Takiej Kalifornii raczej nie zobaczycie w amerykańskim kinie – chyba że bardzo niezależnym, u wczesnego Jima Jarmuscha albo wypranego z kolorów Seana Bakera. Zredukowana do dwóch smętnych palm, taniego motelu, baru typu diner i gipsowego jelenia, jest Ameryką widzianą przez niedawno przybyłych, niby gościnną, lecz mało przyjazną.
O czymś innym jednak mówi Babak Jalali w swoim filmie. Urodzony w Iranie i wychowany w Wielkiej Brytanii, doceniony także w kinie europejskim, opowiada przedziwnie lekką, prościutką i zarazem bardzo małomówną historię o afgańskiej dziewczynie, która utknęła w rutynie imigranckiego losu i we własnej traumie. Okazuje się, że nie ma w takim zestawieniu żadnej sprzeczności.
- „FREMONT” – reż. Babak Jalali. Prod. USA 2023. Max, Play Now, tv smart.
„Fremont” ma szczególny punkt wyjścia, jakkolwiek znajduje on zaczepienie w tysiącach podobnych przypadków. Cierpiąca na bezsenność Donya była w Kabulu tłumaczką pracującą dla amerykańskiej armii, musiała więc po dojściu talibów do władzy w 2021 roku uciekać z kraju i zamieszkała w tytułowym miasteczku. Grająca ją młoda afgańska dziennikarka Anaita Wali Zada również doskonale wie, czym jest ciągły strach, wyobcowanie i poczucie winy, kiedy zostawia się bliskich na pastwę reżymu.
Lecz Donya to bohaterka z kamienną twarzą. Życie wypełniają jej dojazdy do San Francisco, praca przy chińskich wypiekach z przepowiednią w środku, zdawkowe sąsiedzkie pogwarki i oglądanie tureckich telenowel. Należy do mikrospołeczności stworzonej przez różnej maści uciekinierów z mniej lub bardziej zapalnych rejonów świata. Paroma kreskami kreśli Jalali ich banalną, choć wreszcie bezpieczną codzienność, ale Dunya wyraźnie odstaje od swego otoczenia. Jej monotonne życie odmienią w końcu dwa wydarzenia: gdy kolega odstąpi jej swoje miejsce w kolejce do psychiatry i gdy dziewczyna awansuje na etatową pisarkę wróżb. Staną się one ekspresją cichej samotności, zakamuflowanymi „listami w butelce”.
Jalali nakręcił film ostentacyjnie mały, w znaczeniu: niepozorny, zrobiony minimalistycznymi środkami, jakby reżyser i jego współscenarzystka Carolina Cavalli chcieli w ten sposób odtworzyć zredukowany pejzaż wewnętrzny ich bohaterki. Odciętej od swoich emocji i reszty świata, w którym stara się jako tako funkcjonować. Jest tutaj mowa o zespole stresu pourazowego, ale niezależnie od fachowych diagnoz, sama emigracja, nawet ta legalna, z przysłowiowym chlebem i solą, to przede wszystkim szczególny stan umysłu.
Jalali udowadnia, że można opowiadać o tym bez wytaczania ciężkich armat, politycznych czy psychologicznych. Na tym właśnie polega oryginalność i wdzięk filmu „Fremont”, który jednak, wbrew swojej trochę nadrealnej poetyce, wcale nie ucieka w klimaty magiczne. Bo przepowiedni szczęścia znalezionej w chińskim ciasteczku trzeba dopomóc. Tak jak przypadkowi, który pewnego dnia postawił na drodze Dunyi ważne dla niej osoby – doktora Anthony’ego, z równie kamienną twarzą znanego komika Gregga Turkingtona, czy niezwykle ciepłą postać odtwarzaną przez Jeremy’ego Allena White’a, gwiazdę serialu „The Bear”.
Ten czarno-biały film, mówiony po angielsku, kantońsku i w języku dari, przynosi świeże spojrzenie na rzeczywistość pod obcym niebem i na proces wychodzenia z imigranckiej skorupy. A odwołania do „Białego Kła” Jacka Londona i powściągliwy humor wyrywają opowieść z zaklętego kręgu melancholii, obecnej w twarzach i pejzażach, słyszanej w afgańskich brzmieniach i nieusuwalnie wpisanej w każdy uchodźczy los.
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















