Mijający sezon teatralny był słaby. Nie sposób dziś rozstrzygnąć, czy to jakaś trwalsza zapaść, czy tylko chwilowy kryzys. Odejście ekipy niesławnej pamięci ministra Piotra Glińskiego i następujące potem kilkumiesięczne zamieszanie i zawieszenie, stosunkowo niedawno wyjaśnione ministerialną nominacją dla Hanny Wróblewskiej, potęgowało powszechne poczucie niepewności.
Teatr, tak jak i cała sfera polskiej kultury, przyjął strategię wyczekiwania, co wraz z widocznym od kilku sezonów procesem wyczerpywania się dotychczasowych źródeł energii doprowadziło do wyraźnego osłabienia jego impetu. Przy wszystkich fundamentalnych różnicach, pokusiłbym się nawet o analogię między dzisiejszą słabością a potężnym kryzysem, jaki diagnozowano (mimo wielu świetnych przedstawień legendarnych reżyserów) w latach 90. ubiegłego stulecia, gdy teatr, przez dekadę poprzednią zaangażowany w walkę ze stanem wojennym i jego konsekwencjami, stracił na długo busolę i impet po jej wygraniu. Nie ma już mocnego ośrodka władzy dzielącego środowisko na opozycyjną wobec niego większość i mniejszość sprzyjającą mu ideowo lub korzystającą z okazji. Trudno się dziwić, że w tej sytuacji dominuje niepewność, co robić dalej, wzmacniana oczywiście trudnościami finansowymi.
Historia uczy jednak, że wcześniej lub później pojawią się nowe napięcia, albo – inne pola działań. Wiadomo, że powiększy się grono teatrów współprowadzonych przez Ministerstwo, co może oznaczać kontynuację polityki recentralizacji zainicjowanej przez ekipę Glińskiego, a popieranej przez większość władz samorządowych, które nie wiedzą, co zrobić z teatrami i chętnie się ich pozbędą (ale jak? ale kiedy?). Wiadomo, że raczej wcześniej niż później nastąpi przełomowa zmiana na stanowisku dyrektora artystycznego Teatru Narodowego (ale jaka? ale kiedy?). Od dawna mówiło się też o zmianach (ale jakich?) w Teatrze Polskim we Wrocławiu, a kilka dni temu, wobec śmierci jego dyrektora artystycznego Jana Szurmieja, stało się to wręcz oczywistością. Doszło też do wydarzenia wręcz nieprawdopodobnego – po wielu latach z kierowania Teatrem Modrzejewskiej w Legnicy zrezygnował Jacek Głomb. Skoro takie potężne i mocno wrośnięte w grunt filary zostały poruszone, to kto się ostoi?
Pytań jest wiele, plotek też, ale odpowiedzi wciąż mało. Jedna z nich jest bardzo ważna, bo dotyczy nowej dyrekcji Narodowego Starego Teatru w Krakowie. Od jesieni kierować nim będą Dorota Ignatiew (dyrektor naczelna) i Jakub Skrzywanek (dyrektor artystyczny). Jestem bardzo ciekaw konsekwencji tej zmiany, a nie ukrywam, że czekam na nie ze sporymi nadziejami. Ale w tej chwili jest raczej czas na podsumowanie dyrekcji Waldemara Raźniaka, który na jej finał zdecydował się wprowadzić na jeszcze kierowaną przez siebie scenę Starego własny spektakl.

Zgoda ku spokojowi
Każdy, kto objąłby kierownictwo Narodowego Starego Teatru po akcji planowego zniszczenia wszystkiego, co udało się wypracować za dyrekcji Jana Klaty, byłby w sytuacji fatalnej. Przyjmując nominację z tych samych rąk, które tę równie haniebną, co głupią likwidacją kierowały Raźniak, chcąc nie chcąc, znaleźć się musiał w jej cieniu i już na starcie, zanim jeszcze sam cokolwiek zrobił, był naznaczony piętnem tamtej sytuacji.
Jest to oczywiście krzywdząca niesprawiedliwość, że sprawcy działający w sposób jawny na szkodę Starego Teatru i polskiej kultury wyszli z tej awantury bez szwanku, a chyba nawet z bezczelnym a nieświadczącym dobrze o ich świadomości i etyce przekonaniem, że niczego nie mają sobie do zarzucenia. Nie dziwię się i niczego nie spodziewam po politykach, którzy szkodząc na większą skalę i w dziedzinach bardziej bezpośrednio i dosłownie związanych z kwestiami decydującymi o życiu niezmiennie zachowują dobre samopoczucie i pewność siebie, ale w tak zwanej komisji konkursowej i w całej „aferze Klaty” były też czynne osoby spoza polityki, w tym nawet takie, które mienią się intelektualistami i ludźmi kultury. I oni też udają, że nic wielkiego się nie stało.
Cień i piętno na nich! A względnie spokojny i nieuprzedzony sąd każe przyznać, że trudna do podjęcia, a bardzo łatwa do skrytykowania decyzja Waldemara Raźniaka, by w 2020 r. (Klata musiał odejść w 2017 r.) przyjąć ofertę Ministerstwa Kultury i podjąć się ratowania Starego, przyniosła dobre efekty. Podkreślić przy tym trzeba, że ówczesny prorektor Akademii Teatralnej w Warszawie, jako reżyser i aktor może nie bardzo znany, ale i tak mający pełne ręce roboty, liczne kontakty międzynarodowe oraz aktywne i satysfakcjonujące życie zawodowe, wcale nie musiał się na ministerialną propozycję zgadzać. Człowiek o mniejszej ambicji lub chęci wypełnienia misji (któż odróżni jedno od drugiego?) pewnie wybrałby wygodne i wolne od trosk warszawskie życie, a nie narażał się na rozliczne kłopoty i nieprzyjemności, jakie czekały pod Wawelem.
Jak sądzę, jednym z powodów, dla których Raźniak się zgodził, był fakt, że należy do głosicieli mitycznego „rzemiosła teatralnego”, szanuje wartość tradycji i wcale nie uważa, że teatr musi się wtrącać w coś poza nim samym. Na takiej właśnie płaszczyźnie można było nawiązać porozumienie i z zespołem, który (przynajmniej w sporej, a wpływowej części) wcale aż tak bardzo nie tęsknił za burzliwymi latami Klaty, i z Ministerstwem śniącym o „normalnym” teatrze.
Oceniając jego krakowską dyrekcję, trzeba pamiętać, że w dzisiejszym Narodowym Starym Teatrze dyrektor musi się dzielić władzą z Radą Artystyczną, a więc zespołem, który ma w tym układzie o wiele mocniejszą pozycję. Raźniak rozumiał to i akceptował od początku, bo też konsekwentnie prowadził swoją dyrekcję jako pracę na rzecz odbudowy zerwanych mostów. Z jednej strony przywrócił i wprowadził na stałe do repertuaru głośne przedstawienia Jana Klaty na czele z „Weselem” i „Wrogiem ludu” (choć próba odnowienia współpracy z samym reżyserem zakończyła się spektakularną eksplozją wzajemnych pretensji). Z drugiej – zapewnił powrót na Jagiellońską wciąż liczących się w krakowskim światku postaci, które demonstracyjnie zerwały współpracę ze Starym w proteście przeciwko programowi i decyzjom dyrektora Klaty.
Udało się także nawiązać względnie stałą współpracę ze znanymi osobami reżyserskimi, reprezentującymi kręgi nie wzbudzające entuzjazmu teatralnych konserwatystów (Krzysztof Garbaczewski, Anna Smolar), a także zaprosić do reżyserowania artystów i artystki, którzy i które wcześniej w Starym nie pracowali, a należą jeśli nie do czołówki, to w każdym razie do osób wyróżniających się w teatralnym świecie (Ewelina Marciniak, Katarzyna Kalwat, Jędrzej Piaskowski). W końcu pojawiły się nowe nazwiska, spośród których co najmniej kilka już zdobyło sobie spore uznanie (Katarzyna Minkowska, Wojciech Rodak, Mira Mańka).
Zmierzch długiego dnia
Każdy historyk teatru wie jednak aż za dobrze, jak złudne są takie wyliczanki. Tak jak w piłce nożnej, tak i w teatrze – nazwiska nie grają. Z jakiegoś nie do końca dla mnie jasnego powodu spora część realizacji przygotowanych w ostatnich latach nawet przez cenionych od dawna artystów nie stała się prawdziwymi wydarzeniami. Nie żeby były to klęski, ale zdecydowana większość premier ani nie zachwycała, ani nie oburzała, wzbudzając emocje raczej letnie.
Nie oburzy też zapewne zamykająca kończącą się dyrekcję adaptacja „Małej apokalipsy” Tadeusza Konwickiego, którą Waldemar Raźniak przygotował ze swoim zastępcą do spraw artystycznych i dramaturgiem Beniaminem Bukowskim (premiera 7 czerwca). Przez cały okres swej czteroletniej kadencji dyrektor Starego z rozmysłem rezygnował z reżyserowania na kierowanych przez siebie scenach. Dopiero na finał złamał tę zasadę, tworząc (choć chyba nieświadomie) symptomatyczne przedstawienie podsumowujące jego dyrekcję. Oglądając je nie mogłem się opędzić od skojarzenia ze słynnym dzięki Walterowi Benjaminowi obrazem Paula Klee „Angelus novus”. Tak jak on, wszyscy tworzący ten spektakl wydali mi się zwróceni całymi sobą w stronę przeszłości, starając się ze wszystkich sił nie dostrzegać tego, że wiatr wiejący w kierunku przeciwnym niesie ich coraz dalej od niej. Czułem się, jakbym wrócił do wspomnianych już lat 90., gdy część reżyserów nadal rozgrzebywała przeklęte problemy polskich inteligentów, nie dostrzegając, że ci w międzyczasie ochoczo stali się „klasą średnią”.
Doprawdy nie wiem, skąd u twórców młodszych ode mnie o pokolenie, a nawet dwa ta potrzeba powrotu do przeszłości, ale mnie to przedstawienie strasznie zmęczyło. Wszystko w nim wydało mi się irytująco anachroniczne i do bólu znane: od ostrożnego rozwodnienia wszelkich potencjalnych aktualności, przez banalnie „postpunkową” scenografię i nerwowo „eksperymentalną” muzykę, po nagromadzenie wszelkich manier najbardziej zmanierowanych aktorów Starego wybranych (chyba nie złośliwie?) do obsady. Jedynym nieanachronicznym, ale za to w dwójnasób irytującym elementem tego przedstawienia były bezsensowne mikroporty nagłaśniające (na Scenie Kameralnej!) każde przełknięcie śliny dumnych ze swego „rzemiosła” (a więc chyba i emisji głosu?) pedagożek i pedagogów Akademii Sztuk Teatralnych.
W spektaklu jest też sporo ech krakowskich spektakli Luka Percevala, uważanych za największe wydarzenia i sukcesy artystyczne dyrekcji Waldemara Raźniaka. „3 siostry” i „Pewnego długiego dnia” wzbudziły u wielu krytyków prawdziwy entuzjazm, co – nie ukrywam – nie przestaje mnie dziwić. Jednym z wyjaśnień tego zaskakującego zasmakowania w odgrzewanych za ciężkie pieniądze starawych kotletach może być polski prowincjonalizm. Trudno wszak wątpić, że gdyby te same przedstawienia zrealizował jakiś rodzimy twórca nie dysponujący międzynarodową marką, ci sami krytycy nie obdarzyliby go nawet dziesiątą częścią zachwytów, jakie spadły na Percevala.
Ale prowincjonalizm nie tłumaczy wszystkiego. Bardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem zachwytów nad krakowskimi spektaklami flamandzkiego reżysera (dwadzieścia lat temu rzeczywiście niezwykłego) wydaje mi się to, że jego przeestetyzowana medytacja nad wszechniemożnością znakomicie wpisywała się w fantazje teatralnych konserwatystów. Sztuka, która markując głębię i wytwarzając nadmiar estetyczny usprawiedliwia przekonanie, że nic się zrobić nie da, więc trzeba dać sobie spokój z wszelką zmianą, znakomicie odpowiadała na ich oczekiwania. Dla porównania warto sobie uświadomić, że w tym samym czasie będący kiedyś dumą i królem Starego słynny i doświadczony polski reżyser toczy z tymi samymi słabościami dramatyczną walkę, którą rodzime środowisko przyjmuje na ogół ze wzruszeniem ramion lub otwartą drwiną. Trudno chyba o lepszy dowód na to, że wychwalając Percevala apoteozuje się rezygnację i uspokojenie, wielbi przerafinowany gest estetyzowanej niemocy. Skoro nic się nie da zrobić i dzieje się tak wiele, co nie zależy od nikogo, pozostaje celebrowanie wypalenia i nadzieja, że gdzieś indziej, w jakimś wymarzonym „Kijowie” eksploduje tak bardzo nieobecna na scenie Starego energia.
No i eksplodowała! Tyle że nie w „Kijowie”, ale w obrębie tych samych murów miejskich. Ku zaskoczeniu Rady Artystycznej, całego słynnego zespołu i jego wiernych kibiców, wiecznie drugi Teatr Słowackiego stał się w ostatnich latach pierwszą sceną nie tylko Krakowa, ale i Polski. Nie stało się to przypadkiem, ale jest wynikiem odmiennej od przyjętej na Jagiellońskiej polityki realizowanej od pewnego momentu świadomie przez Krzysztofa Głuchowskiego.
Dyrektor Teatru Słowackiego zaryzykował i politycznie, i artystycznie, a choć spotkały go za to różne nieprzyjemności, to zdecydowanie wygrał u publiczności, a w końcu zatryumfował nad przeciwnikami (właśnie umorzono postępowanie o jego odwołanie, a słynny musical „1989” z powodzeniem pokazano w TVP). Rzecz tym bardziej znamienna, że sukces przyniosła Głuchowskiemu i jego zespołowi właśnie rezygnacja ze znanego i cenionego, wyjście z klubu wellness. Okazało się, że to wyzwania (nawet takie, którym do końca nie udaje się sprostać) wzbudzają energię po obu scenach rampy, podczas gdy konserwatywne baśnie o teatrze kulturalnych przyjemności prowadzą do dormitorium. W końcu i w Starym to zrozumiano i podjęto decyzję, by jednak się obudzić.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















