Reklama

Keynes lubiłby Licheń

Keynes lubiłby Licheń

w cyklu WOŚ SIĘ JEŻY
27.05.2021
Czyta się kilka minut
Do Lichenia powinien pojechać każdy, kto chce zrozumieć, jak należy budować wartość dodaną w gospodarce.
Rafał Woś / FOT. GRAŻYNA MAKARA
T

Tak, wiem – ja też jechałem do Lichenia z głową pełną stereotypów. Oczywiście zasłyszanych. I oczywiście negatywnych. Do starych klisz: że gigantomania, że kicz, że marnotrawstwo, doszły ostatnio zupełnie nowe powody, by Lichenia nie lubić. Chodzi o postać inicjatora budowy tamtejszej bazyliki, czyli księdza Eugeniusza Makulskiego, zmarłego w ubiegłym roku niesławnego bohatera „Tylko nie mów nikomu” braci Sekielskich. Kapłana, którego Stolica Apostolska natychmiast po emisji filmu odsunęła od działalności duszpasterskiej. A licheńscy marianie zacierają po nim wszelkie materialne ślady. Nazwisko Makulskiego zniknęło nawet z oficjalnego przewodnika po sanktuarium – a tam, gdzie było absolutnie konieczne, poprzestano jedynie na oszczędnym „ksiądz kustosz”.

Gdy byłem w Licheniu pierwszy raz, był koniec lat 90., a o zarzutach wobec marianina nie było jeszcze oczywiście mowy. Pierwsze doniesienia prasowe to przecież dopiero rok 2004, gdy o kustoszu Lichenia napisał tygodnik „Wprost”. Wtedy – w latach 90. – sama bazylika była jeszcze niegotowa, a jej otoczenie, jak to na wielkiej budowie, mocno rozgrzebane. Pamiętam, że pojechaliśmy z rodzicami zdecydowanie bardziej z ciekawości niż pobożności. Plan zrodził się – jak sądzę – pod wpływem całej tej medialnej (i powiedzmy sobie szczerze, raczej niechętnej) ekscytacji budową „największej w Polsce, ósmej w Europie i dwunastej na świecie” świątyni. Teraz – czekając na schabowego z frytkami – w barze Tęcza nieopodal starego kościoła św. Doroty w Licheniu Starym przeczytałem sobie jeszcze raz głośny reportaż Mariusza Szczygła z tamtych lat. Tekst ukazał się najpierw w „Gazecie Wyborczej” (1995 r.), a potem w jego debiutanckiej książce „Niedziela, która zdarzyła się w środę”.

Oczywiście – jak na dzisiejsze standardy – reportaż Szczygła jest bardzo delikatny. Dzisiejszy czytelnik może poczuć się nawet zawiedziony – żadnych wyrażanych wprost antyklerykalnych czy antyreligijnych wycieczek! To artykuł bardziej w tonie „szczygłowego” śmieszkującego zdziwienia, z którego słynął prowadząc w tamtych latach popularny talk-show „Na każdy temat”, emitowany w Polsacie. Coś w stylu: a teraz panie i panowie przedstawimy wam kolejne polskie dziwactwo – ludowy katolicyzm. Za chwilę zaś pies z dwoma głowami i tygrys znoszący złote jaja. 


CZYTAJ WIĘCEJ: WOŚ SIĘ JEŻY – autorska rubryka Rafała Wosia w serwisie "Tygodnika Powszechnego"


Na szczęście jednak od strony warsztatowej Szczygieł trzyma poziom i przynajmniej daje szanse budowniczym Lichenia na wyłożenie ich racji oraz argumentów. Wypowiadają się tutaj więc zarówno ks. Makulski, jak i autorka projektu architektonicznego bazyliki Barbara Bielecka. Swoje trzy grosze dorzuca też bp Bronisław Dembowski, odpowiedzialny wtedy za diecezję włocławską, a także prowincjał zakonu marianów Jan Rokosz. Szczygieł konfrontuje ich z przywiezionymi z Warszawy stereotypami: Dlaczego to takie wielkie? Czy to się godzi wydawać tyle pieniędzy na monstrualną świątynię w kraju, gdzie transformacyjna bieda widoczna jest na każdym kroku? Czy w świątyni katolickiej (było nie było Kościoła powszechnego) powinno być tyle narodowej symboliki i patriotycznych odniesień? Czy skala przedsięwzięcia nie jest rodzajem pychy, której chrześcijanin powinien się jednak wystrzegać?

Odpowiedzi Makulskiego, Bieleckiej czy Dembowskiego czytane dziś brzmią zaskakująco sensownie. Szczerze mówiąc, dużo sensowniej niż większość publicystyki ekonomicznej drukowanej w tamtych latach przez media głównego nurtu. Cierpliwie tłumaczą reporterowi, że budowa w maleńkiej, liczącej 1,5 tys. mieszkańców wiosce olbrzymiego centrum pielgrzymkowego (ogromna bazylika, największe w Polsce organy, dwa wielkie domy pielgrzyma, ogromny park ze słynną Golgotą czy repliką wileńskiej Ostrej Bramy etc.) ma wymiar nie tylko duchowy. To także inwestycja w bardzo świeckim i materialnym tego słowa znaczeniu. Ożywcza choćby dla mieszkańców tej podlegającej szybkiej deindustrializacji okolicy na pograniczu Wielkopolski i Mazowsza. Zwłaszcza że w trakcie prac (z inicjatywy Makulskiego) przyjęto zasadę, by to, co się da, zamawiać lokalnie. A w ostateczności krajowo. Licheń jest więc nie tylko polski i swojski w sensie zewnętrznym (symbolika narodowa), lecz także od strony faktycznego materialnego wykonania całej inwestycji. Także gdy idzie o datki na rozbudowę świątyni, zbierane głównie według modelu crowdfundungowego. I to na długo zanim słowo crowdfunding stało się biznesowym szlagierem. 

Można więc powiedzieć, że twórcy Lichenia, nawet jeśli tego nie wiedzieli, byli prawdziwymi ekonomicznymi keynesistami. I to żyjącymi w bardzo niekeynesistowskich czasach, gdy w Polsce politycy i elity na każdym kroku przekonywały, że „trzeba oszczędzać”. Tymczasem keynesiści uważają, że takie kompulsywne oszczędzanie to ekonomiczny idiotyzm. Coś jakby piłowanie gałęzi, na której się siedzi. Taka postawa wstrzymuje wszelkie inwestycje (bo przecież nas nie stać). W efekcie jeszcze bardziej nas nie stać. Więc nie inwestujemy. I tak w kółko. W pewnym momencie nawet przestajemy marzyć o rozwoju. Zaczyna się on kojarzyć z niepotrzebną ekstrawagancją. Zaczynamy go wręcz zwalczać. Bo zawsze „Lepszy wróbel w garści...”.

Keynesiści odwrotnie – są propagatorami takiego modelu zarządzania zasobami ekonomicznymi wspólnoty, który daje prymat śmiałym inwestycjom. Ich celem ma być zaś nie tylko obsługa obecnego zapotrzebowania, ale pójście o kilka kroków dalej: kreowanie nowych potrzeb i szans. Keynesiści zawsze przecież budują „o dwa numery na wyrost” albo na „za sto lat”. Oczywiście, u tych bardziej konserwatywnych takie posunięcia zawsze spotykają się z krytyką. Gani się je za „gigantomanię”, „przerost ambicji” etc. One bronią się jednak poprzez zjawisko nazywane wśród ekonomistów mnożnikiem. Chodzi o fakt, że przy odpowiednio dużej skali przedsięwzięcia każda zainwestowana złotówka przynosi zazwyczaj więcej niż złotówkę społecznego zysku. Właśnie w formie nowych miejsc pracy oraz zamówień na budowę czy potem obsługę przedsięwzięcia. A także trudniejszego do wyceny – ale realnie istniejącego – zysku społecznego, którym jest stworzenie czegoś w miejscu, gdzie wcześniej nie było nic. Warto zauważyć, że tak rozumiany keynesizm jest po prostu budowaniem trwałej wartości i realnego bogactwa. Albo – mówiąc wprost – zwyczajnie dobrą inwestycją. Taką, która trwa i żyje – kto nie wierzy, niech skorzysta z zakończenia lockdownu i się do Lichenia wybierze. Choć przecież jej inicjatorzy nie chodzą już po tej ziemi. A nawet są, z przyczyn wspomnianych na wstępie, traktowani jako dziedzictwo zdecydowanie uwierające oraz wstydliwe. 


PS. Ten felieton jest ostatnim, który publikuję w cyklu „Woś się jeży” na łamach „Tygodnika Powszechnego”. Było ich w sumie 121. Pozdrawiam serdecznie wszystkich czytelników tej kolumny. Trzymajcie się i jesteśmy w kontakcie w innych miejscach! 

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]