O samochodzie mogę powiedzieć mnóstwo. To prawda, od jakiegoś (niedługiego) czasu już nie prowadzę. Lekarz co prawda już dawnej mi mówił, że nie powinienem, ja jednak swoje wiedziałem. Teraz już nie jeżdżę i, co dziwniejsze, nie czuję się z tego powodu nieszczęśliwy. Po tylu latach za kółkiem...
Najstraszniejsze moje wydarzenie samochodowe? Droga z Krakowa przez Radom do Warszawy. Jeszcze nie była ekspresówką. Były wykopki ziemniaków, szosę pokrywała maź z tych wykopków. Jechałem za czeską ciężarówką z przyczepą. Wolno, bo nie dawało się jej wyprzedzić. Ciężarówka nagle się zatrzymała. Przyczepa zaś, nie poddając się woli kierowcy (hamulce nie działały), stanęła w poprzek drogi. Mój samochód pojechał ślizgiem po kartoflanej mazi. Nic nie mogłem zrobić. Opatrzność sprawiła, że walnąłem w koło przyczepy. Gdybym wjechał pod skrzynię, zostałbym bez głowy.
To był najgorszy wypadek. Najdziwniejszy zaś zdarzył mi się w centrum Warszawy. Wieczór, pusta ulica, jadę wolno, wjeżdżam w Złotą od Żelaznej i nagle przed moim autem podnosi się z ziemi człowiek. Oczywiście, przerażony, w porę się zatrzymałem. Na pewno nie szedł i na pewno na niego nie wjechałem. Człowiek podchodzi do auta i... przeprasza, że nie widział księżowskiej koloratki. Gorąco zapewnia, że nic się nie stało, i odchodzi w ciemność.
Droga to też pokusa. Bo człowiek się spieszy, chce wreszcie dojechać i odpocząć. A tu go ograniczają. Nerwy: przecież nic tu nie jeździ ani nikt nie chodzi. I jeszcze to okropne tłumaczenie się: „Przecież wszyscy tak jeżdżą”. Tymczasem ograniczenie prędkości pozwoli w porę zahamować, gdyby ktoś niespodziewanie wszedł albo wjechał. Stawką może być czyjeś życie.
Drogi są dziś znacznie lepsze niż wtedy, kiedy zaczynałem prowadzić samochód. Wtedy jazda „szybką” szosą z Warszawy do Poznania była wyzwaniem mrożącym krew w żyłach, zwłaszcza ze względu na samochody z niemieckimi rejestracjami, które parły z prędkością, na którą nie mógłby się zdobyć nikt z jadących wąską drogą, jeden za drugim, fiatów czy warszaw. Do Poznania docierałem ledwie żywy. To był stan permanentnego zagrożenia.
Dziś mam wrażenie, że na ogół jeździmy rozważniej, zwłaszcza że samochodów jest więcej, a kierowców skrajnie nieodpowiedzialnych jednak jakby mniej. Widać to też w statystykach liczby wypadków, która z roku na rok maleje. Tylko czasem lewym pasem mknie jakiś szaleniec w znakomitym aucie, zostawiając za sobą powiew chwilowej grozy. I jednak wciąż w porównaniu z innymi państwami jesteśmy – po Cyprze – na niechlubnym szczycie statystyki osób zabitych na 100 wypadków drogowych (8,9 – dane za 2022 r.).
Zgrozą przejmują na pewno relacje o nielegalnych, nocnych wyścigach na ulicach miast. Młodzi ludzie w świetnych wozach. Co się dzieje w ich głowach? Czy dzieje się w nich cokolwiek?
Zawsze będą ludzie nieodpowiedzialni, ludzie, którzy prowadzą „pod wpływem”, traktują drogę jak tor wyścigowy. Zawsze będą początkujący kierowcy, którzy myślą, że świetnie sobie radzą. Zawsze będą wreszcie ludzie, których niecodzienna sytuacja skłoniła do ryzykownych poczynań, w których ponieśli klęskę. Bezpieczeństwo na drogach jest większe, drogi są lepsze, samochody w stanie nieporównywalnym z tym, co było, kiedy zaczynałem jeździć. Ale co naprawdę ważne, zwłaszcza dla mnie ostatnio: dobrą konkurencją dla samochodów wreszcie zaczyna być kolej. Słowem, nawet jeśli nie jest dobrze, to jednak jedziemy ku lepszemu. Najlepiej – transportem publicznym.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















