilety i zaproszenie na niezobowiązujący rekonesans do Włoch, rzecz nabrała wyobrażalnego konturu.

W klasztornej kaplicy zawisną trzy obrazy. Pierwsze płótna już zostały przymierzone do starych, barokowych nisz ołtarzowych. „Zesłanie Ducha Świętego” (inspirowane m.in. „Modlitwą Apostołów” Ribery, co jest kolejnym zbiegiem okoliczności), całe w ogniu, wygląda od wejścia jak otwarte drzwi paleniska, a w bocznym ołtarzu „tłocznia mistyczna” autorstwa żony Tadeusza, Aldony Mickiewicz. Na widok tego obrazu neapolitańscy robotnicy krzyczą „Il Torchio!”, rozpoznając dobrze znajomy przedmiot i zdumiewając się jego ołtarzową funkcją.

Ulrich Meierhans w swoim szczerym zachwycie nie zapomina o sprawach przyziemnych. Takie płótna – mówi – stawiają mnie zupełnie w innej sytuacji wobec ewentualnych współinwestorów. Takie płótna może mieć tylko poważny kontrahent.

Zapomina o kłopotach z władzami municypalnymi, konserwatorem, który kazał nabazgrać na świeżym tynku jakieś koszmarne liszaje – dla postarzenia obiektu. Zdumiewała go relatywność tutejszego czasu; remontowe prace zamierały, gdy zamykał za sobą klasztorną furtę, a gdy wracał po dniu, tygodniu czy miesiącu, ruszały dokładnie z punktu, w którym je widział ostatnim razem.

– Polska to porządny, protestancki kraj z rygorystycznym etosem pracy – żartował ze swoich włoskich doświadczeń. Ale nie wycofa się, bo kocha to miejsce i kocha swój pomysł.

Jesień

Jesienią o rude wzgórza wokół Monte San Savino ociera się sucha mgła. Mecenas Meierhans wraca krętą bitą drogą na wzgórze koło Gargonzy. Młody chłopak („Pan Jesień”, jak go nazywamy) doglądający posiadłości otrząsa z drzew suche liście. Tu mieszkają głównie Niemcy i Szwajcarzy, więc ścieżki muszą być równo zagrabione i ani jednej trawki w basenie. Wielki kot Luigi odpowiada miauknięciem, kiedy zawoła się go po imieniu, i – wierzcie – wszystko zawiera się w nieprzetłumaczalnym słowie „dolce”.

Przy stole, na którym za polską potrawę robi kurczak z migdałami, bo nigdzie nie dostaniesz kwaszonej kapusty na bigos („dolce”!) – mecenas Meierhans opowiada o cudzie świata, cudzie przyjaźni, o cudzie życia. Podejrzewamy go, że kaplicę odnawia za własne pieniądze – to będzie jego donacja dla Boga, którego sobie przy okazji tej dziwnej historii przypomniał. Śmieje się do nas i ściska dłoń swojej żony, kiedyś modelki Chanela. Opowiada, wciąż tak samo zdumiony, całą tę historię. Opowiada ją powściągliwie, bo nie czuje się jej bohaterem.

Jej bohater nie chciał wyjawić swojego imienia. Umarł na oddziale onkologicznym szpitala w Mieście Aniołów.


Post Scriptum od autora, 2025: Dziś klasztor w Monte San Savino jest rezydencją dobrze znanego w Polsce zespołu il Pomo d’Oro. Tak, tego, z którym występuje i nagrywa nasz kontratenor Jakub Józef Orliński. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”