Reklama

Las jak miasteczko

Las jak miasteczko

11.02.2019
Czyta się kilka minut
Kiedy idę boso, zwierzęta nie mogą się nadziwić: Co to za człowiek? Czego chce? – mówi Marcin Kostrzyński, autor filmów przyrodniczych.
ROBERT GÓRECKI / AGENCJA GAZETA
P

Proszę go: – Niech pan opowie o swoim lesie. Odpowiada: – Jestem obsesyjnie przywiązany do tego kawałka ziemi. Tu się urodziłem, znam ludzi, znam las. Tu zawsze było pogranicze. Nawet w czasach rozbiorowych biegł tu rów rozdzielający carską Rosję od Niemiec. Tereny przygraniczne nigdy nie są w centrum zainteresowania. Może dlatego jest tu tak ładnie? A ja mam dobrą pamięć. Pamiętam dokładnie, gdzie 40 lat temu spotkałem lisa lub sarnę.

Górzno, powiat brodnicki, to pogranicze również współczesne. W sercu lasu, który Marcin Kostrzyński, internautom znany jako „Marcin z lasu”, traktuje jak swój biotop, spotykają się trzy województwa: kujawsko-pomorskie, warmińsko-mazurskie i mazowieckie. Z Warszawy to niby tylko 180 km, ale pokonanie ich zajmuje nawet trzy godziny. Szczególnie po śnieżycy. Za Sierpcem śnieg zalega na jezdni, tiry żłobią w nim koleiny, kierowca jedzie z duszą na ramieniu.

Na kawę siadamy w restauracji, której budynek imituje XVIII-wieczny młyn wodny. Za oknem mamy zamarznięte Jezioro Górznieńskie i trzy myszołowy ślizgające się między koronami drzew. Rodzinny dom Kostrzyńskiego stał między tym a innym sąsiadującym z nim jeziorem. – Moi rodzice byli bardzo zajęci, więc wychowywałem się u cioci po drugiej stronie ulicy – opowiada. – Jej mąż pracował w lesie i często zabierał mnie ze sobą. Wsiadaliśmy na motor lub zaprzęg konny. Zajmował się głównie żywicowaniem drzew. To bardzo spokojna, wyciszająca praca. Trzeba rano lub wieczorem podejść do sosny, naciąć rowek i patrzeć, jak skapują pojedyncze krople żywicy.

– To pan się wychował w tym lesie.

– Zawsze był w zasięgu ręki. Jak ktoś mieszka w dużym mieście, to nie ma takiego komfortu. A tu, w Górznie, są jeziora, jest kompleks leśny, i jeszcze niedaleko Drwęca z rozlewiskami. To taka mała Biebrza. Są bataliony i bieliki. To, że z sukcesami filmuję dziś zwierzęta, wynika głównie z tego, że znam ich zwyczaje, ale znam też teren. Wiem, gdzie je znaleźć. Wchodzę tam, gdzie mało kto wchodzi.

– Pamięta pan swojego pierwszego wilka?

– Oczywiście. Jako dziecko dużo chodziłem po lesie boso. Wtedy łatwiej niż w butach podchodzi się zwierzęta. Ma się też ekstra doznania. Coś łaskocze, coś jest ciepłe, coś mokre. Człowiek uzyskuje tyle informacji o podłożu, ile ze wzroku i słuchu. Ale jest jeszcze trzeci aspekt tej sprawy, który uświadomiłem sobie dopiero po latach. Chodząc boso, człowiek wyróżnia się z tłumu innych ludzi. Nie dość, że zostawia intensywniejszy zapach, to jeszcze intryguje zwierzęta. Nie jest grzybiarzem, myśliwym, leśnikiem. Taki wilk będzie mocno zafrapowany. Będzie próbował zrozumieć, o co temu człowiekowi chodzi. Więc kiedyś szedłem boso przez las i zobaczyłem, jak wilk idzie za mną.

Amnezja susła

W wydanej w ubiegłym roku książce „Gawędy o wilkach i innych zwierzętach” Kostrzyński tak opisuje swoje operatorskie początki: „Pracowałem w Górznieńsko-Lidzbarskim Parku Kraj­obrazowym, jakimś cudem namówiłem dyrektora, by kupił kamerę do dokumentowania naszych parkowych poczynań. To była pierwsza kamera, którą mogłem nagrywać przyrodę”.

Jednocześnie odwiedzał szkoły – pokazywał slajdy, opowiadał o zwierzętach. Kiedyś przyjechała do niego ekipa „Teleranka”. Zaprzyjaźnili się, więc Kostrzyński coraz częściej pojawiał się na ekranie. Przy okazji uczył się sztuki operatorskiej. Potem zaproszono go do współpracy z redakcją dziecięcą Telewizji Polskiej, jeszcze później z programem „Animals”. Wreszcie trafił do Niemiec, a potem już do Puszczy Amazońskiej.

– Ale historię trzeba zacząć od podkreślenia, że kiedyś byłem myśliwym – mówi Kostrzyński. – W mojej rodzinie jest ich sporo. Wujkowie z bronią zawsze mi imponowali. Dalej się zresztą lubimy. Kształciłem się na leśnika, a łowiectwo było przedmiotem obowiązkowym. Miałem wyrzuty sumienia. Do tego stopnia, że nie jadłem mięsa. Nie tylko upolowanego. Żadnego. Wmawiałem sobie, że kto ma zabijać zwierzęta, jeśli nie ja, etyczny myśliwy? Potem rzuciłem studia i rzuciłem łowiectwo. Nie dałem rady.

Pierwszym filmem, który nakręcił na własną rękę, był dokument o susłach z lotniska w Świdniku dla niemieckiej telewizji ZDF. Nie wiedział, jak zabrać się do tematu. Susły siedziały pod ziemią, a kiedy wychodziły na powierzchnię, to tylko po to, żeby skubać trawę. Trudno przerobić to na 45 minut materiału. Dowiedział się jednak, że wybudzone z hibernacji cierpią na rodzaj amnezji. Nie pamiętają nic z poprzedniego sezonu. Wystarczyło pojawić się przed norą w chwili, gdy wychodzą z niej po raz pierwszy, by uznały kamerę za naturalny element krajobrazu. Film okazał się sukcesem, Kostrzyński montował go już w Ameryce Południowej, gdzie realizował kolejne zlecenie.

– Tam zrozumiałem, że większość filmów przyrodniczych może jest ładna artystycznie, ale nie ma w nich nic wspólnego z rzeczywistością. Nie pokazują normalnych zachowań zwierząt. Te filmy robi się na oswojonych lub odłowionych zwierzętach. W Amazonii trafiliśmy do wsi, w której prowadzono coś na kształt zoo. Producent kupował od Indian okazy po 20 dolarów za sztukę. Mieli cały repertuar amazońskich gatunków. Potem sprzedawano je do filmów. Zwierzęta nie wracały do natury. Eksploatowano je aż do śmierci lub po prostu zjadano. Jakby ktoś kupił parę rękawiczek, pobrudził i wyrzucił. Nie chciałem tak robić.

Czułość jelenia

Własną metodę pracy wysnuł z artykułu na temat zasad panujących w wytwórni Walta Disneya: ponad trzy czwarte ujęć w filmach dla dzieci powinno być wykonywanych z użyciem szerokiego kąta. Tak, aby widać było całe otoczenie. To dla dziecka naturalna perspektywa. A więc nie portrety zwierząt kręcone teleobiektywem, tylko szerokie ujęcia z małych, przenośnych kamer sportowych obsługiwanych zdalnie. Umieszcza je w wytrzymałych obudowach, chowa w sobie tylko znanych miejscach, a potem ustawia sterownik na automatyczne działanie. Kamery rejestrują obraz przez godzinę po wschodzie słońca. To czas największej aktywności zwierząt, z najlepszym oświetleniem. Przez resztę dnia obraz nagrywany jest tylko wtedy, kiedy czujnik zarejestruje ruch w obiektywie. Kiedy pokazuje potem w szkołach swoje filmy, pierwszą reakcją dzieciaków jest zwykle myśl, że to transmisja na żywo.

– Poza tym mogę każdą kamerę uruchomić zdalnie o dowolnej porze dnia. Dodatkowo one komunikują się ze sobą. Po dwóch latach takiej pracy okazało się, że mam nagrania dzikich zwierząt unikatowe w skali Europy.

– Ile ma pan takich kamer w terenie?

– Dzięki datkom od internautów dziewięć. Miałem dziesięć, ale jedną dopiero co rozjechał mi czołg na poligonie. ­Schowałem ją w piachu, przyjeżdżam, patrzę, a ślad gąsienicy dokładnie tam, gdzie moja kamera. Pech.

Przed spotkaniem naoglądałem się nagrań „Marcina z lasu”. Hit z ostatnich miesięcy to pierwszy od wielu lat ryś w Górznieńsko-Lidzbarskim Parku Krajobrazowym. Ostatni przedstawiciele tego gatunku zginęli jeszcze w latach 80. XX w., zanim wpisano go na listę zwierząt chronionych. Ryś ma szczególnie ciężki żywot. O ile wilk niemal przez całą ciepłą połowę roku może żywić się tylko roślinami, o tyle uzębienie rysia sprzyja wyłącznie diecie mięsnej, głównie sarniej. Poza tym drapieżny kot do polowania wykorzystuje zwykle powalone pnie, których w typowym lesie gospodarczym nie ma. Taki las to dla rysia pustynia. Mimo to, gdzieniegdzie udaje mu się przetrwać.

W 2018 r. znajoma Kostrzyńskiego zobaczyła w podgórzyńskim lesie rysi trop. Zaczął więc odwiedzać te same miejsca, w których widywano te zwierzęta cztery dekady temu. Nie mylił się – znalazł odrapane drzewo i umieścił pod nim kamerę. Na zarejestrowanym filmie dorosły ryś najpierw obsikuje obiektyw, a potem go obwąchuje. Nie jest to ujęcie z katalogu sir Davida Attenborough.

– Jak się ogląda filmy BBC, to człowiek ma wrażenie, że antylopa nic, tylko ucieka przed lwami. Tymczasem prawdopodobieństwo, że zostanie zjedzona, jest mniejsze niż szansa, że ja albo pan zginiemy potrąceni przez samochód. Nam się wydaje, że zwierzęta w lesie są anonimowe. A tak naprawdę las to takie miasteczko. Wszyscy się w nim znają. Rozpoznają sąsiadów, rodziców, przedstawicieli innych gatunków. Widywałem kiedyś lochę, którą nazwałem Lochą Gryzącą w Tyłek, bo faktycznie to robiła. Raz obserwowałem jelenie przy lizawce, które nic sobie nie robiły z towarzyszących im dzików. Aż tu nagle przyszła ona. Jeden rzut oka i jelenie uciekły, gdzie pieprz rośnie. Z kolei gdy dorosły byk spotka swoją bardzo starą matkę, zachowuje się odmiennie niż wobec innej łani. Podejdzie, poliże, ona położy mu łeb na szyi.

– To nie tylko zwierzęta odróżniają pana od innych ludzi, ale i pan rozpoznaje poszczególne osobniki?

– Z dzikami jest o tyle trudno, że letnia szata różni się od zimowej. Ale nauczyłem się rozróżniać ich rysy. Podobnie z jeleniami. To kwestia opatrzenia. Co więcej, widzę podobieństwo wśród dzieci poszczególnych samic. Pula osobników, które rozpoznaję, zmienia się po każdym sezonie polowań. Najwięcej było w niej 40 dzików i kilkanaście jeleni.

Wolność dzika

Wsiadamy do samochodu, żeby zanurzyć się w las. Chatę w przysiółku Brzeziny kupił jako 17-latek. Pojechał do Belgii zarabiać na wymarzony aparat fotograficzny. Kiedy wrócił z 400 dolarami w kieszeni, okazało się, że chatę, którą znał ze swoich wędrówek po lesie, można kupić za połowę tej kwoty. Rodzice byli przeciwni, poprosił więc babcię, która przeżyła dwie wojny. Pomysł ją zachwycił. „Jak będzie kolejna wojna, to nikt cię nie znajdzie” – powiedziała, po czym wzięła na siebie formalności. Dziś Marcin Kostrzyński kręci filmy właśnie w tym lesie lub w promieniu 100 kilometrów od niego. Z przyczyn ekonomicznych rzadko zapuszcza się dalej w Polskę.

Śnieg sięga zderzaka, ale auto pewnie sunie leśną drogą. Kostrzyński prowadzi i na bieżąco opisuje las:

– Tu rosły kiedyś tak grube sosny. Wujek mi opowiadał, że jak je dwie osoby piłowały, to nie widziały się nawzajem przez pień. A tu było bagienko. Kiedyś obserwowałem blisko niego rannego wilka. Leżał w jednym miejscu tak długo, aż się wylizał. Wyrobiłem sobie dobrą orientację w terenie. Do lasu idę nocą, żeby nie wyśledzili mnie kłusownicy. Potem w ten sam sposób muszę znaleźć swoje kamery. Człowiek cały czas myśli o kierunkach, patrzy na gwiazdy. Moi przodkowie mieli to w małym palcu, ja próbuję nie wygasić w sobie tych umiejętności.

Aby pozostać niezauważonym, na śnieg zakłada nakładki na buty, które imitują tropy jeleni. W lesie zakopał też mnóstwo plastikowych beczek, w których chowa się nawet na całe dnie. Mówi, że to czatownie idealne. Nie znajdzie jej poszukiwacz z wykrywaczem metalu, w środku jest sucho i ciepło, a na dodatek działa wi-fi, więc może tak siedzieć i obsługiwać kamery. Poza tym nie niepokoi zwierząt.

Po paru kilometrach wjazd na podwórko przegradza nam świeży śniegołom. Jest dom, jest budynek gospodarczy, dziecięca trampolina, nie ma za to płotu. W środku komfortowe warunki: prąd, łazienka, kuchnia ze zmywarką do naczyń i okno, przez które dziki zwykły podglądać, jak gospodarz je śniadanie. W kominie często gniazdują puszczyki, więc w piecu rozpala dopiero w maju, gdy go opuszczają.

20 lat temu założył w tym miejscu coś na kształt sierocińca. Pomaga chorym i rannym zwierzętom, nie trzymając ich za kratami. To rodzi problemy finansowe. Dotacje dla miejsc takich jak to wymagają prowadzenia spisu stanu zwierząt. Dziki i jelenie, którym pomaga, pozostają na wolności. Na dowód swojej działalności ma tylko zdjęcia. Finansuje ją – razem z tą filmową – z wykładów, które prowadzi, oraz dzięki datkom internautów.

Kostrzyńskiego oburza to, że coraz częściej fotografowie nęcą zwierzynę.

– Wyrzuca się świństwo pod czatownią, przylatuje orzeł lub przychodzi wilk, fotografowie robią zdjęcia, a facet, który to organizuje, zarabia duże pieniądze. To jest łamanie prawa. Nie wolno dokarmiać dużych drapieżników. Tak samo leśniczy Kazimierz Nóżka z Baligrodu, który na filmach Lasów Państwowych woła do wilków i niedźwiedzi, narusza zasady. To są gatunki chronione prawem. Nie wolno ich płoszyć. Jak pan leśniczy krzyczy do niedźwiedzia: „Lesiu, idź spać”, to robi mu krzywdę. Zadziwiające, że Lasy Państwowe chwalą się takimi rzeczami w internecie.

Lęk kaczki

Sam, zamiast nęcić, woli zwierzęta przechytrzyć. Wyczytał kiedyś, że na widok wilka konie przyjmują bojowy szyk. Klacze otaczają źrebięta kołem, a ogiery próbują napastnika przepłoszyć. Bardzo chciał taką scenę nagrać, ale psy były przez konie ignorowane. Zdecydował, że wilka musi zbudować sam. Na zdalnie sterowany czołg nałożył coś na kształt bożonarodzeniowego turonia. Pierwszego dnia konie przeraziły się tak bardzo, że czmychnęły bezładnie. Dopiero za kolejnym podejściem nagrał podręcznikową reakcję.

Innym razem skonstruował mechanicznego borsuka, którym wlazł do nory. Sztuczny bóbr okazał się z kolei porażką. Jego kształt wyciął z twardej poliuretanowej pianki, w środek wkleił kadłub sterowanej łodzi. Całość obłożył brunatną wykładziną. Ogon zrobił wycieraczki samochodowej. W głowie schował kamerę. Chciał tak nagrywać kaczki i tracze na bydgoskim kanale, ale ptaki reagowały na robobobra jak diabeł na widok święconej wody.

Najdoskonalszą z konstrukcji jest zdalnie sterowany paśnik, w którym zimą dokarmia zwierzęta wtedy, gdy nie ma go na miejscu. Wymyślił go, gdy zwierzęca ochronka działała pełną parą, a on sam musiał lecieć do pracy do Norwegii. Podajnik do miału do pieca przerobił tak, by sypał ziarno. Mechanizm może obsługiwać z dowolnego miejsca na planecie, byle mieć dostęp do internetu. System nigdy nie zawiódł.

Kiedy Kostrzyński wymienia kartę pamięci w przywierconej do ściany szopki kamerze, obserwuję chmurę trznadli na pobliskiej sośnie. Tylko czekają, aż sobie pójdziemy. W czasie kilku minionych dób kamera nagrała sporo jeleni i trochę ptaków. Nie ma za to wcale dzików.

– Jelenie dziś też przyjdą. Pojawią się, jak tylko odjedziemy. Dawniej w ogóle nie przejmowały się moją obecnością. Leżały w śniegu i się nie podnosiły. Miały do mnie zaufanie. Ale polowania zbiorowe wytrącają je z równowagi.

– Afrykański pomór świń tu chyba jeszcze nie doszedł?

– Nie, ale dziki i tak zniknęły. Mam nadzieję, że poszły na skraj pól, tam gdzie nie ma polowań. I że potem wrócą. Wie pan, to nie jest tak, że ja nie znoszę myśliwych. Oni są potrzebni, ale nie w takiej postaci jak dziś w Polsce. Łowiectwo powinno być zawodem, a nie hobby. Nikt nie chodzi z pasji do rzeźni. Myśliwi też powinni być profesjonalistami. W tej chwili odstrzeliwane są zwierzęta z najlepszymi genami. Największe, z najładniejszym porożem. To widać w statystykach. Kilkaset lat temu dziki ważyły nawet 250 kg. Teraz jak waży połowę tego, to jest duży. Dobór naturalny premiuje największe osobniki. A my robimy coś zupełnie odwrotnego. To jeden z powodów, dla których myśliwi robią wilkom taki czarny PR. Nie dość, że są ich konkurencją, to jeszcze pokazują, jak powinna wyglądać prawidłowa selekcja prowadzona przez drapieżnika.

Inteligencja wilka

Zanim wyjedziemy z lasu, musimy pomocować się z samochodem. Próbujemy przepchnąć auto pod wzniesienie, zanim na dobre ruszymy z powrotem po własnych śladach.

– Pies zna znaczenie tysiąca dwustu słów. Czy to dużo? Pracowałem kiedyś z jedną telewizją, mieliśmy słowniczek 500 słów używanych przez przeciętnego widza. Nie chcę nikogo obrażać, ale najwyraźniej pies może ogarnąć dwa razy więcej słów niż normalnie funkcjonujący człowiek.

– Nie doceniamy potencjału intelektualnego zwierząt?

– A te dzikie są o wiele bardziej inteligentne od udomowionych! Sprzyja temu dobór naturalny. To absurd, że dziś dzika łatwiej spotkać w Warszawie niż w lesie, ale przy zmasowanych polowaniach z psami one doskonale wiedzą, że miasto jest dla nich najbezpieczniejszym miejscem. Mam nadzieję, że to się unormuje. Norma to znaczy, że zwierzęta żyją w dzikiej przyrodzie. W lesie.

– To co chciałby pan teraz nagrać?

– Przygotowałem kamerę, którą zainstaluję niedaleko potencjalnej wilczej nory. Schowam ją w pniaku. Przez trzy miesiące będzie pozostawać w uśpieniu. Jeżeli wilczyca uzna ją za stały element krajobrazu, potraktuje jak plastikową butelkę, to urodzi w norze młode. Kamera włączy się sama na miesiąc i sfilmuje prawdziwe relacje dzikiej wilczej rodziny. Potem wyłączy się, a kiedy nora zostanie na stałe opuszczona, odzyskam swój sprzęt. Zresztą kolega ma też zawieźć moje kamery do Malezji. Chcemy nagrać tygrysy. To trochę inny las niż ten mój. ©

Działalność „Marcina z lasu” można wesprzeć na stronie patronite.pl/kostrzynski

Autor artykułu

Dziennikarz, wychowanek „Życia Warszawy”, stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Autor krajoznawczego zbioru esejów „Hajstry. Krajobraz bocznych dróg” (Wyd. Czarne 2017), za który...

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]