Jeśli nie spędzaliście majówki na Księżycu, gdzie burza magnetyczna (dająca piękne zorze) mogła wam zakłócić łączność z ziemskim medialnym grajdołem, nie mogliście przegapić wszechobecnej w mediach kuchennej liczby tygodnia. Otóż każdy szanujący się serwis internetowy pisał, że Polacy wydali w zeszłym roku miliard złotych na urządzenia kuchenne o nazwie Thermomix (zwane dalej dla wygody w tym tekście termomiksami bez h i z małej litery). A w rzeczywistości nawet więcej, bo równowartość 290 mln euro, podanych w komunikacie prasowym producenta, to ok. 1 mld 240 mln złotych. Takie jednak nieokrągłe liczby odstraszają większość, w przeciwieństwie do pełnych milionów i miliardów, które przecież jeszcze można podbić słowami typu „fortuna”.
Ale to najmniejszy problem z tą wrzutką piarową, która, owszem, mogłaby posłużyć jako punkt wyjścia do zbadania naszych sprzętów kuchennych w ogóle. Jesteśmy chyba już znieczuleni na te niby-newsy w rodzaju właśnie „Polacy wydali miliard”, „Polacy zjedli milion” – które nie podają żadnego kontekstu, punktu odniesienia, danych porównawczych, co by pozwalało zrozumieć samodzielnie: dużo to czy mało? Ważne, żeby w mediach przez dwa dni krążyła nazwa produktu. W angielskim języku dziennikarskim nazywa się to spoon-feeding, czyli karmienie odbiorcy, niczym dziecka, łyżeczką. Jedyny news tego rodzaju, jaki bym chętnie przeczytał, to taki zaczynający się od słów: „w zeszłym roku cwaniaki z agencji PR wcisnęli leniwym dziennikarzom kampanie za X milionów”…
Ale dość już narzekania, wróćmy do kuchni. Dane robią faktycznie wrażenie, dlatego się nimi tu zajęliśmy. Według raportu branżowego związku producentów wartość rynku tzw. małego AGD w Polsce wyniosła w zeszłym roku ok 5,5 mld zł, zatem termomiksy stanowiłyby ponad 20 proc. całości. Nie jest dla mnie jasne, czy ta statystyka branżowa je ujmuje (oraz drugi flagowy produkt niemieckiej firmy Vorwerk, czyli odkurzacz marki Kobold), bo ich sprzedaż odbywa się poza normalnymi kanałami. O tym że nie, świadczyłby choćby fakt, że kategoria „roboty i blendery” to tylko 12 proc. sprzedaży małego sprzętu. A zatem termomiksy może są całkiem samodzielnym kolosem, odrębną kategorią.
Mamy chyba już do czynienia z poważną i rozległą przemianą obyczajową, w dużym stopniu jeszcze nie opowiedzianą w głównym nurcie narracji o tym, jak zmienia się to, co Polacy gotują i co jedzą. Jednym z powodów tego przemilczenia jest wspomniany już fakt: termomiksy rozchodzą się poza głównymi kanałami rynkowymi, nie ma ich więc w głównym obiegu reklamowym, spoty z ich udziałem nie zamulają wam czasu antenowego i tzw. feedu, nie są więc na głównym ekranie naszej rozproszonej uwagi. Za to w obiegu, w którym te maszyny funkcjonują – czyli w sieci społecznościowej sprzedawców i użytkowników – tworzą się bardzo silne więzi i uzależnienie. Co przy okazji również zapewnia firmie trwały przychód i rozwiązuje problem każdego solidnego producenta: jeśli bowiem sprzeda on komuś trwały, wysokiej jakości sprzęt czy narzędzie, to traci w ten sposób na długie lata klienta… producent termomiksów zapewnia sobie stały dopływ gotówki, przywiązując ludzi do usług online, bez których te skądinąd porządnie wykonane, mocne i wszechstronne roboty tracą na użyteczności.
Owszem, da się coś zrobić z nimi bez dostępu do internetu oraz płatnego serwisu Cookidoo, ale to bez sensu. Cała bowiem „różnica gatunkowa” gotowania z termomiksem polega na tym, że prowadzi cię on za rękę i oferuje wielką liczbę przepisów „przetłumaczonych” na język parametrów tej maszyny, ustawień obrotów, temperatury i trybów, a całość tej wiedzy pozostaje w chmurze dostępna za miesięczną opłatą.
Na tym właśnie polega istota przemiany obyczajowej, jakościowego skoku, o którym wspominałem. Bo nie mamy do czynienia po prostu z kolejnym mikserem wyróżniającym się znacznie mocniejszym silnikiem oraz końcówkami wykonanymi z lepszej niż przeciętne produkty stali i plastiku (to jest przypadek innego robota – marki Kitchen Aid). Termomiks to element coraz powszechniejszej egzystencji rozsiadłej okrakiem między realem a wirtualem, tej, którą cechuje patrzenie na świat nie wprost oczami, lecz przez obiektyw smartfona, relacje sentymentalne i zawodowe zapośredniczone przez platformy komunikacyjne, życie w całości wpięte w aplikacje. To jest ta prawdziwa nowość, która tak mocno angażuje grono wyznawców-użytkowników i sprawia, że stają się skutecznymi ewangelizatorami tego sposobu życia – koniecznymi, gdy mowa o sprzęcie kosztownym, będącym przy okazji popularnym obecnie symbolem awansu materialnego.
Sam jestem raczej z drużyny ascetów i lubię sobie udowodnić, że nadal potrafię widelcem ubić białka na pianę (jakbym kiedyś znalazł się domu na odludziu bez miksera…), tak jak inni faceci się utwierdzają, rąbiąc drewno albo zaliczając nocne biegi przełajowe… Ale nie będę nikomu wskazywał, jak żyć i ułatwiać sobie pracę, mimo że mam pewność potwierdzoną paroma eksperymentami, że przy np. dwuosobowym obiedzie dla ludzi bez szczególnych potrzeb dietetycznych termomiks daje iluzoryczną oszczędność czasu i trudu. To, co np. oszczędzamy podgrzewając i miksując składniki na zupę w jednym naczyniu, tracimy potem na umycie i wysuszenie tych wszystkich elementów. Dwuosobową owsiankę z musem jabłkowym naprawdę szybciej zrobić w dwóch garnuszkach, mając za narzędzie jedynie drewnianą łyżkę.
Wolę jednak milczeć, bo odnotowuję w sobie ten konserwatywny jałowy odruch, który kiedyś kazał patrzeć sceptycznie na kuchnie gazowe, „bo przecież tylko na gorącej blasze wyjdą dobre podpłomyki, a chleb z pieca na drewno ma lekko dymny posmak” albo np. młynki do kawy „bo nikomu jeszcze ręka nie odpadła od kręcenia korbką”. Naprawdę nie widzę, co jest szlachetnego w wielce żmudnym przecieraniu owoców lub warzyw przez sito, co robiły nasze babcie „doskonale radzące sobie bez blendera”. Nie zliczę, ile razy przez moment nieuwagi zwarzył mi się krem tzw. angielski, bo stosując jakże prostą i niewymagającą żadnej inwestycji technikę kąpieli wodnej przegapiłem punkt ścinania się żółtek (około 82 stopnie Celsjusza).
Roboty w typie termomiksa i cała związana z nimi „kuchnia w chmurze” są faktycznie wszechstronne i na prawie wszystko znajdzie się w onlajnowej bazie procedura. Ale w słowie „prawie” tkwi istotny haczyk, o którym warto pamiętać, kiedy będziemy stawiać kolejny krok postępu. Istnieją niewielkie, ale jednak istotne obszary niedostępne dla tej technologii jak usmażenie sadzonego jajka albo ulepienie pierogów. Zmiany w naszym zachowaniu w innych obszarach życia każą się spodziewać, że w miarę jak będziemy bardziej zależni od tych maszyn, to różne umiejętności, przepisy i sposoby będące poza zasięgiem doznają po prostu uwiądu. Wyparują powoli z naszych śniadań i obiadów. To nieuniknione, ale warto sobie zdawać z tego sprawę, gdy nasza sąsiadka namówi nas wreszcie, byśmy wydali sześć tysięcy złotych z okładem.
Gdyby chwilowo taka kwota była poza waszym zasięgiem, ale chcielibyście też zaznaczyć bliźnim, że nie najgorzej wam się powodzi, proponuję zdobyć kosztownego nowego „rubinowego ananasa” – koncern Del Monte sprzedaje takowe po ok. 400 dolarów. Wewnątrz są zwyczajne, ale ich łuski mają piękny, czerwonawy kolor. To nie pierwszy ananasowy dziwoląg, wcześniej był taki z zewnątrz całkiem normalny, ale za to o różowym miąższu. Te rubinowe są dostępne na razie tylko dla czytelników naszego newslettera w Ameryce – oraz w Chinach, gdzie wcześniej miała miejsce ich światowa premiera, urządzona w trakcie celebracji chińskiego Nowego Roku. Ale nie wątpię, że ktoś wkrótce sprowadzi je do Europy. Kilka miesięcy temu pisaliśmy w newsletterze o specjalnych edycjach luksusowych alkoholi, jakie europejscy i amerykańscy producenci szykują na chiński Nowy Rok i jak w ten sposób próbują mocno zaistnieć na tamtym rynku. W bieżącym „Tygodnikowym” felietonie zajmuję się między innymi znaczeniem Chin dla francuskiego koniaku, warto ten tekst uzupełnić między innymi o tabelkę, która pokazuje, że do spółki USA, Chiny i Singapur odpowiadają za dwie trzecie światowego spożycia tego trunku, którego chyba już czas przestać kojarzyć z Francją.
Z rzeczy niewątpliwie pożyteczniejszych, to naukowcy z Uniwersytetu Kalifornijskiego wprowadzają właśnie nową odmianę awokado, która pozwoli na znacznie gęstszą uprawę, a więc niepożerającą aż tak wiele areałów odbieranych dotąd innym plonom lub lasom, co może wreszcie pozwoli nam, fanom tego owocu, jadać tosty i guacamole bez tak wielkich wyrzutów sumienia. Może przy okazji do sałatki trafią nowe pomidorki „Żółta łódź podwodna” z uniwersytetu Cornell, ale mam jakieś niejasne podejrzenie, że ja takie pomidorki już dawno widziałem na bazarze w Falenicy.
Jeśli chodzi o mutanty i nieustanne wypuszczanie nowych odmian (gdy te starsze się degenerują genetycznie), to właśnie mamy przed sobą piękny truskawkowy sezon. Jak zauważam w felietonie z tego tygodnia, jeśli są dobre, to w sumie nie możemy wiele im pomóc, chyba że podać z jakimś przyjemnym dodatkiem. I tu niewątpliwie mikser (a może nawet i termomiks) bardzo się przydadzą. Pierwszy krem, jaki mi przychodzi do głowy, to najprostsze połączenie pół na pół mascarpone i bitej śmietany. Najpierw ubijamy śmietanę ze szczyptą soli, potem wkręcamy na wolnych obrotach w małych porcjach mascarpone (które można wcześniej nieco „rozkręcić” drewnianą łyżką). Na koniec cukier wedle uznania, ale jeśli śmietana i serek były dobrej jakości, to nie warto zabijać ich smaku. Albo coś bardziej pracochłonnego, do czego mógłby się przydać termomiks albo inna maszyna z funkcją podgrzewania. Siekamy z grubsza 200 g migdałów, prażymy je na sucho w garnku, aż zaczną mocno pachnieć, zalewamy 250 ml mleka i 250 ml śmietanki, podgrzewamy na wolnym ogniu, pilnując, by nie zagotować (czyli do ok. 90 st), odcedzamy. Po wystudzeniu używamy do przygotowania kremu: 5 żółtek ucieramy z 200 g cukru, dolewamy migdałowe mleko ze śmietaną i podgrzewamy delikatnie w kąpieli wodnej, mieszając, aż zgęstnieje.
Wino do truskawek? Nie przepadam za tym połączeniem, ale jeśli już coś ma być, to o wysokiej kwasowości i niespecjalnie aromatyczne, o nieco szorstkiej fakturze na podniebieniu… czyżbym właśnie opisał szampana? Wolę za to pomyśleć o tych wszystkich dobrych różowych winach, które zawierają w palecie smaków także truskawkę, często taką lekko podsmażoną. Takie jest jedno z win spróbowane i kupione przeze mnie podczas festiwalu Białeczerwone, o którym wspominałem wam dwa tygodnie temu. Adonis, czyli zweigelt na różowo z winnicy Skarpa Dobrska, dobrze zrównoważony między lekką kwasowością a przyjemnym, leciutko „jogurtowym” ciałem. Truskawką pachnie też wino typu pet-nat z Winnicy Słońce i Wiatr w Dolinie Prądnika – Wild Rose.
I wreszcie zagłosowałem portfelem, czyli kupiłem zaskakujące wino z Winnicy Miłosz. Mogliście o niej nieraz czytać w moich tekstach, robią tam od 2013 roku świetnego sekta (czyli wino musujące uzyskane tradycyjną, szampańską metodą wtórnej fermentacji w butelce) pod nazwą Grempler Sekt. Powstaje też spokojne pomarańczowe wino (czyli białe, ale dłużej macerowane na skórkach winogron, co zmienia całkowicie jego charakter) o nazwie Pandemiczna Pomarańcza. Oba te wina też polecam, ale tym razem przyciągnął mnie ich mariaż – pomarańczowe bąbelki Grempler Sekt Orange. Fascynujące, długie, wymagające jedzenia, wyczuwalne aromaty gałki, pieprzu i różanych płatków (ale podbite lekką goryczką) zdradzają, że użyto do jego produkcji m.in. szczepu gewürztraminer. To dość trudne w odbiorze, nieoczywiste wino, ale oba poprzednie możecie potraktować jako niezawodny umilacz gorących popołudni, których wam teraz życzę na tarasie lub kocyku, gdzie jedyna „maszyna”, jaka wam będzie potrzebna, to korkociąg i nożyk do truskawek.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















