PSG wygrało Ligę Mistrzów. Luis Enrique spełnił marzenia szejków

Nie sposób kibicować temu klubowi. A równocześnie nie sposób nie kibicować temu trenerowi i tym piłkarzom. Odpowiedź na pytanie, czy cieszy nas triumf Paris Saint-Germain w finale Ligi Mistrzów, mówi też o tym, jak patrzymy na współczesny futbol.
Czyta się kilka minut
Trener Paris Saint-Germain, Luis Enrique, z trofeum Ligi Mistrzów na Allianz Arena w Monachium, Niemcy, 31 maja 2025 r. // Fot. Matthias Schrader / AP Photo / East News
Trener Paris Saint-Germain, Luis Enrique, z trofeum Ligi Mistrzów na Allianz Arena w Monachium, Niemcy, 31 maja 2025 r. // Fot. Matthias Schrader / AP Photo / East News

Gdzieś około 87. minuty meczu, kiedy Paris Saint-Germain prowadziło już z Interem 5:0, kamerzysta odnalazł w loży honorowej monachijskiego stadionu Nassera Al-Khelaïfiego. Ten katarski biznesmen (oprócz funkcji prezesa klubu, który już za chwilę miał po raz pierwszy w historii wygrać Ligę Mistrzów, piastujący kilka kluczowych funkcji w świecie futbolu, m.in. kierujący rosnącym w potęgę Europejskim Stowarzyszeniem Klubów) cieszył się jak mały chłopiec. Kiedy 14 lat temu kupował PSG, zapowiadał, że sięgnie po Puchar Europy w ciągu pięciu lat. Jak widać, musiał czekać znacznie dłużej – przekonując się przy okazji, że pieniądze to nie wszystko.

Luis Enrique: triatlonista w Parku Książąt

„Nigdy nie widziałem, by worek z pieniędzmi strzelił gola” to akurat cytat z Johana Cruyffa – człowieka, którego ostatnią misją na posadzie trenera Barcelony było przekonanie Luisa Enrique do zmiany barw klubowych. Decyzja o odejściu z Realu Madryt i kontynuacji kariery w drużynie znienawidzonego rywala wymagała od 26-letniego wówczas pomocnika, a dziś 55-letniego trenera PSG, szaleńczej zaiste odwagi – i niewielu było śmiałków w dziejach futbolu, którzy zdecydowali się iść tą drogą.

A może to nawet nie była odwaga, tylko zamiłowanie do doświadczeń ekstremalnych: już po zakończeniu kariery piłkarskiej, a przed rozpoczęciem pracy szkoleniowca, Luis Enrique biegał maratony i triatlony, uczestniczył w amatorskim wyścigu kolarskim przez Pireneje, a nawet wziął udział w liczącym 250 kilometrów, siedmiodniowym ultramaratonie po saharyjskich piaskach.

Wygranie z PSG Ligi Mistrzów – przyznajmy – należało również do wyzwań ekstremalnych. Wcześniej w Parku Książąt (Parc de Princes to nazwa stadionu PSG; trudno o bardziej adekwatną) pracowali równie znamienici i utytułowani szkoleniowcy, m.in. Carlo Ancelotti, Unai Emery, Thomas Tuchel czy Mauricio Pochettino, ale żaden nie znalazł sposobu na doprowadzenie dzieła do końca. „Czasami miałem wrażenie, że nie jestem trenerem, tylko jakimś ministrem sportu” – skarżył się Tuchel. Przed Luisem Enrique to on był najbliżej spełnienia marzeń Nassera Al-Khelaïfiego: w pandemicznym sezonie 2019/2020 przegrał w finale z Bayernem.

Lunch w Pałacu Elizejskim: szejkowie kupują klub i mundial

Polityki było wprawdzie w tym klubie mnóstwo jeszcze przed katarską inwestycją (jego rozwój wspierał m.in. mer Paryża i późniejszy prezydent kraju Jacques Chirac), ale to, co wydarzyło się 23 listopada 2010 r. w Pałacu Elizejskim, przebiło wszelkie miary – przynajmniej te przyjmowane zwykle w świecie demokratycznym.

Ówczesny prezydent Francji Nicolas Sarkozy – skądinąd również kibic PSG, mający jako mer podparyskiego Neuilly-sur-Seine zwyczaj schodzić do szatni piłkarzy i wdawać się z nimi w mobilizujące pogawędki – podjął wówczas lunchem księcia koronnego, a dziś emira Kataru Tamima al-Thaniego, kolejnym biesiadnikiem był zaś prezydent Europejskiej Federacji Piłkarskiej Michel Platini. Efekt?

Kilka dni później władze światowej piłki, m.in. za sprawą Platiniego, powierzyły Katarowi organizację mundialu w 2022 r., a po siedmiu miesiącach reprezentowany przez Nassera Al-Khelaïfiego Qatar Sports Investments przejął kontrolę nad szorującym gdzieś blisko dna francuskiej ligi ulubionym klubem francuskiej głowy państwa.

Interesów na linii Paryż-Doha było oczywiście więcej: Qatar Airways kupowało francuskie airbusy, katarska armia – myśliwce Rafale, nas jednak najbardziej zajmują inwestycje w futbol; niezależnie od przejęcia PSG przez Qatar Sports Investments, katarska telewizja beIN Sports – na której czele stoi, uwaga, Nasser Al-Khelaïfi – wydała setki milionów euro na prawa do transmisji francuskiej ligi; de facto subsydiując każdą z tamtejszych drużyn.

Sportswashing i softpower: wszyscy nosimy arabskie szaty

O zjawisku sportswashingu i futbolu jako narzędziu politycznej softpower napisaliśmy już w „Tygodniku” sporo, zwłaszcza przy okazji triumfu w Lidze Mistrzów Manchesteru City, który przejęli szejkowie ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, oraz w związku z mundialem w Katarze. Przypomnijmy pokrótce: kraje arabskie inwestując w sport zapewniają sobie rozpoznawalność, bezpieczeństwo i wpływy, mające trwać dłużej niż czas, w którym kupować będziemy ich surowce.

Kiedy mistrzostwa w Katarze wygrała reprezentacja Argentyny i na ramiona triumfującego Leo Messiego organizatorzy turnieju wcisnęli arabską szatę, wywołało to falę negatywnych komentarzy, dziś jednak – jak pisze w „Guardianie” Barney Ronay – wszyscy nosimy biszt. Koszulki i stadiony największych klubów świata zdobią loga linii lotniczych, koncernów czy fundacji mających swoje siedziby nad Zatoką Perską; aniśmy się obejrzeli, a najważniejsze kluby i najsłynniejsi piłkarze zmienili się w banery reklamowe, dzięki którym roponośne mocarstwa przestają się kojarzyć np. z łamaniem praw człowieka.

PSG: klub Neymara, Messiego, futbolowych celebrytów

Nawet przed zwycięstwem w Lidze Mistrzów Katarczycy musieli mieć poczucie, że zrobili dobry interes. Kupowali za 70 milionów euro klub, który po tym sukcesie wart będzie pewnie ze 4 miliardy euro. Owszem, nie żałowali pieniędzy, zatrudniając futbolowych celebrytów: Zlatana Ibrahimovicia, Davida Beckhama, Neymara (wydając na Brazylijczyka w 2017 r. 222 miliony euro ustanowili obowiązujący wciąż transferowy rekord świata, rok później drugie miejsce na liście rekordów zajął Kylian Mbappé, za którego zapłacili 40 mln mniej), Sergio Ramosa, Gianluigiego Donnarummę, w końcu zaś Messiego, wyciągniętego z pogrążonej w finansowych tarapatach Barcelony.

Wyśmiewane czasem przez ekspertów zajmujących się wyłącznie sportową stroną przedsięwzięcia transfery starzejących się i rozleniwionych wcześniejszymi sukcesami gwiazd okazały się strzałem w dziesiątkę – nawet jeśli w decydujących starciach Ligi Mistrzów aż do tego roku okazywało się, że to rywale paryżan biegają szybciej i chcą bardziej, Neymar czy Messi przynosili do klubu więcej niż europejskie puchary. Z pojawieniem się każdej kolejnej gwiazdy rosła marketingowa potęga PSG, zwłaszcza że szejkowie działali kompleksowo.

Marka, którą budowali („Chciałem zbudować markę” to fraza z rozmowy Nicka Millera, autora książki „Who Owns Football?”, z Nasserem Al-Khelaïfim), miała się rymować z glamurem francuskiej stolicy. Wielcy piłkarze byli w ich koncepcji jak plejada artystycznych i pisarskich gwiazd zaludniających „O północy w Paryżu” Woody’ego Allena – film, w którym nawiasem mówiąc wystąpiła także żona Sarkozy’ego, Carla Bruni. Drużyna dostała od nowych właścicieli nowe stroje i nowe logo, z wpisaną weń wieżą Eiffla. Zakorzeniając swój klub nad Sekwaną, Katarczycy zakorzeniali się w samym sercu starej Europy.

Różnorodność: Mbappé i chłopaki z przedmieścia

Oczywiście to nie jest tak, że PSG jest wyłącznie zimnym komercyjnym projektem, globalną firmą z branży rozrywkowej, ściągającą dzięki wspomnianym wyżej gwiazdom miliony fanów oślepionych celebryckim blichtrem. Na podparyskich osiedlach – od lat 70. XX wieku rozwijających się w gruncie rzeczy wraz z nim – klub miał zawsze rzesze wiernych fanów.

Banlieusards, mieszkańcy tychże przedmieść, często migranci lub dzieci migrantów, również szukali jakiegoś zakorzenienia. Wielu z nich zasilało szeregi klubowych ultrasów, z którymi katarscy właściciele po latach napięć nauczyli się jakoś żyć – w przekonaniu, że obecność fanatycznych kibiców na trybunach podnosi dodatkowo widowiskowość spektaklu, jaki sprzedają.

Człowiekiem z banlieu był także grający tu przez siedem lat Kylian Mbappé, symbol francuskiej mixité – różnorodności. Jego rodzice – matka pochodząca z Algierii, ojciec z Kamerunu – poznali się w podparyskim Bondy, gdzie zaczął trenować. Gdy w 2018 r. stał się objawieniem mundialu w Rosji i gdy swój status futbolowej supergwiazdy potwierdził jeszcze podczas mistrzostw w Katarze, jego związek z PSG urósł do kwestii racji stanu. 

Kiedy w 2022 r. kuszony już przez Real Mbappé wahał się, czy przedłużać kontrakt z paryskim klubem, interweniował prezydent Macron; jeszcze w lutym 2024 r. piłkarz był gościem kolacji w Pałacu Elizejskim, gdzie zasiadał do stołu z gospodarzem i emirem Kataru. W kontekście takich informacji trudno się było dziwić pogłoskom, że PSG godziło się nawet na konsultowanie ze swoim najlepszym napastnikiem polityki transferowej.

Droga do finału Ligi Mistrzów: Dembélé i nowa fala

Seryjne zwycięstwa w lidze francuskiej, niepowodzenia w Lidze Mistrzów – tak wyglądała rzeczywistość, gdy w lipcu 2023 r. Luis Enrique rozpoczynał pracę w PSG. Z tą wszakże różnicą, że Hiszpan ani myślał wchodzić w politykowanie z emirami i prezydentami. Szedł własną ścieżką, nawet jeśli oznaczało to bezceremonialne pozbywanie się z klubu podstarzałych galacticos

Przez rok godził się jeszcze z faktem, że jedynym niewracającym do obrony piłkarzem jest Mbappé, ale później pożegnał się bez żalu także z nim. Jeśli sprowadzał jakichś zawodników, to przede wszystkim młodych, głodnych sukcesu, a jeśli to możliwe, to także mających francuski paszport – takich jak strzelcy bramek w finale z Interem, 20-letni Désire Doué i młodszy o rok Senny Mayulu. Ambitni i niezmanierowani, z otwartymi głowami, uczyli się od niego podstaw gry pozycyjnej z najlepszych lat Barcelony – przede wszystkim jednak musieli ekstremalnie dużo biegać.

Już droga paryżan do finału nie przypominała w niczym stereotypu o sytym superklubie: nawet ze świadomością stojących za nimi katarskich inwestycji, trudno było nie podziwiać intensywnego pressingu, wysokich odbiorów piłki, płynnej wymiany podań i pozycji, efektownych dryblingów – ale zwłaszcza ciężkiej pracy środkowych pomocników i szczelnej obrony, od których odbijały się w kolejnych rundach faworyzowane zespoły z Premier League (kiedy graczom Liverpoolu, Aston Villi czy Arsenalu udało się sforsować te zasieki, świetnie bronił bramkarz Donnarumma).

W świecie często skrępowanym taktyczną kalkulacją, w świecie skupionym na ograniczaniu atutów rywala (co w drodze do finału udawało się znakomicie Interowi), nieustraszeni młodzieńcy grający dla Luisa Enrique nie oglądali się na nic i nikogo. Nawet będący do niedawna symbolem nieskuteczności Ousmane Dembélé wypełnił lukę po strzelającym mnóstwo goli Mbappé.

Pięć goli w Monachium: Inter rozgromiony, PSG się bawi

W finale akurat Dembélé strzelać nie musiał, ale naciskał na bramkarza i obrońców rywali w zasadzie bez przerwy, wymuszając ich błędy. Festiwal bramek zaczął boczny obrońca Hakimi, po wizjonerskim rozegraniu Vitinhi i kombinacji Fabiana Ruiza z fantastycznym Gruzinem Chwiczą Kwaracchelią – kombinacji, w trakcie której świetna zwykle włoska defensywa przypominała strajkujące paryskie metro.

Kiedy w 20. minucie meczu Doué strzelił kolejną bramkę dla PSG, stało się jasne, że gracze z Mediolanu już się nie podniosą; druga połowa finału przypominała zabawę w kotka i myszkę. Cierpliwe zarządzanie przebiegiem boiskowych wydarzeń przez dziesiątki podań, a kiedy Włosi mieli już dość i próbowali zaatakować większą liczbą zawodników – błyskawiczne szarże w miejsca zostawione za ich plecami... 

Trudno było nie współczuć pokazanemu przez telewizyjne kamery zapłakanemu kibicowi Interu: dawno nie oglądaliśmy równie jednostronnego starcia na szczycie europejskiego futbolu. Nawet w odbierających graczom Interu resztki ochoty do gry faulach taktycznych piłkarze z Paryża okazali się skuteczniejsi.

Transparent na trybunie: fani pamiętają o córce Luisa Enrique

Ale był w telewizyjnej transmisji z Monachium jeszcze jeden obrazek, przywracający proporcje całej tej opowieści o katarskich pieniądzach, francuskiej polityce i globalnym sportswashingu. Po zakończonym meczu fani PSG rozwinęli na trybunach wielki na kilkanaście metrów transparent, przedstawiający Luisa Enrique wbijającego w boiskową murawę flagę ich drużyny. Trenerowi na tym malowidle towarzyszyła dziewczynka w klubowej koszulce, z imieniem Xana na plecach.

W 2015 r. taka scena wydarzyła się naprawdę, kiedy Luis Enrique świętował z córeczką triumf Barcelony w Lidze Mistrzów. Cztery lata później najmłodsza z trójki rodzeństwa Xana zmarła jednak na rzadki nowotwór kości. Przeżyła dziewięć lat, o których trener opowiada dziś jako o najwspanialszych w życiu. Nie pogrążył się w żałobie: mówi o tysiącach wspomnień, które wciąż rozjaśniają życie jego rodziny; jeszcze przed finałem zapewniał, że córki nie będzie z nim fizycznie, ale będzie duchowo. 

Luis Enrique z córką Xaną świętują wygraną Barcelony w Lidze Mistrzów. Berlin, 6 czerwca 2015 r. // Fot. Imago Sport and News/ East News

„Moja mama pochowała wszystkie zdjęcia Xany – opowiadał kiedyś w poświęconym jego drodze do Paryża filmie dokumentalnym – aż w końcu ją o to zapytałem. »Nie mogę, nie jestem w stanie...«. »Mamo, Xana żyje, nawet jeśli nie fizycznie. Codziennie, kiedy o niej mówimy, kiedy patrzymy na te fotografie, nie możemy się nie uśmiechać. Ona wciąż nas widzi, a ja codziennie myślę, jak chciałaby, żebyśmy to życie przeżywali«”.

Może wypada zakończyć prostym zdaniem, że tegorocznym zwycięzcą Ligi Mistrzów została najlepsza w tym roku drużyna w Europie, poprowadzona przez najlepszego w tym roku trenera (kibice wiedzą, że tak naprawdę to nie jest proste zdanie, bo w świecie futbolu najlepsi nie zawsze wygrywają). I że jedyna gwiazda, która zaświeciła tego wieczora na monachijskim niebie, miała na imię Xana.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 23/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Prawdziwa gwiazda Paryża