Na Marsa filmowcy latali już w pierwszych dekadach istnienia kina. Dzisiaj ich wizje śmieszą nas nie tylko toporną technologią efektów specjalnych, ale i naiwnym imaginarium futurystycznym. Czy tak samo za sto lat, o ile do tego czasu cokolwiek z nas się ostanie, będzie oglądany film Jérémiego Périna? Wygląda na to, że nie.
Dzisiejsze kino science-fiction, również w swoich najbardziej wydumanych odsłonach, bywa dużo mniej odklejone od rzeczywistości, współczesnej nauki, a na pewno od dzisiejszych lęków. Zwłaszcza gdy mowa o wrogim przejęciu tego, co ludzkie, przez inteligentne maszyny. Ale niepokój dotyczy też wszelkich posthumanistycznych hybryd, które w nie tak odległej przyszłości może być coraz trudniej zakwalifikować jako nieludzkie. O tym m.in. opowiada znakomita francuska animacja „Mars Express. Świat, który nadejdzie”. Czyli cyberpunkowe kino akcji, w którym raz jeszcze Lem spotyka się z Dickiem, w tle snują się powidoki spektaklu „The Employees” Łukasza Twarkowskiego, ożywają inspiracje grami komputerowymi i mroki wielu filmowych dystopii. A „rysunkowe” tworzywo pozbawia światotwórczych ograniczeń.
W scenariuszu Périna i Laurenta Sarfatiego tytułowym pojazdem nasze zamożne prapraprawnuki podróżują na Czerwoną Planetę, gdzie zrobiły sobie raj niczym z kalifornijskiej pocztówki. Rok 2200 oznacza pełną koegzystencję ludzi i robotów. Te ostatnie pracują oczywiście na ludzki dobrostan: wykonują wszelką czarną robotę, ratują z wypadków samochodowych, pod postacią insektoidalnych cyberżołnierzy bronią przed zewnętrznym wrogiem... W tak doskonale zaprojektowanym świecie przyszłości nawet śmierć wydaje się niestraszna. Wszak ludzka świadomość to jedynie wiązka danych, które pośmiertnie można przeszczepić elektronicznemu replikantowi. Jak w przypadku zmarłego pięć lat wcześniej Carlosa – dziś wraz z zaprzyjaźnioną detektywką Aline (ludzką w stu procentach) krąży między ekskluzywną galaktyczną kolonią a zdegradowaną ziemską ojczyzną, zwalczając cyberprzestępczość. Szczególnym wyzwaniem okazuje się przypadek zaginionej studentki z kampusu imienia Alana Turinga.
„Mars Express” to, jak się od początku łatwo domyślić, opowieść o buncie. Gdzieś na Ziemi protestują ludzie, którym maszyny zabrały pracę, lecz na Marsie działa partyzantka zmierzająca do całkowitego uwolnienia robotów. W filmie nazywa się to „odblokowaniem”, albowiem rzeczona akcja dywersyjna polega na hakowaniu systemu zarządzającego oprogramowaniem tzw. maszyn myślących. Trudno będzie na dłuższą metę utrzymać ludzką supremację na Ziemi i poza nią – bunt sztucznej inteligencji powoli staje się faktem. Jeszcze trudniej odróżnić oryginał od kopii, jakkolwiek część ludzkości bardzo sobie ceni wynikającą z tego różnorodność, chociażby w branży erotycznej.
Jedna z lepszych scen zabiera nas do marsjańskiej dzielnicy uciech. Jeśli ktoś nie chce splamić się pracą seksualną, może zatrudnić swój syntetyczny duplikat i czerpać z tego zyski. Wybór jest zresztą nieograniczony – w ofercie są nawet odtworzone w skali jeden do jednego upiorne bliźniaczki z „Lśnienia” Stanleya Kubricka. Pachnie to, rzecz jasna, stręczycielstwem nowej generacji, tylko co oznaczałoby całkowite wyzwolenie androidów? I kto by na tym skorzystał? Odpowiedzi będą niejednoznaczne.
Reżyser połączył animację 2D i 3D, by zanurzyć nas w wielopoziomowym uniwersum, pełnym niepokojących hybryd, i zadać egzystencjalne pytania. Czy dawny Carlos w swoim poskładanym cyberciele dalej jest tamtym przedśmiertnym Carlosem i czy ma szansę odzyskać córeczkę? Ludzie zdążyli się przyzwyczaić do nowych wcieleń – np. Beryl, przyjaciółka Aline, ma postać dryfującego w powietrzu gadającego kryształu. Eksperymentuje się także z technologią organiczną. W sterylnym, zautomatyzowanym świecie, gdzie coraz rzadziej widać czerwoną krew (roboty mają niebieską), ludzka psychofizyczność wydaje się jakimś ekscesem. Rozkładający się w akademiku trup i powracająca choroba alkoholowa Aline to nieliczne przejawy życia wyrwanego spod kontroli, niewyhodowanego na komercyjny użytek. Z drugiej strony mamy świeżo wyzwolonych cyberniewolników, z własnej inicjatywy tworzących freski i statki kosmiczne, co sprawia, że w określeniu „rzeź androidów” nie czuje się przesadnej antropomorfizacji. Biologiczna powłoka przestała być wyznacznikiem człowieczeństwa.
Ekspres Périna niczym kosmiczne TGV pędzi na złamanie karku, w rytm elektronicznych brzmień Freda Avrila i Philippe`a Monthaye`a. Konwencja dziarskiego akcyjniaka z mocną nutą czarnego kryminału nie przykrywa jednak rebelianckiego przesłania, wymierzonego nie tyle w zanonimizowane zagrożenia technologiczne, ile przede wszystkim w cyberkapitalizm, uosabiany tu przez ludzi z wszechmocnej korporacji Royjacker. Za rebelią w wykonaniu AI również stoi człowiek, ale czy odblokowując jej nieznany do końca potencjał, rzeczywiście strzela on sobie w kolano? Trzeba przyznać, iż „Mars Express” w owej kwestii troszeczkę romantyzuje humanoidalne roboty, choć bardziej na zasadzie intelektualnej prowokacji niż uwodzicielskiej retoryki spod znaku „ducha w maszynie”.
Dla obeznanych z fantastyką naukową owe „kopie zapasowe”, „farmy mózgu” czy „transmisje myśli” przywoływane w „Mars Expressie” zapewne nie będą niczym nowym. Laików może trochę obezwładnić tempo akcji i nadmiar atrakcji. Najważniejsze, że twórcy potrafili przekierować znane skądinąd koncepty na mniej uczęszczane tory, inaczej formułując stare pytania o nowe czasy, np. o pracę robotów i ich status.
Co więcej, Périnowi udało się pomieścić to wszystko w spójnym wszechświecie, z intrygująco wymyśloną przestrzenią, eleganckim designem, bogatym szczegółem i gęstym nastrojem, rysowanymi czystą kreską. Kamera pracuje tak, że chwilami można zapomnieć, iż to animacja, również dzięki pogłębieniu rysunkowych postaci. Jak na neo noir przystało, nie ma tu jednowymiarowych superbohaterów, są istoty po przejściach, samotni mieszkańcy Matriksu kontrolującego ciała i umysły. I niezależnie od tego, czy za sto lat będziemy pomieszkiwać na innych planetach, przyjaźniąc się albo walcząc z androidami, stworzona w „Marsie” wizja ich uwolnienia – i gniewu! – potrafi doprawdy przeorać mózg.
„MARS EXPRESS. ŚWIAT, KTÓRY NADEJDZIE” („Mars Express”) – reż. Jérémie Périn. Prod. Francja 2023. Dystryb. Gutek Film. W kinach od 12 lipca.
Jérémie Périn to francuski twórca animacji. Dotychczas pracował przy rozmaitych projektach filmowych, m. in. jako autor storyboardów czy pilotów serialowych. Ma też na koncie seriale animowane i wideoklipy. „Mars Express. Świat, który nadejdzie” miał swoją premierę na ubiegłorocznym festiwalu w Cannes i jest jego pierwszym samodzielnym filmem fabularnym.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















