Emocje na buliku. Trump dzieli Amerykanów i Kanadyjczyków także na lodowisku

Napięcia między USA i Kanadą odbijają się nieoczekiwanie w hokeju na lodzie – w trwającym właśnie finale Pucharu Stanleya. Znów okazuje się, że stwierdzenie, iż sport sobie, a polityka sobie, to komunał.
Czyta się kilka minut
Florida Panthers - Edmonton Oilers, drugi mecz w finale Pucharu Stanleya. Edmonton, Kanada, 6 czerwca 2025 r. // Fot. Steph Chambers / Getty Images
Florida Panthers - Edmonton Oilers, drugi mecz w finale Pucharu Stanleya. Edmonton, Kanada, 6 czerwca 2025 r. // Fot. Steph Chambers / Getty Images

Gdy zaczynam pisać ten artykuł, kanadyjska drużyna hokejowa Edmonton Oilers wygrywała piąty mecz finału Konferencji Zachodniej – jednej z dwóch konferencji w National Hockey League (NHL; obejmuje drużyny z USA i Kanady) – w starciu z zespołem Dallas Stars i awansowała do finału Pucharu Stanleya, głównego trofeum NHL. Czekał ją tu mecz z Florida Panthers. To hokejowe déjà vu, Dzień Świstaka na lodzie.

Rok temu finał wyglądał niby tak samo, choć inaczej. Najpierw Edmonton Oilers zaliczyli kiepski początek sezonu i zmienili trenera, wreszcie dotarli do finału przeciwko Florida Panthers. Tam przegrali trzy pierwsze mecze (rozgrywki play-off w NHL rozgrywa się do czterech wygranych), widowiskowo odrobili stratę i wreszcie polegli w meczu siódmym. Kapitan drużyny, Connor McDavid, nawet nie wyjechał wtedy na lód, by odebrać należne mu wyróżnienie dla najlepszego zawodnika fazy pucharowej.

W tym roku Connor McDavid będzie miał okazję się odegrać. Florida Panthers awansują do finału Pucharu Stanleya trzeci raz z rzędu. Dwa lata temu byli sensacją play-offów, choć ostatecznie polegli. Rok później zaczęli sezon jako faworyci, do finałów przebili się bez mrugnięcia okiem, a w finale pokonali Edmonton.

Tym razem szanse są wyrównane i trudno byłoby coś obstawiać u bukmacherów. Zresztą odradzałbym odwiedzanie takich przybytków. Hokej to najbardziej nieprzewidywalna z dyscyplin, losy meczu potrafią odmienić się w ciągu 30 sekund.

Oilers kontra Panthers: furia i zemsta na lodowisku

Oczywiście w tym wszystkim chodzi też o Donalda Trumpa. Starcie między drużyną z Edmonton, miasta żyjącego hokejem, a klubem z Sunrise na Florydzie nakłada się na spór rozpętany przez nowego prezydenta. Ten chciałby, by Kanada stała się kolejnym stanem USA. Zresztą Sunrise mniej kojarzy się ze sportami zimowymi, a bardziej z posiadłością Trumpa Mar-a-Lago, od której jest oddalona o niespełna godzinę jazdy samochodem.

W Kanadyjczykach zakusy Trumpa wywołały zrozumiałą furię. Oberwało się nawet kanadyjskiej legendzie hokeja, Wayne’owi Gretzky’emu. Ten posiadacz (do niedawna) najważniejszych rekordów uważany jest za najwybitniejszego hokeistę w historii. Gretzky, tak się złożyło, jest przyjacielem Trumpa, zjawił się na jego inauguracji i według relacji Trumpa żartował, iż mógłby zostać gubernatorem stanu Kanada. Spadła za to na niego fala krytyki; powstały nawet petycje, by odebrać mu kilka kanadyjskich honorów.

Amerykańsko-kanadyjskie napięcia miały kulminację podczas turnieju 4 Nations Face-Off, który w tym roku zajął miejsce rozgrywek All-Stars. W turnieju wzięły udział cztery reprezentacje narodowe: Stanów, Kanady, Szwecji i Finlandii, choć złożone tylko z zawodników NHL. Podczas pierwszego meczu między Stanami i Kanadą, w Montrealu, kanadyjska publiczność wybuczała nie tylko „Star Spangled Banner”, hymn USA, ale całą grę Amerykanów. Ci zemścili się wygraną 3:1. Losy tej rywalizacji odwróciły się jednak w finale turnieju, gdzie Kanada pokonała USA.

Amerykanie odegrali się natomiast podczas niedawnych Mistrzostw Świata w hokeju, w tym roku organizowanych w Szwecji i Danii. W ćwierćfinałach reprezentacja Kanady, złożona z gwiazd na czele z Sydneyem Crosbym, niespodziewanie przegrała z Danią. Za to Stany wygrały w finale ze Szwecją i zdobyły pierwsze mistrzostwo od 1960 r.

Ostatnia odsłona sporów w finale Pucharu Stanleya

Ostatnia odsłona północnoamerykańskiego konfliktu to właśnie trwający finał Pucharu Stanleya. Kapitanem drużyny z Florydy jest charakterny i piekielnie utalentowany Matthew Tkachuk, który na turnieju 4 Nations Face-Off występował jako kapitan teamu USA i dla Kanadyjczyków stał się niemal hokejowym ucieleśnieniem Trumpa.

Tkachuk spotyka się twarzą w twarz z McDavidem, uznawanym przez wielu za najwybitniejszego obecnie hokeistę na świecie. W Edmonton McDavid ma status herosa, jeśli nie półboga: na wypełnionych trybunach można czasem dostrzec obraz, na którym hokeista przypomina Jezusa, tyle że udrapowanego w szaty w kolorach Oilers. Zdobył on już wszelkie hokejowe trofea, niektóre po kilka razy. Poza jednym i najważniejszym: Pucharem Stanleya.

Gdyby Edmonton wygrało w tym roku, zakończyłoby swoją kiepską passę trwającą od 1990 r., kiedy klub ostatni raz sięgnął po Puchar Stanleya. Przerwałoby też historycznego pecha całego kraju, w którym hokej jest sportem narodowym, ale ostatni kanadyjski klub, Montreal Canadiens, sięgnął po Puchar Stanleya w 1993 r.

Hokejowy rekordzista w objęciach z Putinem

Nie są to jedyne zawirowania na styku sportu i polityki w ostatnim sezonie w NHL. Jednym z najgłośniejszych była próba pobicia rekordu w liczbie strzelonych goli, podjęta przez Rosjanina Aleksandra Owieczkina. Rekord wynosi 894 gole i należy do Gretzky’ego.

Owieczkin to obywatel Rosji i członek jej reprezentacji, który na co dzień gra w drużynie Washington Capitals. W tym roku cała strategia jego zespołu była podporządkowana sprawie tego rekordu, a Owieczkin w każdym meczu wyczekiwał podań na swoim stałym miejscu przy lewym buliku (dla niewtajemniczonych: bulik to miejsce na lodowisku, gdzie wznawia się grę po przerwie). I stało się: 7 kwietnia, podczas (przegranego) meczu z New York Islanders, Owieczkin strzelił 895. gola w swojej karierze.

NHL wykreowała tę pogoń Owieczkina za rekordem na najważniejszą historię sezonu. Władze ligi milczały przy tym na temat jego wątpliwych uwikłań, choć Owieczkin w ogóle się z nimi nie kryje: na jego zdjęciu profilowym na Instagramie hokeista obejmuje Władimira Putina. Po inwazji Rosji na Ukrainę Owieczkin powtarzał komunały, jakie często można usłyszeć w takich momentach – że sport nie ma nic wspólnego z polityką, a on jest za pokojem – ale zdjęcia nie zmienił.

Życie wewnętrzne ligi NHL

Poza tym w lidze NHL było raczej spokojnie, o czym świadczy fakt, że nie tylko skład finału się powtarza, ale też półfinały (czyli właśnie finały konferencji) w przypadku trzech drużyn na cztery wyglądały identycznie jak przed rokiem. Tyle że miejsce New York Ranges zajęli Carolina Hurricanes. Władze tego pierwszego klubu podejmowały w tym sezonie nerwowe działania, które miały mu zapewnić szansę na dotarcie do finału (w połowie sezonu sprzedano kapitana, słynącego z agresywnej gry Jacoba Troubę; co ciekawe, poza lodowiskiem zajmuje się on malarstwem). Poskutkowało to tym, że nie wszedł on nawet do fazy pucharowej.

Podobny los spotkał Boston Bruins, którzy dwa sezony temu pobili historyczny rekord liczby punktów zdobytych w sezonie regularnym. Bruins też pozbyli się kapitana, Brada Marchanda, który szykował się na osiągnięcie wieku emerytalnego w Bostonie, ale musiał szybko odnaleźć się  w drużynie z Florydy.

Kolejny sezon z rzędu w ogonie ligi ciągnęła się natomiast drużyna Chicago Blackhawks. Ta jednak od ubiegłego sezonu konsekwentnie dokonuje przebudowy wokół świeżego nabytku, Connora Bedarda, uznawanego za następcę McDavida, Crosby’ego i Gretzky’ego. Taki jest los najlepszych młodziaków, którzy zgodnie z regułami ligi trafiają do jednej z najsłabszych drużyn, co ma służyć tworzeniu wieloletniego balansu między klubami.

Jessika Campbell i kobiety w NHL

W kończącym się sezonie doszło do jeszcze jednego hokejowego przełomu. Po raz pierwszy w historii NHL stanowisko asystenta trenera objęła kobieta. Jessica Campbell, była kanadyjska hokeistka, została asystentką nowego trenera Seattle Kraken (najnowszej drużyny w całej lidze, jeśli nie liczyć nowej-starej drużyny z Utah, i – nie będę ukrywał – mojej ulubionej). Pojawienie się Campbell za ławką odnotowały wszystkie media sportowe. To faktycznie przełom w krajobrazie, który składa się z samych mężczyzn.

Sukces Jessiki Campbell zbiegł się w czasie (chyba nieprzypadkowo) z rozwojem nowej odsłony zawodowej ligi hokeja kobiet. Professional Women Hockey League (PWHL) wystartowała w styczniu 2024 r. z udziałem sześciu klubów ze Stanów i Kanady. Od razu pobiła rekordy oglądalności, choć wcześniejsze odsłony ligowych rozgrywek hokeja kobiet upadały właśnie ze względu na niewielkie zainteresowanie.

Tym razem wszystko gra. Liga PWHL zakończyła właśnie drugi sezon, a Puchar Waltera zdobyły po raz drugi Minnesota Frost, zwyciężając stosunkiem meczów 3:1 z Ottawa Charge. Liga ogłosiła też plany rozwoju: jesienią do rozgrywek dołączą drużyny z Seattle i Vancouver. Dla polskich kibicek i kibiców dobra wiadomość jest taka, że wszystkie mecze PWHL można bezpłatnie oglądać na YouTubie.

Polak z Niemiec zagra w Ameryce

Z polskiego rynku znika natomiast platforma Viaplay, na której można było śledzić rozgrywki NHL. W tej chwili nie wiadomo, czy jakaś inna platforma przejmie prawa szwedzkiej spółki do transmisji amerykańskiej ligi hokeja. Tymczasem kibice z Polski będą mieli w przyszłym sezonie dodatkowy powód, by śledzić te rozgrywki, bo są szanse, że pierwszy raz od wielu lat – kiedy to w NHL grali Mariusz Czerkawski i Krzysztof Oliwa – w lidze tej zagra Polak. Nawet jeśli to reprezentant Niemiec.

Druga z amerykańskich drużyn z siedzibą na Florydzie, Tampa Bay Lightning, podpisała właśnie wstępny kontrakt z Wojciechem Stachowiakiem. Urodził się on w Gdańsku i tam stawiał pierwsze kroki na lodzie, ale od jedenastego roku życia mieszka w Niemczech, a na tegorocznych Mistrzostwach Świata grał w ich drużynie.

W ubiegłym sezonie najbliżej szansy na kontrakt z drużyną NHL był pochodzący z Nowego Targu Krzysztof Maciaś, ale żaden z klubów nie wybrał go w drafcie i po dwóch sezonach spędzonych w Kanadzie zawodnik przeniósł się do klubu w Czechach.

Tymczasem kiedy ten tekst idzie do druku, stan rywalizacji między Edmonton Oilers a Florida Panthers wynosi 1:2 dla Florydy – i wszystko jeszcze może się zdarzyć.

Tekst ukończono 10 czerwca.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 25/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Emocje na buliku