Dzień Kobiet

Wiosna idzie, lód stopniał, psie kupy wyszły, dzieci urosły. Galerie handlowe pomnażają zyski na takich jak ja, którzy co sezon zmuszeni są kupować nowe buty na powiększające się w geometrycznym postępie dziecięce nóżki.
Czyta się kilka minut
Fot. Maciej Zienkiewicz dla TP /
Fot. Maciej Zienkiewicz dla TP /

Jednak moja ostatnia wizyta w jednym z warszawskich przybytków handlu bardzo różniła się od wszystkich poprzednich. Szłam przez kolejne sklepy z coraz bardziej zdumioną miną. Co się bowiem musiało stać w świecie, by wielkie firmy odzieżowe, kierujące swoje produkty do młodych dziewcząt i kobiet, zdecydowały się uczynić feminizm czymś godnym haseł na koszulkach? Kiedy ktoś doszedł tam do wniosku, że hasła „girls power” są czymś, na czym można zbić kapitał? Że to się zwyczajnie opłaca?

Podejrzliwie, jak na sceptyczną panią w średnim wieku przystało, przesuwałam kolejne ubrania na wieszakach, myśląc początkowo, że to może jakieś niedopatrzenie w centrali jednej z sieci, za którą poleci czyjaś głowa. Tymczasem okazało się, że to nie żaden feministyczny sabotaż w fabryce ubrań w Bangladeszu albo Wietnamie, tylko trend. Zapoczątkowany przez Diora i przejęty natychmiast przez wszystkich uboższych krewnych. Oto bowiem najgorętszym hitem sezonu wiosna/lato 2017 okazała się koszulka z napisem „We Should All Be Feminist” zaproponowana przez dom mody Dior. Hasło to jest cytatem z głośnego tekstu amerykańskiej pisarki Chimamandy Ngozi Adichie, a także nawiązaniem do frazy „Future is Female”, którą na swoich koszulkach nosiły w latach 70. działaczki ruchów LGBT walczące o prawa mniejszości seksualnych.
Zakrawa oczywiście na kosmiczną ironię, że przemysł odzieżowy, odpowiedzialny za uprzedmiotowienie kobiet, plagę anoreksji, ikonę mobbingu, taką jak Anna Wintour, legendarna (czy może raczej osławiona) szefowa amerykańskiego „Vogue’a”, wyzysk pracowników w Trzecim Świecie i inne nieszczęścia, wrzuca na sztandary misję dziejową kobiet. Zdawać by się mogło, że co jak co, ale moda i feminizm niespecjalnie mogą pójść w parze. Feminizm przeniesiony na T-shirt staje się czymś w rodzaju miniaturowej wieży Eiffla nabytej na Polach Marsowych od handlarza pamiątkami. Każdy może go sobie kupić (bawełniany T-shirt Diora dostępny już za 700 dolarów). Dieta bez glutenu, gwiazdy adoptujące psy na wizji, mleko bez laktozy, kakao fair trade i feminizm. Tym będzie żyć świat na wiosnę.

Myślę jednak, że znacznie lepszym prezentem na Dzień Kobiet (prawie tak dobrym jak koszulka z sieciówki z napisem „Feminizm: radykalna teza, że kobiety są ludźmi” lub cieliste rajstopy z klinem) będzie komiks Wandy Hagedorn i Jacka Frąsia „Totalnie nie nostalgia. Memuar”. I najlepiej sprawić go sobie samej.

Od dawna nie sięgałam po komiksy. Właściwie po latach fascynacji Thorgalem i Batmanem z jednej, a Asteriksem i Tintinem z drugiej, zupełnie straciłam nimi zainteresowanie. „Memuar” Wandy Hagedorn, mieszczący się w popularnym we Francji czy Belgii nurcie reportaży i dokumentów (komiksy o wybuchu w Czarnobylu, zapatystach czy Arabskiej Wiośnie) jest najlepszym powodem, by do tej formy wrócić. Ale przede wszystkim ta opowieść o dorastaniu dziewczynek w PRL-owskim Szczecinie i Kołobrzegu to jedna z najlepszych książek o kobiecości, Polsce i rodzinie, jakie ostatnio trafiły w moje ręce.

Mała Wanda dorastała w rodzinie, którą dziś można by pewnie nazwać dysfunkcyjną, z bierną matką i ojcem – narcyzem i zamordystą, klasycznym mizoginem, panem domu, który w swej pozycji upatruje prawa do poniżania wszystkich pięciu kobiet, które mieszkają z nim pod jednym dachem. Opisuje dzieciństwo i młodość w latach 60. i 70. ubiegłego wieku z gorzką ironią, poczuciem humoru, ale i wielką wnikliwością. Gdybym dziś miała 15 lat i znów czuła się zupełnie zagubiona w świecie, chciałabym móc przeczytać taką książkę. Myślę, że byłaby znacznie lepszą lekturą niż wielbiona przeze mnie wówczas Małgorzata Musierowicz (o jej wpływie na samopoczucie dzisiejszych 30- i 40-latek warto by skądinąd pisać sążniste eseje). Wandę też ratuje literatura, utożsamia się z Gregorem Samsą z „Przemiany” Kafki, szuka ukojenia w sztuce powieści. W komiksie dużo miejsca poświęca seksualności dziewcząt, niepewności towarzyszącej zmieniającemu się ciału, eksperymentom, których nie pochwalałaby surowa ( i zakłamana) opinia publiczna, a także motywowi molestowania pojawiającemu się jak refren w życiu dziewczynek, niezależnie od tego, ile mają lat. Być może te fragmenty, wzmocnione artystycznym przekazem rysunków Jacka Frąsia, robią największe wrażenie. Zawsze nas przecież zdumiewa, gdy coś, co wydaje się być marginesem, spoza owego marginesu wyłazi i rozlewa się w wielkie brudne bajoro.

Wanda Hagedorn od lat mieszka na drugim końcu świata, w Australii, może dlatego niestraszny jej już polski kołtun. Jej odwaga w nazywaniu spraw po imieniu jest jednak zaraźliwa. Miejmy nadzieję, że znacznie bardziej niż feministyczne hasła na drogich koszulkach. Z okazji naszego święta życzę tego i sobie, i Wam. ©

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 11/2017