Reklama

Epidemia obala dogmaty

Epidemia obala dogmaty

w cyklu WoŚ SIĘ JEŻY
14.05.2020
Czyta się kilka minut
Poznajcie cztery ekonomiczne przekonania, które COVID-19 wywrócił do góry nogami.
Rafał Woś / FOT. GRAŻYNA MAKARA
K

Kryzysy zmieniają świat. Ten kryzys także go zmieni. Oczywiście, nie od razu. Nigdy – nawet w czasach wojen czy rewolucji – nie ma tak, że wstaniemy rankiem, a tam wszystko będzie zupełnie inne i nie do poznania. W prawdziwym życiu jest przecież inaczej. Dopiero, gdy po jakimś czasie patrzymy w lusterko wsteczne, to zaczynamy dostrzegać „acha, tu jednak zaszła zmiana”. Takie czasy się właśnie zaczynają.

Równo dwa miesiące temu, na początku pandemii, przestawiłem kolumnę #WośSięJeży na tryb kryzysowo-covidowy. Plan był taki, żeby bieżąco łapać zmiany, które wirus wywołuje w polityce i w ekonomii. Wciąż jesteśmy na początku tej drogi. Ale czas chyba na pierwsze podsumowanie*, które pozwoli nam zauważyć, że coś jednak wokół nas zaczyna wirować.


POLECAMY: „Woś się jeży” – autorski cykl Rafała Wosia co czwartek na stronie „TP” >>>


Dogmat pierwszy: Pieniądz może się rządowi skończyć

Co wiedzieliśmy? 

Zgodnie z konwencjonalnym podejściem do gospodarki, pieniądze to ograniczony zasób. Państwo ma ich tyle, ile ma. I więcej mieć nie może – a mówiąc precyzyjniej, może, ale nie powinno. Prowadząc politykę ekonomiczną, rozsądne państwo ma się więc zachowywać niczym „rozsądna gospodyni” (ulubiona swego czasu fraza kanclerz Angeli Merkel) i stale pilnować bilansu przychodów i wydatków. 

Bo przecież, jeśli rząd wyda na jedno, to nie starczy mu na drugie. Z tych pozycji krytykowane były w ostatnich latach wszystkie programy prospołeczne. Na przykład program 500+. Nawet osoby uważające siebie za dalekie od liberalnej ortodoksji łapały się na argument, że „pięćsetka” dzieje się „kosztem innych koniecznych wydatków: na usługi publiczne takie jak zdrowie, edukacja czy transport”. Takie dogmatyczne przekonanie o pieniądzach, które mogą się rządowi skończyć, w zasadzie uniemożliwiało prowadzenie innej niż liberalna polityki gospodarczej. Bo przecież trzeba by było zapłacić za nią długiem publicznym. Co oznacza (znów sztandarowe hasło minionych dekad) „przerzucanie odpowiedzialności na następne pokolenia”. Albo kryzys i bankructwo już teraz.

Co wiemy? 

Od początku pandemii rządy zwalczają strach przed kryzysem zapowiedziami wydatków publicznych liczonych w bilionach. O konkretnych programach antykryzysowych pisałem sporo w poprzednich odcinkach cyklu. Teraz jednak skupmy się na kosztach. Najciekawsze jest to, że coraz częściej słychać (choćby w USA, ale także w Polsce), iż za te dzisiejsze działania powinny zapłacić… banki centralne. Które skupią długi swoich własnych rządów, a potem albo je dyskretnie umorzą, albo zostawią w swoich bilansach na zawsze, co w praktyce oznacza to samo. Dlaczego tak zrobią? Bo nawet najbardziej liberalne rządy w Europie zdają sobie sprawę, że ich obywatele nie zniosą kolejnej rundy okrutnych oszczędności budżetowych. W większości krajów już dziś elity są na cenzurowanym, a w siłę rosną przeróżne partie protestu.

W tym nadzieja na zmianę. Bo skoro można w ten sposób (via bank centralny i de facto skorzystanie z uprawnień, jakie daje prawo suwerennej emisji własnej waluty) sfinansować i osłonić wiele antykryzysowych wydatków, to niby dlaczego nie można tą samą drogą odbudować państwo dobrobytu? To znaczy postawić na nogi zaniedbaną w ciągu ostatniego ćwierćwiecza publiczną służbę zdrowia albo transport zbiorowy? Czemu nie można rozwiązać szeregu problemów mieszkaniowych, z którymi borykają się ludzie? Albo nawet wprowadzić gwarancji zatrudnienia eliminującej widmo bezrobocia? 


CZYTAJ WIĘCEJ: AKTUALIZOWANY SERWIS SPECJALNY O KORONAWIRUSIE I COVID-19 >>>


 

I to właśnie będzie ta zmiana. Odkrycie, że suwerenny pieniądz to rodzaj fundamentu umowy społecznej, otwiera przed nami zupełnie nowe horyzonty po COVID-19. Wreszcie mamy namacalny dowód, że jeśli elity polityczne powtarzają „chcielibyśmy, ale nas nie stać”, nie oznacza to, że faktycznie nas nie stać, tylko że taka deklaracja jest polityczną decyzją. I że można podjąć inną. Nie dajmy się przekonać, że to odkrycie ekonomicznej suwerenności rządów jest czymś strasznym i przerażającym. Przeciwnie – jeśli dobrze to rozegrać – to przyszłość może być piękniejsza niż się komukolwiek wydaje. Piękniejsza dla licznych, a nie tylko dla wąskiej grupki uprzywilejowanych beneficjentów.

Dogmat drugi: Globalizacja jest taka. I innej nie będzie.

Co wiedzieliśmy? 

Mówiono nam, że połączenie wszystkich kontynentów globalnymi łańcuchami dostaw jest dobre, bo przecież prowadzi do bardziej racjonalnej alokacji zasobów. Po co produkować w Stanach czy Europie, jeśli można taniej w Azji? Po co świadczyć usługi pod własną marką, jeśli można outsourcować ich wykonywanie komuś innemu, najczęściej wraz z odpowiedzialnością za ich dostarczanie. Czemu płacić podatki tam, gdzie się faktycznie osiąga zyski, jeśli da się uciec z nimi tam, gdzie danina wynosi zero? Tak to się od trzech czy czterech dekad kręciło. I nawet, jak ktoś podnosił lament, że ten format globalizacji zabija lokalną wytwórczość albo niszczy przyrodę, to zbywano jego argumenty wzruszeniem ramion. Inaczej się przecież nie da – powiadano. 

Co wiemy? 

Kryzys pokazał, że globalne łańcuchy dostaw są realnym problemem. Nagle się bowiem okazało, że w bogatym kraju posiadającym kapitał, know-how oraz inne potrzebne zasoby nie da się wyprodukować koniecznych dla walki z pandemią lekarstw czy sprzętu medycznego, często tak prostego jak maseczki. Dlaczego? Bo z tej produkcji bezmyślnie zrezygnowano albo ją relokowano. Bo zwyciężyła logika zysku za wszelką cenę. To odkrycie podobne zasadniczo do sytuacji po roku 2008, gdy przekonanie, że „kapitał nie ma narodowości” zachwiało się po raz pierwszy. Czy upadnie po tym kryzysie, kiedy wyszło na jaw, że również „produkcja ma narodowość”? Czy musimy czekać na kolejne odsłony tego samego procesu: międzynarodowe konflikty o żywność lub wodę, by dostrzec, dokąd prowadzi nas globalizacja w obecnej formie?

Dogmat trzeci: Państwowe gorsze od prywatnego

Co wiedzieliśmy? 

Powszechne przekonanie kazało wierzyć, że prywatne jest – co do zasady – lepsze od państwowego. W takich miejscach jak próbująca uciec przed wspomnieniem późnego PRL-u Polska było to wrażenie wręcz wszechogarniające. W myśl tego przekonania wielu z nas instynktownie wybierało prywatne produkty (komercyjne pakiety medyczne albo rynkowe plany emerytalne) jako lepsze od ich państwowych odpowiedników. Często państwowe alternatywy po prostu nie istniały (mieszkalnictwo), bo zostały zarzucone jako nieefektywne. Na myśl o tym, że państwo miałoby wrócić do jakiejś formy choćby częściowego centralnego planowania, jeżył się włos na głowach liberalnych komentatorów. 

Co wiemy? 

W trakcie pandemii wszystkie oczy zwróciły się na państwo. Okazało się konieczne i nieodzowne. Dostało zadanie przypominające kwadraturę koła: jak sensownie odpowiedzieć na realny strach przed wirusem, a jednocześnie sprawić, by konsekwencje ekonomiczne zamknięcia gospodarki i zamrożenia relacji społecznych zostały obywatelom maksymalnie osłonięte? Jak odpowiedzieć na zwiększony popyt na usługi zdrowotne w sytuacji, gdy prywatna medycyna w zasadzie zawiesiła swoją działalność? Na te wyzwania różne państwa odpowiadały różnie i przy użyciu różnych zasobów, którymi dysponowały. Ale w zasadzie w żadnym miejscu nie mieliśmy do czynienia z upadkiem państwa. Generalnie stanęły one na wysokości zadania. Ujawniając spore możliwości planowania i reagowania, z których wielu nie zdawało sobie sprawy. Co oznacza, że pogłoski o jego bezużyteczności w XXI wieku były zdecydowanie przedwczesne. 

Dogmat czwarty: Unia Europejska jest siłą pozytywną

Co wiedzieliśmy? 

Dla sporej liczby osób może to być temat najbardziej bolesny. W Polsce wiara w Unię dla wielu była przecież erzacem przekonania, że świat może być dobry i mądry. Gdy Unia była daleko, to jawiła nam się właśnie jako piękny oświeceniowy projekt przezwyciężania narodowych egoizmów w duchu dialogu i solidarności. Od paru lat takie wyidealizowane patrzenie na Europę wymaga jednak ostrej gimnastyki. Jej rzeczywistość skrzeczy jednak coraz głośniej. A zatykanie sobie uszu jest coraz trudniejsze.

Co wiemy? 

Obecny kryzys znów pokazuje, że Unia nie jest już pozytywną siłą. Przeciwnie, obecny kształt integracji coraz częściej prowadzi do generowania realnych ekonomicznych i społecznych napięć. Ogniskiem zapalnym jest oczywiście strefa euro. Pokazał to już kryzys zadłużeniowy z lat 2010-2015, gdy problem nierównomiernego rozłożenia zysków z eurointegracji nie został rozwiązany.  Problem da się sprowadzić do tego, że w obszarze wspólnego pieniądza zamknięto gospodarki znajdujące się ze sobą w ostrej konkurencji ekonomicznej. Jednocześnie ich demokratyczne rządy nie mogą prowadzić właściwie żadnej polityki ekonomicznej. Żadnej to znaczy innej niż klasycznie liberalna. Tę maszynę dałoby się pewnie naprawić. Problemem jest wpisanie szeregu neoliberalnych dogmatów do unijnych traktatów. Tę unijną quasi-konstytucję też można oczywiście zmienić, ale do tego potrzeba by było konsensu elit. Takiego konsensu jednak w Europie nie widać. Dość powiedzieć, że w odpowiedzi na COVID-19 Unia nie wprowadziła żadnego z odważnych mechanizmów wspólnotowych: ani unijnego dochodu podstawowego, ani nawet jego namiastki w postaci jakiejś wersji antykryzysowych wypłat dla obywateli. Zarządzanie kryzysem trwa na poziomie krajowym. Nie ma też żadnego unijnego podatku majątkowego, a uwspólnienie długu w strefie euro trafiło na veto. Taka Unia staje się coraz bardziej anachroniczna. Zwłaszcza biorąc pod uwagę nowe prądy, które wieją nie tylko w USA czy Azji, ale także w poszczególnych krajach członkowskich. Lecz nie na poziomie wspólnotowym. 

***

PS. Bezpośrednią inspirację w porządkowaniu konsekwencji kryzysu zaczerpnąłem z najnowszych przemyśleń włoskiego publicysty i pisarza Thomasa Faziego, autora (nietłumaczonych niestety na polski) książek takich jak „Reclaiming the state. A Progressive Vision of Sovereignty for a Post-Neoliberal World” (2017) oraz "The Battle for Europe: How an Elite Hijacked a Continent and How we Can Take it Back" (2014). Choć na twórczość Faziego trafiłem dopiero teraz, to dość dobrze koresponduje ona chyba z wpisami cyklu #WośSięJeży. Zresztą oceńcie sami.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz ekonomiczny, laureat m.in. Nagrody im. Dariusza Fikusa, Nagrody NBP im. Władysława Grabskiego i Grand Press Economy, wielokrotnie nominowany do innych nagród dziennikarskich, np...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Może warto byłoby te ekonomiczne "lekarstwa", analogicznie jak szczepionki czy leki, przetestować najpierw na szczurach? Na wszelki wypadek... Miłego dnia!

na reprezentatywnej grupie wosi?...

Najpierw szczury. Ochotnicy ludzcy w następnym etapie. Jak w badaniach leków i szczepionek.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]