Piotr Mucharski: Jacku, niedługo obejmiesz funkcję redaktora naczelnego naszego pisma. Jednak podczas rozmowy kwalifikacyjnej, którą z Tobą przeprowadzała Rada Fundacji Tygodnika Powszechnego, zapomnieliśmy zadać jednego kluczowego pytania. Musimy to teraz nadrobić: co sprawia Ci radość?
Jacek Stawiski: Nie byłoby ono dla mnie zaskoczeniem, przecież niedawno zadawaliście je najbliższym współpracownikom przy okazji jubileuszowego numeru na 80-lecie „TP”. Moja domorosła filozofia radości jest prosta: cieszę się prozą codzienności, małymi sukcesami zwyczajności, które niepostrzeżenie sumują się w tę najcenniejszą radość.
Twój najbardziej radosny dzień to…
Trudno je wszystkie porównywać, ale kilka miesięcy temu miałem nadzwyczajnie szczęśliwy dzień, kiedy obroniłem doktorat. Spełniło się marzenie, jeszcze chłopięce…
Dziennikarz newsowych mediów marzył o doktoracie z historii?!
Pamiętam moment, kiedy być może obudził się we mnie przyszły historyk. Pewnego dnia znalazłem w domu sfatygowany numer… „Płomyczka”. Pochodził z 1960 r., w środku miał fotosy z filmu „Krzyżacy” Aleksandra Forda, który wtedy powstał. Nagie miecze, bitwa pod Grunwaldem… To było coś naprawdę ważnego na mojej półce z żołnierzykami. Bo w tych fotosach ożyła historia.
Marzyłem więc o doktoracie, ale marzenie mogło się ziścić dopiero, gdy świat się zatrzymał – w pandemii.
Chodzi o prestiż tytułu? Byłoby to bardzo krakowskie: „Panie doktorze! Ależ panie mecenasie!”.
Prestiż? Bez przesady. Ale ambicja? Na pewno tak. Moje pasje poznawcze zostały stłumione tempem życia w latach 90. Musiałem sprawdzić, czy stać mnie na to, by do nich wrócić, czy moje kompetencje odpowiadają parametrom akademickim. Czy potrafię myśleć innymi kategoriami niż czysto dziennikarskie. Samo w sobie było to niezwykłe doświadczenie: znaleźć się po 30 latach na tej samej uczelni, niemalże w tej samej sali, oko w oko z niemalże tymi samymi ludźmi.
Twoje zawodowe CV jest jednak kaskadą doświadczeń z najlepszymi, ale szybkimi mediami – od RMF przez BBC po TVN24. To przeciwny biegun dla długich, historycznych trwań: w mediach elektronicznych codziennie trzeba udowadniać, że świat zaczął się właśnie na nowo.
Nie masz racji, i to nie tylko dlatego, że przejście z RMF-u do BBC było dla mnie jak przesiadka z pędzącego ekspresu do powozu konnego. Zawsze starałem się wnosić do tego typu instytucji medialnych i przekonanie, i treści, które pokazują, że dzisiejsze zdarzenia mają gdzieś swój początek, swoje średnie albo i długie trwanie. Tylko tak możemy je ogarnąć i zrozumieć, przy okazji wychodząc poza galopujące emocje. Nie da się przecież żyć w stopklatce.
Krakowscy konserwatyści mówili, że fałszywa historia jest matką fałszywej polityki…
To jest jednak prawda zwrotna, ponieważ często widzimy, także w Polsce, że również fałszywa polityka jest matką fałszywej historii. Poprzestańmy więc na tym, że cenię tych, którzy potrafią zadawać przeszłości pytania. Niezależnie od tego, z jakim obozem politycznym sympatyzują.
W TVN24 prowadzisz programy. Jeden, zgodnie z tytułem „Horyzont”, osadza nas w kontekście światowych wydarzeń, pokazuje jak najszerszą perspektywę. Drugi, w którym występujesz z Ewą Ewart, prezentuje wybrane przez nią filmy dokumentalne – tu świat jest pokazany z najbliższej perspektywy, bezpośrednio dotknięty. Chciałbyś w „Tygodniku” sprzęgnąć te dwie perspektywy?
Jak wiesz, wokół pracy w „Tygodniku” orbitowałem przez równe dwie dekady. I zdecydowałem się ją podjąć, bo pismo robi właśnie to, co zawarłeś w pytaniu. Nie daje się zamknąć w stopklatce. Chce być jak najbliżej życia, nie zapominając o najszerszych jego kontekstach.
Nie mam żadnej gotowej definicji dziennikarstwa, więc poprzestańmy na kwestii poniekąd technicznej. To, co było kiedyś osobnymi bytami – prasa, radio, telewizja – zrasta się dziś w jedno, integrując przekaz. Ale w „Tygodniku” to tekst jest i będzie nadrzędny. Bo jest najsubtelniejszym środkiem dla komentarza i interpretacji rzeczywistości.
To jaki wybrałbyś temat światowy na hipotetycznym kolegium redakcyjnym?
Byłoby niestosowne, gdybym miał coś planować pod nieobecność zespołu. Ale możemy spróbować bez zobowiązań zaprojektować tematy niemal niewykonalne. Marzy mi się np. reportaż z współczesnej Korei Północnej. Owszem, Ewa Ewart była tam przez jakiś czas, zrealizowała znakomity film dokumentalny dla BBC, ale północnokoreański świat pozostaje wciąż nieprzenikniony. Odseparowany skansen, bardzo biedny, ale przecież zdolny, by zbudować bomby atomowe. Ja wiem, że dziś można to zrobić taniej niż w czasach Projektu Manhattan, ale to jest jedna z tych niezwykłych zagadek współczesności, które mnie nieustannie nurtują. Coś się kryje za tym koszmarnym i groteskowym komiksem z defiladami w Pjongjangu; coś, czego nikt nie rozgryzł, nawet najlepsze redakcje wolnego świata.
Wracając więc do „Horyzontu” i „Ewa Ewart przedstawia”: to są dwie równorzędne perspektywy. Nie ma jednak jednej bez drugiej.
Kilka dni temu przemawiałeś tutaj, w siedzibie redakcji, do całego zespołu. Słowem kluczem w Twojej autoprezentacji był „dystans”, a właściwie „sztuka dystansu”. Co on właściwie znaczy w naszej pracy?
Nieuleganie modom, niechodzenie na łatwiznę. Mówiłem o czymś, co jest bardzo mi bliską cechą „Tygodnika” – o ofercie innego spojrzenia, o zaproszeniu do przemyślenia, zdezawuowania pozornych oczywistości. I o zachowaniu autonomii wobec centralizacji informacji.
No tak, jesteśmy w siedzibie redakcji, która znajduje się w Krakowie i pewnie nie jest to neutralny fakt.
Tak, to ma znaczenie, ale nie w jakimś staromodnym sensie. Dystans w czasach usieciowienia i szybkich łączy ma zupełnie inny sens. Możemy przecież zobaczyć i usłyszeć korespondencję z dowolnego punktu globu w dowolnym czasie. Chodzi o to, że widok zza tych okien naturalnie weryfikuje „centralny rozdzielnik informacyjny”, mówiąc półżartem. Polska jest dziś tak wielostronna, tak dynamicznie się przekształca, że trzymanie się jednego centralnego punktu odniesienia zwyczajnie zniekształca obraz. Jestem pełen uznania dla dziennikarzy, którzy próbują zdać relację z tej wielkiej metamorfozy całej Polski, jej blasków i cieni. Jakoś ją odnieść do metamorfozy świata. Wyjść z wąskiego kadru, wspomnianej już medialnej stopklatki.
Fascynuje mnie w naszych rodakach ich zdolność przetrwania i adaptacji, taka codzienna – wracamy do początku naszej rozmowy – zaradność i wola życia. To także widać w metamorfozie Polski, którą obserwujemy wokół nas.
Mam silne wrażenie, że dla Ciebie formacyjny moment to rok 1989. Twój doktorat o „trzeciej transformacji”, tej symboliczno-historycznej, który wkrótce ukaże się jako książka w Znaku, też dotyczy tamtych czasów. Wracasz do nich jako do punktu odniesienia dla współczesności.
To prawda. Formacyjny również dlatego, że ten rok kojarzy mi się silnie z „Tygodnikiem”. Zdawałem maturę, zaczynałem studia i czytałem odcinki „Alfabetu demokracji” Marcina Króla, słuchając The Clash, którego płytę przywiózł wcześniej z RFN-u kolega. Taki był początek mojego świata, jego niezwykłej metamorfozy, która trwa przecież do dzisiaj.
Ale zasadnicza odpowiedź na twoje pytanie o moją skłonność do przywoływania roku 1989 jest taka: przecież mogło pójść inaczej, wcale nie tak dobrze. W Berlinie widziałem niedawno wystawę „Roads not Taken”, pokazującą niezrealizowane, alternatywne scenariusze historii najnowszej Niemiec. Wystawa uprzytomniła mi ponownie, że w 1989 r. i potem mogło pójść gorzej, mogło się nie udać przejść do wolnej Polski. Uważam, że choć nie żyjemy ani w najlepszym ze światów, ani w najlepszej Polsce z możliwych, to często imponująca jest nasza zdolność do naprawiania państwa oraz nasze talenty innowacyjne i adaptacyjne.
Gdzie w tym był „Tygodnik”?
Tam, gdzie teraz – w samym środku.
Ale to pismo jest mi bliskie z jeszcze jednego powodu. Już na studiach zafascynowała mnie historia i kultura Żydów polskich. Rozmawiamy niedaleko miejsca, gdzie przed wojną mieszkała jedna trzecia krakowian. Ci ludzie, nasi współobywatele, zostali wymordowani w czasie Holokaustu. Przecież to było całkiem niedawno, jeszcze żyją ludzie, którzy to pamiętają. A „Tygodnik” nigdy o nich nie zapomniał, głośno upominał się o namysł nad losem polskich Żydów.
Świadomość ich nieobecności jest dla mnie potężną motywacją. W Żydowskim Muzeum Galicja, gdzie spędziłem ostatnie dwa lata, pracujemy nad wystawą, na której pokażemy wybrane synagogi unicestwione przez III Rzeszę, od Szczecina po Lwów. Żadna nie została odbudowana: ani w Łodzi, ani we Wrocławiu, ani w dawnym Wolnym Mieście Gdańsku, ani we Lwowie, ani w Warszawie na Tłomackiem. To są przecież dziesiątki wspaniałych budowli.
Przepraszam za wielkie słowa, ale cieszy mnie, że możemy żyć w poczuciu jakiegoś bezpieczeństwa, bez wojny. Życie w pokoju i wolności to coś najlepszego, co może się zdarzyć. Ze wszystkimi tego konsekwencjami. Może dlatego niektórym łobuzom historyczno-politycznym już się nudzi. Wspominam o nich w tym miejscu, żeby nie wyjść na człowieka, który widzi tylko jasne strony współczesnej Polski.

Z czym Polacy muszą sobie dziś radzić szczególnie?
Z tym samym, co inni mieszkańcy naszego globu. Automatyczna inteligencja (świadomie nie mówię o niej: „sztuczna”) zmienia rynek pracy, miejscami go wręcz unicestwia. I okazuje się, że największym zagrożeniem nie jest dla ludzi z niskim wykształceniem, tylko dla informatyków, onkologów…
Dla dziennikarzy też? Jak sobie wyobrażasz koegzystencję mediów z – podoba mi się ta nazwa – automatyczną inteligencją?
Tu akurat mam radykalne podejście: nie wyobrażam sobie. Wszystko, co się zintegrowało w cyfrowej ekspozyturze medialnej, czyli obraz, dźwięk i tekst, jest tworzone przez człowieka. Automatyczna inteligencja może być tylko i wyłącznie narzędziem pracy, jak maszyna do pisania. Inaczej…
No właśnie: co, jeśli będzie inaczej?
Wspomniałeś, że pracowałem od 1994 r. przez pięć lat w Sekcji Polskiej BBC. Nasze media były wtedy rozedrgane, galaretowate wręcz, a ja znalazłem się w kraju, gdzie rozwijały się od dobrych dwustu lat i prezentowały całe spektrum standardów, bo przecież na BBC świat się nie kończył. Rupert Murdoch budował swoje imperium w najlepsze…
Z tych czasów zachowałem wiele przyjaźni, komunikujemy się na Messengerze czy WhatsAppie. I niedawno dyskutowaliśmy tam o oświadczeniu BBC, która dostarcza teksty po polsku, tłumaczone przez automatyczną inteligencję, choć z zagwarantowanym tej produkcji „human supervisor”, czyli nadzorującym je ludzkim czynnikiem. Nie akceptuję tego. Pomoc automatycznej inteligencji powinna być ograniczona wyłącznie do celów encyklopedycznych.
Czyli granicą jest wyrażanie opinii? Nie wyobrażasz sobie tekstu, który jest autorski i podpisany przez AI?
Uważam, że to nie będzie tekst dziennikarski. A więc – na przykład na tych łamach – niedopuszczalny. Po prostu. Niech nam owa AI rysuje mapę przesmyku suwalskiego albo wykres potencjalnych skutków polityki cenowej Donalda Trumpa dla Unii Europejskiej. Wystarczy.
Dla mnie to fundament dziennikarskiego dekalogu.
Padło słowo „dekalog”, które otwiera kolejny temat rzekę. W latach formacyjnych czytałeś katolickie pismo społeczno-kulturalne. Czym był dla Ciebie wtedy katolicyzm?
Tym samym, czym jest teraz. Ukształtował mnie i kształtuje. Znów odwołam się do doświadczeń z „Tygodnikiem”: pamiętam wystąpienie Krzysztofa Kozłowskiego, w którym odsyłał do esencji chrześcijaństwa, zawartej w Kazaniu na Górze i ośmiu błogosławieństwach.
Uważał, że jedno z nich wyznacza cały sens działalności politycznej, a pewnie i dziennikarskiej…
Które?
„Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój…”
No właśnie. Dla mnie „katolicki” znaczy ściśle to, co znaczy, czyli „powszechny”. Łączenie go z nacjonalizmem jest jakąś religijną perwersją. I pokoleniowe doświadczenie pontyfikatu Jana Pawła II było dla mnie naprawdę gigantyczne.
O! To ja chyba po raz pierwszy rozmawiam z kimś, kto otwarcie przyznaje, że należy do „pokolenia JP2”.
Nie, nie, ja tego nie mówię w sensie przynależności pokoleniowej, tylko doświadczenia, któremu nie sposób zaprzeczyć.
Wychowałem się pod Krakowem i byłem lektorem w moim kościele parafialnym. A nieżyjący już proboszcz na lekcjach religii w parafialnej salce katechetycznej wykonywał naprawdę fantastyczną rzecz, opowiadając w III i IV klasie szkoły podstawowej o Biblii. Myśmy to w dodatku, w ramach zajęć domowych, rysowali, więc do dziś mam przed oczami historię Józefa, sny faraona, proroka Daniela i lwy, które go nie tknęły. Stary Testament przez cały rok, dwie godziny w tygodniu w salce katechetycznej. Potem cały rok Nowy Testament. Słuchaj, to naprawdę nie było banalne! Zapamiętałem te opowieści do dzisiaj.
Słychać.
To dawało też cywilizacyjne osadzenie w świecie śródziemnomorskim, w kulturze chrześcijaństwa. A w Liceum Nowodworskiego w Krakowie klasa z językiem łacińskim i greckim, naprawdę solidna dawka kultury antycznej. Pytałeś, co z tego zostało do teraz? Wszystko.
Mam więc swoją osobistą drogę. „Tygodnik” też ma swoje drogi, fantastyczne. Dumny jestem, że mogę być w piśmie, które nosi podtytuł „katolicki”, zachowując prawo do jego interpretacji. Tego się nie da odebrać ani zanegować, a resztę… resztę będziemy robić już razem z tym fantastycznym zespołem dziennikarzy i redaktorów. Dla czytelników, dla odbiorców.
JACEK STAWISKI (ur. 1970) jest dziennikarzem telewizyjnym i radiowym, publicystą prasowym specjalizującym się w tematyce międzynarodowej (od 2005 r. publikuje na łamach „Tygodnika”), podkasterem. Pracował w RMF, BBC World Service i TVN24 jako wydawca, komentator, autor wywiadów i filmów dokumentalnych oraz dyrektor ds. informacji i menedżer. Współtworzył kanał TVN24 BiS, gdzie od roku 2019 był redaktorem naczelnym.
Współtwórca filmu dokumentalnego „My, Naród” o przemówieniu Lecha Wałęsy w Kongresie USA w 1989 r. oraz „Pułkownik House” o roli USA w odbudowie Polski po I wojnie światowej. Doktor historii, swoją pracę, obronioną na UJ, poświęcił transformacji symbolicznej i historycznej w Polsce 1989-1995. W listopadzie nakładem Znaku ukaże się jego książka pt. „III RP. Historia odzyskana”.
W latach 2016-2020 członek Rady przy Międzynarodowym Centrum Edukacji o Auschwitz i Holokauście, 2021-2023 – specjalista ds. komunikacji w Muzeum Miejscu Pamięci KL Plaszow w Krakowie, 2023-2025 – dyrektor Żydowskiego Muzeum Galicja. Mówi biegle po angielsku i niemiecku, włada francuskim i rosyjskim, posługuje się hiszpańskim, hebrajskim i jidysz. Mieszka w Krakowie. Od listopada 2025 r. zostanie redaktorem naczelnym „Tygodnika Powszechnego”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















